Generał kontra premier. Izrael czeka chaos? Oto scenariusz eksperta

Gen. Gadi Eisenkot chce odsunąć premiera Benjamina Netanjahu od władzy. W przeszłości był szefem sztabu Sił Zbrojnych Izraela. - Z pewnością była to kariera bardzo błyskotliwa - mówi o2.pl Marek Matusiak, koordynator projektu "Izrael i Zatoka" w Ośrodku Studiów Wschodnich. Wybory w Izraelu odbędą się 27 października.

Od lewej: Mare Matusiak, gen. Gadi Eisenkot, Benjamin NetanjahuW kółku Marek Matusiak, na dużym zdjęciu gen. Gadi Eisenkot i Benjamin Netanjahu
Źródło zdjęć: © Facebook, Getty Images, OSW | Anadolu, Gadi Eisenkot, SOPA Images
Rafał Strzelec
  • To cykl "Blisko Świata", w ramach którego piszemy na o2.pl o kryzysach humanitarnych, konfliktach zbrojnych i innych ważnych wydarzeniach w różnych zakątkach globu.
  • W tym odcinku rozmawiamy z Markiem Matusiakiem, koordynatorem projektu "Izrael i Zatoka" w Ośrodku Studiów Wschodnich.
  • Gadi Eisenkot, lider partii Jaszar, jest głównym kontrkandydatem premiera Benjamina Netanjahu w wyborach parlamentarnych 27 października. Czy ma szansę wygrać wybory i zostać premierem?
  • - Najbardziej prawdopodobny scenariusz to wybory nierozstrzygnięte – odpowiada ekspert.

Rafał Strzelec: Gen. Gadi Eisenkot wywodzi się z rodziny żydowskich imigrantów z Maroka. Czy pochodzenie danego polityka ma znaczenie dla wyborców w Izraelu?

Marek Matusiak, koordynator projektu "Izrael i Zatoka" w Ośrodku Studiów Wschodnich: Owszem, ma znaczenie – może nie rozstrzygające, ale istotne. Obecnie Żydzi tzw. mizrachijscy lub sefardyjscy, czyli wywodzący się m.in. z Maroka, Algierii, Tunezji, Libii, Egiptu, Jemenu, Iraku czy Iranu – stanowią już większościową grupę w ramach żydowskiej populacji Izraela. Przypomnijmy, że około 70 proc. mieszkańców państwa to Żydzi, a 20 proc. z okładem stanowią Arabowie. W ramach tych 70 proc. Żydzi mizrachijscy stanowią największą grupę.

Nie odzwierciedla to jednak układu wśród elit politycznych. Gdy przyjrzymy się premierom czy prezydentom Izraela, niemal wszyscy byli Żydami aszkenazyjskimi, mającymi korzenie w Europie. Wyjątkiem był prezydent Mosze Kacaw, Żyd irański. Pokazuje to jednak, jak rzadkie są przypadki, gdy ktoś o korzeniach bliskowschodnich czy północnoafrykańskich dochodzi do najwyższych stanowisk w państwie.

Wracając do Eisenkota – jego marokańskie pochodzenie nie jest kwestią rozstrzygającą, ale nie pozostaje bez znaczenia. On próbuje tym grać, przedstawiając się jako prosty chłopak, który zrobił karierę. Swoim imigranckim pochodzeniem kokietuje tę część elektoratu, która w Izraelu twardo głosuje na prawicę.

Co możemy powiedzieć o jego 40-letniej karierze wojskowej? Doszedł do najwyższego stanowiska, w latach 2015–2019 był szefem Sztabu Generalnego Sił Obronnych Izraela.

Z pewnością była to kariera bardzo błyskotliwa. Jak w każdej armii od pewnego szczebla awans przestaje być kwestią wyłącznie merytoryczną, a staje się także polityczną. Eisenkot od pewnego momentu był blisko polityki – pełnił m.in. funkcję sekretarza wojskowego Ehuda Baraka, gdy ten był premierem. Ostatecznie udało mu się objąć stanowisko szefa Sztabu Generalnego.

W samym Izraelu był bardzo dobrze oceniany. Natomiast wychodząc poza perspektywę wewnętrzną tego państwa, trzeba mieć świadomość, czym zajmuje się szef sztabu w Izraelu. Eisenkot sprawował tę funkcję w okresie względnego spokoju. Mimo to był to czas intensywnych nalotów na Syrię oraz trwającej, bardzo brutalnej i bezwzględnej okupacji Zachodniego Brzegu. Nawet jeśli w tym okresie nie prowadzono dużej operacji lądowej w Strefie Gazy, to utrzymywano tam stan de facto okupacji – Gaza była kontrolowana z lądu, powietrza i morza, a nad jej obszarem nieustannie krążyły izraelskie drony.

