- Węgrzy prowadzą coraz śmielszą politykę wobec Rosji. Budapeszt wskazał ją jako zagrożenie, wydalono także 10 dyplomatów.
- "Zapowiedziano jak dotąd jedynie wydalenie węgierskich dyplomatów w retorsji na analogiczne działania Budapesztu, jednak do tej pory Kreml nie określił ich liczby. Na ten moment nie sięga po otwarte, ostre środki nacisku" - zauważa Andrzej Sadecki, ekspert Ośrodka Studiów Wschodnich.
- Jak zauważa, Budapeszt prowadzi bardzo ostrożną politykę, bowiem wciąż jest uzależniony od rosyjskich dostaw.
- To cykl "Blisko Świata", w ramach którego piszemy na o2.pl o ważnych wydarzeniach w różnych zakątkach globu.
Rafał Strzelec, o2.pl: Czy Budapeszt zmienił radykalnie swój stosunek do Moskwy po zmianie władzy?
Andrzej Sadecki, Ośrodek Studiów Wschodnich: Bez wątpienia widzimy sygnały zmiany. Nie wiemy jednak na razie, jaka będzie jej ostateczna skala. Przede wszystkim dostrzegalna jest zmiana języka, jakim mówi się o Rosji. Budapeszt zbliżył się w tym zakresie do narracji większości państw europejskich, należących do Unii Europejskiej i NATO. Rosja jest obecnie postrzegana jako zagrożenie – może nie bezpośrednio dla samych Węgier, ale na pewno dla całego Sojuszu Północnoatlantyckiego.
W sierpniu Peter Magyar wskazał właśnie Rosję jako zagrożenie. We wrześniu z kolei wydalono 10 dyplomatów.
To niezwykle ciekawe, ponieważ Węgry nie wydaliły ani jednego rosyjskiego dyplomaty od momentu rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji na Ukrainę w 2022 r., co stanowiło ewenement w skali europejskiej. Były w zasadzie jedynym takim państwem, więc jest to pierwsza tak znacząca zmiana w podejściu.
Widzimy również, że Węgry przestały blokować na forum Unii Europejskiej i NATO inicjatywy dotyczące Rosji. Wcześniej mieliśmy do czynienia z ciągłymi próbami blokowania sankcji. Od maja Węgry zachowują się zgodnie z głównym nurtem polityki europejskiej. Z drugiej strony, kraj ten nadal pozostaje silnie uzależniony energetycznie od Rosji. W tej kwestii mamy na razie pewne zapowiedzi, ale dopiero zobaczymy, jak szybko nowa władza będzie w stanie to uzależnienie ograniczać.
Jak duże jest to uzależnienie w praktyce? Mówimy tu przede wszystkim o ropie naftowej i gazie, ale chyba także o energetyce atomowej i realizowanym projekcie rozbudowy elektrowni Paks II.
Węgry sprowadzają z Rosji większość zużywanej ropy i gazu – to poziom około 80 procent całkowitego importu tych surowców. Do tego dochodzi rozbudowa elektrowni jądrowej w Paks, czyli budowa dwóch nowych bloków.
Przy tak głębokim uzależnieniu odcięcie się od rosyjskich źródeł nie nastąpi z dnia na dzień, jednak pojawiają się obiecujące sygnały. Sam fakt nominacji dokonanych przez nowego premiera Petera Magyara wiele mówi. Na stanowisko ministra spraw zagranicznych powołał Anitę Orbán, która w Stanach Zjednoczonych pisała doktorat z wykorzystywania energetyki jako instrumentu geopolitycznego przez Rosję, a później pracowała w zachodnich firmach z sektora LNG. Ministrem gospodarki i energetyki został z kolei István Kapitány, który zajmował wysokie stanowiska w strukturach koncernu Shell, jednego z największych zachodnich graczy energetycznych. Są to więc ludzie posiadający wszelkie kwalifikacje do przeprowadzenia procesu dywersyfikacji.

