"Lalka" Bolesława Prusa od czasów swojego wydania chyba nigdy nie była tak popularna, jak we wrześniu 2026 roku. Miłośnicy kina szturmują fotele przed wielkim ekranem (i wcale tu nie przesadzam, na niektóre seanse weekendowe brakuje już miejsc), a inni zachwycają się serialem Netfliksa. Są rzecz jasna też tacy, którzy do kina się nie wybierają, bo przecież to "odgrzewany kotlet", a wybitne adaptacje tej powieści już mamy – pochodzą sprzed lat. Są wreszcie i tacy, którzy nazywają serial Pawła Maślony "dnem". Ja obejrzałam i jedno, i drugie, i wyrobiłam sobie opinię.
"Lalka Netflixa", czyli mamy "Bridgertonów" w domu
Czy podobała mi się "Lalka" z Netfliksa? Tak – ale mam swoje uwagi. Jest to współczesna, 6-odcinkowa reinterpretacja powieści Prusa. I należy o tym pamiętać, siadając przed telewizorem. Jeśli jesteście tak przywiązani do literackiego pierwowzoru, że uderza to w wasze uczucia jako odbiorców, którzy pragną, by książki i filmy dzieliły jedynie niewielkie różnice, to po prostu odpuśćcie ten seans.
Jeśli natomiast nie macie takich oczekiwań, podobał wam się "Kos", oczekujecie na ekranie czegoś nowego i generalnie uważacie, że fabuła powinna nieco zaskakiwać, to wstawiajcie popcorn. Bo wszystko tu zaskakuje. Od pojawienia się postaci historycznych, których nigdy tam nie powinno być, poprzez absolutne zbezczeszczenie starego subiekta, przekleństwa i bohaterów złych, nieprzyjemnych, pełnych wad, lecz i uroku.
Wybuchowe zakończenie, pościgi i dramaty. Wszystko w pięknych strojach (choć i tutaj można mieć swoje uwagi – jak dla mnie zarówno wnętrza, jak i kostiumy prezentowały się bardzo przyzwoicie). Do tego ogrom emocji, trochę jak w romantasy dla nastolatek. I pewnie dlatego "Lalkę" można albo uwielbiać, albo "nienawidzić".
Ta historia ma też w sobie coś z serialowych "Bridgertonów". Mamy awanturnicze postaci, współczesny język, bale, skandale i miłość – tragiczną, trywialną albo pokonującą wszelkie przeszkody. Tylko po polsku. Z "chujcem borsuczym", o którym długo nie zapomnimy.
Sandra Drzymalska nie jest taką Izabelą, jaką pamiętamy z kartek powieści. Ma jednak w sobie wiele temperamentu i uroku. Za to Tomasz Schuchardt jest Wokulskim, w którym można by się błyskawicznie zakochać i jeszcze szybciej odkochać. Nie jest to Wokulski-pomnik, a bohater z krwi i kości. Bywa mroczny, bywa też czarujący, a my możemy spojrzeć na niego z perspektywy Izabeli i dostrzec ten niepokojący, miejscami obsesyjny zachwyt. Nie ma wątpliwości, że potrafił idealnie zbalansować cechy pozytywisty i romantyka.

W serialu zmieniłabym na pewno jedno – tytuł "Lalka". Podkreślam jednak, że to tylko moje odczucie, bo zabieg ten był jak najbardziej celowy i wywołał wszystko: od zainteresowania po zamieszanie. Gdyby jednak nazwać serial po prostu "Łęcka", to dalej byłoby to jednocześnie oczywiste nawiązanie i puszczenie oczka do widza, a z drugiej strony oszczędziłoby nam wszystkim tej całej lalczynej batalii dzielącej naród, który chyba tak podzielony nie był od czasów... No przynajmniej "Odysei" Christophera Nolana albo zaangażowania przez HBO ciemnoskórego aktora do roli Severusa Snape'a w nadchodzącym "Harrym Potterze".
Ale jest i "Lalka" filmowa, która zadebiutowała w kinach w środę, 30 września.