Nawet jeśli okres szefowania Eisenkota nie przyniósł porażek czy skandali, to z perspektywy zewnętrznej był on człowiekiem odpowiedzialnym za utrzymywanie systemu, który w oczach m.in. Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości uznawany jest za okupację i ma charakter niezwykle opresyjny.

Po ataku Hamasu z 7 października 2023 r. wszedł do tzw. gabinetu wojennego. Jaka była jego rola?

Pełnił funkcję ministra bez teki. Wydarzenia z 7 października były dla Izraela kolosalnym wstrząsem. Pojawiła się wówczas potrzeba utworzenia rządu jedności narodowej. Bardzo prawicowa, skrajna koalicja rządząca od końca 2022 r. została poszerzona o Gadiego Eisenkota i Beniego Ganca. Miało to demonstrować zjednoczenie klasy politycznej i narodu w obliczu zagrożenia oraz pokazać, że rząd prowadzący wojnę posiada szersze zaplecze niż tylko stricte prawicowe i ideologiczne.

Nie trwało to bardzo długo. Eisenkot wchodził w skład wąskiego gabinetu wojennego i przez pewien czas także ponosił polityczną odpowiedzialność za sposób prowadzenia wojny. Jego realna sprawczość była jednak mocno ograniczona i , podejrzewam, że właśnie dlatego Ganc i Eisenkot ostatecznie z tego rządu odeszli.

Czy rozdźwięk między premierem Netanjahu a gen. Eisenkotem nastąpił na tle podejścia do wojny z Hamasem?

Warto pamiętać, że Ganc i Eisenkot wchodzili do gabinetu wojennego jako opozycja. Natomiast różnica zdań dotyczyła przede wszystkim sposobu prowadzenia wojny w Gazie. Należy przy tym sprostować częstą błędną diagnozę zewnętrznych obserwatorów. Masowe protesty w Izraelu w trakcie wojny nie wynikały z postulatu bardziej humanitarnego traktowania Palestyńczyków czy chęci powstrzymania walk ze względów etycznych. Przypisywanie takich intencji Eisenkotowi również byłoby błędem.

Niezgoda dotyczyła priorytetów. Zarówno protestujący, jak i Eisenkot uważali, że najważniejszą sprawą jest odzyskanie żywych zakładników i to ten cel powinien determinować przebieg kampanii. Jeśli ceną za odzyskanie ludzi miało być zawieszenie broni, należało je zawrzeć.

Netanjahu prowadził wojnę inaczej, w sposób maksymalistyczny. Twierdził, że im bardziej zmiażdży Hamas, tym bardziej będzie on skłonny do ustępstw. W ocenie wielu obserwatorów, w tym mojej, Netanjahu wykorzystał wojnę jako instrument polityczny. Formułowanie nieweryfikowalnych celów – takich jak całkowite zniszczenie Hamasu czy zagwarantowanie, że Gaza nigdy nie będzie stanowić zagrożenia – służyło temu, aby wojna nie miała jednoznacznego końca. Netanjahu nie chciał kończyć tych działań. Nawet gdy jesienią zeszłego roku ogłoszono zawieszenie broni, w dalszych działaniach zginęło ponad 1200 osób, a Gaza nadal jest niszczona.

Eisenkot był gotów na zawieszenie broni, aby ratować żywych ludzi. Nie wynikało to ze współczucia wobec cywilów w Gazie czy względów humanitarnych, lecz z czystej pragmatyki i inaczej rozłożonych akcentów.

Jakie postulaty przedstawia gen. Eisenkot wyborcom?

To trudne pytanie, ponieważ izraelskie spektrum polityczne jest niezwykle spłaszczone. Z perspektywy europejskiej różnice między poszczególnymi ugrupowaniami bywają kosmetyczne.

W polityce wewnętrznej Gadi Eisenkot zwraca uwagę na głęboką polaryzację społeczną – zarówno wewnątrz większości żydowskiej, jak i w relacjach z obywatelami arabskimi. Ważnym tematem jest kwestia poboru ultraortodoksów do wojska. Obecnie są oni de facto wyłączeni ze służby, co budzi ogromną wściekłość reszty społeczeństwa. Eisenkot proponuje, aby tylko 3 proc. ortodoksyjnych Żydów mogło być zwolnionych ze służby ze względów religijnych, a cała reszta podlegała obowiązkowemu poborowi.

