Tajemnicza grupa przy granicy z Łotwą. Przyznali się do incydentu

Na początku października uzbrojona grupa chciała wprowadzić na terytorium Łotwy około 20 migrantów. Jak podają tamtejsze media, do incydentu przyznała się mało znana dotąd grupa "Melnie Rusi" ("Czarne Rusy"). Zdaniem ekspertów to ekipa białoruskich lub rosyjskich grup, działająca pod przykrywką.

Zdjęcie poglądoweZdjęcie poglądowe
Źródło zdjęć: © Facebook
Rafał Strzelec

O sprawie donosi m.in. łotewski portal LSM.lv. Jak czytamy, w nocy z 5 na 6 października uzbrojona i zamaskowana grupa próbowała skierować na terytorium Łotwy 20 migrantów. Napastnicy mieli także grozić łotewskim żołnierzom. Zamaskowani prowokatorzy zniszczyli infrastrukturę na granicy, zabierając ze sobą m.in. kamery. Zanim służby zareagowały, uciekli na stronę białoruską.

Jak informuje LSM, odpowiedzialność za incydent wzięła na siebie mało znana na Białorusi grupa "Czarne Rusy". Nagranie członków tej formacji pojawiło się na Telegramie.

"Oficjalnie bierzemy odpowiedzialność za incydent na granicy łotewsko-białoruskiej w gminie Kaplava, w okręgu krasławskim. Potwierdzamy, że w nocy z 5 na 6 października grupa trzech aktywistów Czarnych Rusów przekroczyła granicę i starła się z łotewskimi żołnierzami. Następnie ponownie przedostała się na terytorium Łotwy w pobliżu wsi Matulišķi, ukradła kamery monitoringu, uszkodziła sprzęt i pozostała niezauważona" – przekazali członkowie grupy "Czarne Rusy".

"To był tylko test Łotyszy, którego nie zdali. Wkrótce zobaczycie coś podobnego w innych rejonach naszej granicy. Unia Europejska i NATO są kolosem na glinianych nogach, który runie po naszym pierwszym uderzeniu" – dodali przedstawiciele grupy.

Minister obrony Raivis Melnis stwierdził, że łotewskie służby zareagowały prawidłowo. Jego zdaniem operacja "Wilkołak", wymierzona w nielegalną migrację, przynosi rezultat, bowiem Białorusini muszą się posuwać do innych działań, by wywierać presję migracyjną na bałtyckiego sąsiada.

Dyrektor Centrum Eksperckiego NATO ds. Komunikacji Strategicznej Jānis Sārts przekazał w rozmowie z LSM.lv, że jego zdaniem "Czarni Rusini" to tak naprawdę działające pod przykrywką służby białoruskie lub rosyjskie. Jego zdaniem takie grupy nie mogłyby działać niezależnie na terytorium danego państwa.

Z jednej strony przypuszczam, że Białorusini chcą w ten sposób pokazać: "To przecież nie my". Jak słyszeliśmy, niedawno przedstawili podobne stanowisko również w ONZ. Nie dajmy sobie zamydlić oczu! To, co dzieje się na granicy, jest bezpośrednio związane zarówno z władzami Białorusi, jak i Rosji. To, co teraz robią, jest czystą operacją informacyjną – uważa Sārts.

Dzmitry Halko, białoruski dziennikarz zamieszkały w Polsce, uważa, że incydenty mogą się powtarzać. – Moim zdaniem prowokacje będą kontynuowane. Można spodziewać się dalszej eskalacji, jeszcze większej niż dotychczas. Teraz mają już listek figowy, za którym mogą się ukryć – cytuje dziennikarza portal LSM.lv.

Wybrane dla Ciebie