Trzeba jednak pamiętać, że będzie to proces długofalowy. Pierwszym sygnałem jest próba poprawy relacji z sąsiadami. Dla Węgier kluczowym partnerem w zakresie alternatywnych dostaw ropy jest Chorwacja. Stosunki z Zagrzebiem były skomplikowane i napięte przez niemal cały okres rządów Viktora Orbána. Obecnie trwa próba unormowania tych relacji, aby wzmocnić import ropy naftowej przez rurociąg biegnący z terminala naftowego nad Adriatykiem. To główny szlak alternatywny dla Budapesztu. Jeśli chodzi o gaz, kluczową rolę odgrywa Rumunia, która w przyszłym roku ma rozpocząć eksploatację dużych złóż na Morzu Czarnym. W tym obszarze również toczą się rozmowy węgiersko-rumuńskie. Proces więc ruszył, choć należy obserwować, jak szybko będzie postępował.
Co z elektrownią Paks II, którą buduje rosyjski Rosatom na bazie umowy jeszcze z 2014 r.?
Nowa władza zapowiedziała weryfikację tej inwestycji. Rząd przygląda się obecnie, na jakim etapie znajduje się projekt. Umowy z Rosją podpisano jeszcze w 2014 r., więc minęło już mnóstwo czasu, a właściwa budowa w zasadzie nie ruszyła. Istnieje wiele wątpliwości, czy w obliczu problemów Rosji oraz obecnego stanu relacji między Zachodem a Moskwą ta inwestycja jest w ogóle możliwa do ukończenia. Ostateczne decyzje jeszcze nie zapadły, ale z rządu płyną bardzo sceptyczne głosy.
Amerykańscy parlamentarzyści przyjęli regulacje umożliwiające nałożenie nawet 100-procentowych ceł na importerów rosyjskich zasobów. Czy Budapeszt ma pomysł, jak wyjść z tego potrzasku?
Węgry znajdują się przy tym pod presją zewnętrzną. Z jednej strony mamy unijne plany odchodzenia od rosyjskich surowców, które w zasadzie od przyszłego roku powinny zostać całkowicie wyeliminowane. Z drugiej strony obowiązują amerykańskie sankcje na rosyjskie koncerny naftowe. Viktor Orbán wywalczył w zeszłym roku wyłączenie z tych sankcji dla Węgier, ale wygasa ono w listopadzie. Budapeszt zabiega o jego przedłużenie, ponieważ nie jest w stanie wypracować alternatyw w tak krótkim czasie.

Kongres USA dał prezydentowi bardzo silne narzędzie, choć nie ma pewności, czy i w jakim zakresie zostanie ono wykorzystane. Jest to jednak kolejny czynnik, który rząd na Węgrzech musi brać pod uwagę w swoich kalkulacjach. Sytuację skomplikowały czynniki zewnętrzne - unijne dążenie do rezygnacji z rosyjskich paliw, amerykańskie obostrzenia oraz napięcia na Bliskim Wschodzie wpływające na światowe rynki. Niestabilność na rynku paliw skłania rząd w Budapeszcie do ostrożniejszego i wolniejszego odchodzenia od surowców z Rosji, ponieważ alternatywne kierunki dostaw bywają niepewne i kosztowne. Rosyjska ropa pozostaje tańsza, na czym przez lata zarabiał węgierski koncern MOL, przekazując część zysków do budżetu państwa.
To stawia rząd przed ogromnym dylematem. Z jednej strony mamy nacisk ze strony Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych oraz obietnicę wyborczą dotyczącą stopniowego odchodzenia od rosyjskich węglowodorów. Z drugiej – trudną sytuację budżetową kraju i pytania o koszty sprowadzania surowców z innych źródeł.
Mówi pan, że nowa elita polityczna zdaje sobie sprawę z tego, że Rosja traktuje surowce jako narzędzie polityczne. Czy Rosja próbuje obecnie wywierać nacisk lub temperować nowe władze w Budapeszcie po zmianie rządu?