"Lalka" 2026, czyli teatr telewizji wiecznie żywy
Nowa "Lalka" miała być wierną adaptacją dzieła Prusa i rzeczywiście – to, co zekranizowano, można nazwać wiernym oryginałowi, chociaż oczywiście nie zabrakło smaczków, które odróżniają film od książki. Jeśli przypomnieliście sobie lekturę przed seansem, to z pewnością się to przyda. Dla widza, który jej nie zna, część scen może wydawać się nie do końca zrozumiała, oderwana od siebie. Widzimy zatem fragmenty "Lalki" Prusa i trzeba przyznać, że pozostają one niezwykle oddane pierwowzorowi, nawet w warstwie dialogowej.
Niestety, cała historia została okrojona, czego można się było spodziewać, jednak żal niektórych wątków i postaci, które mogły i powinny się pojawić. Ale to nie będzie koniec "moich żali". Wiele do życzenia pozostawiają kadry – dość ciasne – i dekoracje – dość proste i dające nam poczucie, że oglądamy przedstawienie teatralne. We wrażeniu tym umacnia nas również gra aktorska – momentami przesadna. Jakość obrazu mocno mnie rozczarowała, bo przypomina produkcje sprzed lat.
Wypada za to pochwalić część obsady. Marcin Dorociński jest Wokulskim, zarówno tym "książkowym", jak i nieco uwspółcześnionym. Gra całym sobą, mimiką, gestem i słowem w sposób przepiękny. Zasmuca jako zgnębiony zalotnik, który dla kobiety oddać może wszystko, na co w życiu zapracował. Oczarowuje jako mężczyzna pewny siebie, gdy Izabeli obok niego nie ma. I ma w sobie wręcz dziecięcą radość, gdy otacza go świat, którego chce smakować po kawałku – czy to latając balonem, czy poznając cuda techniki.
Kamila Urzędowska wciąż przypomina mi Jagnę, bo i według mnie nie dano jej wystarczającego pola do popisu. Jednak łatwo zrozumieć, dlaczego to właśnie tą Izabelą "prostacki kupiec" był tak zauroczony. Obok jej urody trudno przejść obojętnie.
Fenomenalny w roli dandysa jest również Mateusz Damięcki, a Agata Kulesza jako Pani Meliton w tym wykonaniu w zasadzie pasowałaby również do "Lalki" Pawła Maślony. To najbardziej intrygująca, a zarazem przerażająca – w dobrym tego słowa znaczeniu – postać na ekranie. Chcemy ją oglądać i chcemy jej słuchać. Wiedzie nas przez kolejne sposoby uwodzenia arystokratek w sposób płynny i wyrachowany.
Problemem są za to, według mnie, w niektórych scenach statyści. Ich zachowanie jest tak nienaturalne i teatralne, że aż rzuca się w oczy, odwracając naszą uwagę od głównych bohaterów. Podkreślam to, albowiem w zasadzie w produkcjach z ostatnich lat już się to nie zdarza. Może jednak należało zapłacić im więcej niż 140 złotych netto.
Nie oczarował mnie również Borys Szyc jako baron Krzeszowski, który zachowuje się jak Janusz Radziwiłek z "Króla". I chociaż tam było to wybitne, tu jest nieco męczące.
Dwie "Lalki". A która lepsza?
Chociaż moje podsumowanie obu produkcji jest tu bardzo pobieżne, muszę przyznać, że zarówno nowy serial, jak i film mają swoje wady i żadna z tych wersji nie dorównuje serialowi z 1977 roku. Nowe produkcje mają jednak również swoje zalety. Być może obie były niepotrzebne, a może właśnie odwrotnie – niezbędne. Dzięki nim bowiem na nowo lub po raz pierwszy Polacy zakochali się w Prusie.
Do której "Lalki" wrócę po latach? Już wiem, że ani do jednej, ani drugiej. Z pewnością przewertuję za to znów książkowy oryginał "Prusa", a jeśli chodzi o adaptacje będzie to serial z 1977 roku.