"To było porwanie". Polka zatrzymana w Libii zabrała głos

24-letnia Laura Kwoczała, uczestniczka konwoju pomocowego do Strefy Gazy, wróciła do Polski po miesięcznym przetrzymywaniu przez władze we wschodniej Libii. – To było porwanie, nie poznałam przyczyny zatrzymania, nie miałam żadnych praw, nie wiedziałam, co ze mną będzie – powiedziała PAP Polka.

Laura Kwoczała; zdj. archiwalneLaura Kwoczała; zdj. archiwalne
Źródło zdjęć: © PAP | Paweł Supernak
Aneta Polak

24-letnia Laura Kwoczała wraz z innymi wolontariuszami brała udział w Globalnym Konwoju Lądowym Sumud – akcji, której celem było dostarczenie pomocy humanitarnej mieszkańcom Strefy Gazy.

Konwój wyruszył pod koniec kwietnia z Mauretanii przez Afrykę Północną, a uczestnicy z państw spoza kontynentu dołączyli już na terytorium Libii. Polka, wraz z dziewięcioma innymi aktywistami z siedmiu krajów, została zatrzymana 24 maja przez służby samozwańczych władz wschodniej Libii pod wodzą generała Chalify Haftara, na granicy z zachodnią częścią tego kraju - podkreśla PAP. Przez miesiąc nie było wieści o losie zatrzymanych.

Tak doszło do zatrzymania

W Trypolisie aktywiści zostali przeszkoleni, otrzymali wizy oraz kontakt do osoby organizującej przejazd przez wschodnią Libię. W rozmowie z PAP Polka przyznała jednak, iż konwój zakładał, że pokonanie granicy może się nie udać, ponieważ w mediach pojawiły się doniesienia, że Haftar i jego siły nie przepuszczą wolontariuszy.

Aktywiści kilkukrotnie podejmowali próby przekroczenia granicy i przekazania pomocy, jednak ostatecznie zostali zatrzymani na punkcie kontrolnym przez wschodniolibijskie siły paramilitarne.

Po zatrzymaniu – jak relacjonowała Polka dla PAP – mężczyzn zapakowano do pojazdu "jak do przewozu bydła", a kobiety do furgonetki.

Nas, kobiety, przeszukiwały inne kobiety. Jedna z nich zerwała mi chustę z głowy, jestem muzułmanką i przestrzegam zasłaniania włosów, nie uszanowano tego - stwierdziła Kwoczała.

Warunki przetrzymywania i przebieg zatrzymania

Więzione aktywistki umieszczono w hali magazynowej w Syrcie, gdzie nie miały dostępu do bagaży, odzieży czy prysznica. Kamery obserwowały je przez całą dobę. Kwoczała dodała, że wolontariuszy poddano pobraniu krwi pod pretekstem procedur wizowych oraz badania stanu zdrowia, jednak – jak twierdziła – dla wszystkich było jasne, że zostają zatrzymane na dłużej.

Początkowo spały na rozwijanej sztucznej murawie, potem na materacach. Kwoczała podkreśliła, że zatrzymane nie wiedziały, co się dzieje. Strażnicy mówili tylko po arabsku, ale nawet w tym języku zbywali żądania wyjaśnień - mówiła. Wobec braku wieści o losach męskiej części delegacji aktywistki podjęły strajk głodowy.

Rzekome negocjacje w praktyce okazały się zwykłym przesłuchaniem. - "Niczego nam nie wyjaśniono. Tak wyglądały pierwsze dni" - powiedziała Kwoczała dla PAP.

"To był szok"

Po kilku dniach pojawiła się informacja o przewiezieniu aktywistów do Trypolisu. Na miejscu czekał przedstawiciel wschodniolibijskich władz, jednak lot docelowo skierował się do Bengazi.

To był szok. W drodze z lotniska widziałam, jak mijamy wieżyczki strażnicze. To był jakiś nieformalny ośrodek detencyjny, nieoznaczony. Byliśmy przerażeni - relacjonowała Polka.

Pobyt w Bengazi okazał się jeszcze trudniejszy – Kwoczała została osadzona w izolatce, ale szybko dołączyła do niej Amerykanka.

Nie było miejsca na rozprostowanie nóg, tylko zepsuta żarówka, ustęp i krótki materac na betonowej podłodze – wspominała rozmówczyni PAP.

Odmówiono jej także leków, do których powrócono dopiero po pewnym czasie.

Według relacji przekazanej przez PAP, wobec braku przetłumaczonych dokumentów nie doszło do rozprawy sądowej. Wolontariusze nie znali podstawy zatrzymania.

Dopiero spotkania z przedstawicielami konsulatów hiszpańskiego i polskiego pozwoliły aktywistom nawiązać kontakt z rodzinami oraz uzyskać pewność, że ich sprawa jest znana służbom dyplomatycznym.

Podczas przebywania w ośrodku detencyjnym aktywistka była świadkiem przemocy wobec lokalnych zatrzymanych. 21 czerwca Kwoczała musiała przejść nagłą operację wyrostka robaczkowego.

(Operację przeprowadzono - PAP) w dobrych warunkach, nie mam zastrzeżeń do opieki medycznej (...) nie mogłam jednak rozmawiać z personelem, cały czas pilnowało mnie dwóch strażników - zaznaczyła kobieta.

Trzy dni później "nagle przyszli i powiedzieli, że nas wypuszczą" - dodała.

Uwolnienie i powrót do kraju

Aktywistka oraz inni wolontariusze odzyskali wolność 24 czerwca. Ostatecznie wszyscy zostali przewiezieni do Stambułu. "Dopiero tam przyszła wielka ulga i radość" - podkreśliła uczestniczka konwoju dla PAP.

Tak, zostałam porwana. Nie poznałam podstawy zatrzymania ani od razu, ani potem. Nie miałam żadnych praw przysługujących zatrzymanym. Bałam się o życie. Nie wiedziałam, co się dzieje i co ze mną będzie - zaznaczyła Kwoczała.

Polka wróciła do kraju 27 czerwca. Deklaruje dalszą wolę działania na rzecz pomocy humanitarnej dla Strefy Gazy.

Według komunikatu MSZ, terytorium Libii pozostaje obecnie wysoce niebezpieczne ze względu na niestabilną sytuację oraz trwający konflikt wewnętrzny. Mieszkańcom Polski odradza się wszelkie podróże do Libii, a przebywający w tym kraju powinni jak najszybciej opuścić jego granice.

Wybrane dla Ciebie