Na razie nie dostrzegamy ze strony Rosji drastycznych kroków. Odnosi się wrażenie, że Moskwa przygląda się zmianom na Węgrzech i obserwuje, w jakim kierunku ewoluuje sytuacja. Zapowiedziano jak dotąd jedynie wydalenie węgierskich dyplomatów w retorsji na analogiczne działania Budapesztu, jednak do tej pory Kreml nie określił ich liczby. Na ten moment nie sięga po otwarte, ostre środki nacisku.
A czy słychać cokolwiek o incydentach przy granicy z Ukrainą lub działaniach hybrydowych? Na wschodniej flance NATO robi się gorąco, dochodzi do naruszeń przestrzeni powietrznej przez rosyjskie samoloty czy drony. Niektóre z nich wybuchają przy granicy z Polską. Drony dolatują do Rumunii, Mołdawii. W przypadku Węgier brak jednak informacji o podobnych zdarzeniach. Rosja odpuszcza Węgrom?
Na Węgrzech nie odnotowano tego typu incydentów, jakie znamy z Polski czy Rumunii. Trzeba pamiętać, że granica węgiersko-ukraińska jest stosunkowo krótka i oddalona od obszaru bezpośrednich działań wojennych, osłonięta dodatkowo przez łańcuch Karpat.
Należy jednak podkreślić, że nowa władza podtrzymała stanowisko poprzedników w kluczowej kwestii – przez terytorium Węgier nie przechodzą dostawy uzbrojenia ani sprzętu wojskowego dla Ukrainy. Tym samym szlak ten nie stanowi celu dla ewentualnych ataków rosyjskich. Niedawno pojawiły się informacje o rozmowach ukraińsko-węgierskich na temat możliwości magazynowania ukraińskiej ropy naftowej na terytorium Węgier. Temat ten został jednak szybko ucięty. W węgierskich dyskusjach jednoznacznie podkreślano, że tego typu instalacje mogłyby stać się celem rosyjskich uderzeń. Rząd w Budapeszcie nie chce podejmować działań, które narażałyby kraj na bezpośrednie ryzyko.
Jak na tę sytuację patrzy węgierskie społeczeństwo? Czy poparłoby ono bardziej jednoznaczną postawę po stronie Ukrainy? Polityka Węgier wobec Kijowa pozostaje dosyć asertywna, co widać chociażby przy negocjacjach unijnych klastrów integracyjnych...
Węgierskie społeczeństwo w większości nie popiera głębszego zaangażowania. Ludzie często nie dostrzegają szerszego obrazu i konsekwencji, jakie dla samych Węgier niosłaby potencjalna wygrana Rosji. Widać tu wyraźne efekty wieloletnich rządów Fideszu, podczas których dominującą narracją było przekonanie, że Węgry muszą trzymać się od tej wojny jak najdalej. Ten przekaz mocno zakorzenił się w świadomości społecznej. Mimo że w wiosennych wyborach opcja Orbána została spektakularnie odrzucona, nastawienie obywateli pozostało bardzo zachowawcze.
Z tego powodu premier Magyar wypowiada się bardzo ostrożnie. Z przestrzeni publicznej zniknęła wprawdzie agresywna narracja antyukraińska, która zdominowała kampanię wyborczą Orbána skierowaną przeciwko Wołodymyrowi Zełenskiemu. Nowy rząd deklaruje chęć dialogu z Kijowem. W czerwcu podpisano porozumienie dotyczące praw mniejszości węgierskiej na Ukrainie, co odblokowało dwa z sześciu klastrów negocjacyjnych w rozmowach akcesyjnych Ukrainy z Unią Europejską.
Po stronie ukraińskiej pojawia się jednak pewna frustracja, ponieważ Budapeszt nie chce odblokować pozostałych klastrów do czasu pełnej implementacji uzgodnień dotyczących mniejszości. Prawdopodobnie kolejne dwa zostaną otwarte w połowie października, jeśli Rada Najwyższa wprowadzi oczekiwane przez Węgry poprawki. Mimo słyszalnego rozczarowania w Kijowie, obecny stan relacji jest niewątpliwym postępem w porównaniu z erą Orbána, choć relacje te nadal trudno nazwać idealnymi.