Przypomnijmy. Koszmar rozegrał się 27 lipca. Dziecko nagle zaczęło tonąć i przez ok. sześć minut pozostawało na dnie basenu. Ani ratownik, ani opiekun tego nie zauważyli.
Chłopca wyciągnął z wody dopiero... świadek zdarzenia (gość Aquaparku). Przez pół godziny prowadzono reanimację, po czym siedmiolatka przewieziono karetką do Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Lekarze określali jego stan jako skrajnie ciężki.
Gdy udało się ustabilizować funkcje życiowe, poszkodowanego wprowadzono w śpiączkę farmakologiczną. Niestety, walka o życie chłopca nie powiodła się. Dziecko zmarło, a rodzice zdecydowali się oddać jego narządy do transplantacji.
Tragedia w Aquaparku. 7-latek dawcą narządów. "W obliczu bólu i straty"
Dr n. med. Zygmunt Kaliciński, kardiochirurg i transplantolog oraz prezes Fundacji Dla Transplantacji, w rozmowie z "Faktem" zwrócił uwagę, że zgoda na pobranie narządów po śmierci bliskiej osoby zapada w momencie ogromnej straty.
— To heroiczna decyzja podejmowana w obliczu wielkiego bólu i straty. Należy jednak pamiętać, że oddanie narządów bliskiej osoby jest decyzją, która może dać szansę innym pacjentom na życie — mówił tabloidowi lekarz.
Lekarz zaznaczał dla "Faktu", że choć temat transplantacji bywa dla rodzin trudny, kluczowe znaczenie ma wcześniejsza rozmowa w domu o własnym stanowisku. Z jego doświadczeń wynika, że jeśli bliscy wiedzą, jaką decyzję podjąłby zmarły, łatwiej przejść przez procedury, a część rodzin później dopytuje, czy i ilu osobom udało się dzięki dawstwu pomóc.
— W Polsce od 10 do 20 proc. rodzin wyraża sprzeciw wobec pobrania narządów — mówił dziennikowi dr Kaliciński.
W Polsce przyjmuje się zasadę zgody domniemanej, co oznacza, że po śmierci każda osoba jest traktowana jako potencjalny dawca narządów, chyba że za życia wyraźnie sprzeciwiła się ich pobraniu. W przypadku dzieci i osób małoletnich szczególne znaczenie ma ich wiek, który wpływa na sposób postępowania w kwestii dawstwa.