Podnosi także potrzebę godzenia żydowskiego charakteru państwa z równością obywateli. Deklaruje, że Izrael ma pozostać państwem żydowskim w sensie etnicznym i tożsamościowym, ale musi gwarantować równość wszystkim obywatelom, w tym Arabom. Trudno jednak powiedzieć, jak miałoby to wyglądać w praktyce, gdyż obecny klimat polityczny w Izraelu sprawia, że jakikolwiek znaczący gest wobec ludności arabskiej spotkałby się z ogromnym oporem. Trzeba mu jednak oddać, że ten temat w ogóle podnosi. Zastrzegam jednak, że dotyczy to wyłącznie arabskich obywateli Izraela, a nie Palestyńczyków z terytoriów okupowanych.

Jeśli chodzi bowiem o państwowość Palestyny – Eisenkot jest jej przeciwnikiem. Różnica między nim a prawicą leży w argumentacji. Prawica – ludzie tacy jak Becalel Smotricz, Itamar Ben-Gwir czy sam Netanjahu – używa uzasadnień ideologicznych i biblijnych. Generałowie tacy jak Eisenkot odrzucają państwowość palestyńską z przyczyn bezpieczeństwa. Twierdzą, że powstanie Palestyny zagroziłoby Izraelowi, dlatego należy utrzymać kontrolę wojskową oraz duże bloki osiedli. Efekt końcowy jest bardzo podobny, ale ścieżka dochodzenia do niego i język – odmienne.

Gen. Eisenkot postuluje rozliczenie premiera Benjamina Netanjahu – za 7 października, za korupcję, za nadużycia. Czy może mu się to udać?

Trzeba przyznać, że opozycja z Eisenkotem na czele silnie akcentuje kwestie praworządności, trójpodziału władzy i niezależności sądownictwa, zarzucając Netanjahu próbę zawłaszczenia państwa. Postulat politycznego i prawnego rozliczenia premiera za zaniedbania wokół 7 października oraz sprawy korupcyjne także jest bardzo mocny. Jednak szanse na realizację tego scenariusza oceniam jako coraz mniejsze.

Do tego potrzebne jest zwycięstwo w wyborach. Jak kształtują się sondaże?

Opozycja właściwie ani przez moment w ostatnich miesiącach nie miała gwarancji samodzielnej większości. W najlepszych momentach osiągała w prognozach 59–60 mandatów na 61 wymaganych. Obecnie jej notowania spadły do poziomu 53–54 mandatów, co stawia ją na równi z obozem Netanjahu.

W izraelskim Knesecie (który ma 120 miejsc red.) brak 7–8 mandatów to ogromna różnica. Po odliczeniu około 10–12 mandatów przypadających na partie arabskie, które zazwyczaj są wykluczane z kalkulacji koalicyjnych, pole manewru jest znikome. Zresztą Centralna Komisja Wyborcza próbowała niedawno wykluczyć partie arabskie ze startu, a same ugrupowania opozycyjne często deklarują, że nie stworzą rządu z Arabami.

Najbardziej prawdopodobny scenariusz to wybory nierozstrzygnięte. Ani obecna koalicja, ani opozycja nie zdobędzie większości. W takim wypadku Netanjahu pozostanie premierem pełniącym obowiązki do czasu wyłonienia nowej większości – co może wymagać kolejnych przyspieszonych wyborów. Pamiętamy lata 2019–2022, gdy wybory powtarzano pięciokrotnie. Prawdopodobieństwo, że Eisenkot obejmie władzę i rozliczy Netanjahu, jest obecnie niewielkie. Zwłaszcza że może przecież jeszcze dojść do przetasowań, np. gdyby politycy tacy jak Awigdor Lieberman czy Naftali Bennett wrócili do koalicji z Netanjahu. Bariery personalne i wzajemna niechęć są bardzo silne, więc obecnie trudno to sobie wyobrazić, ale poglądy mają podobne.

Izrael czeka polityczny chaos?

Brak rozstrzygnięcia w wyborach nie oznacza całkowitego chaosu w zarządzaniu państwem. Netanjahu pozostanie na stanowisku i będzie rządził dalej. Do prowadzenia polityki zagranicznej czy militarnej – np. decyzji o kolejnych operacjach w Gazie, Libanie czy działaniach na Zachodnim Brzegu – premier wykorzystuje decyzje administracyjne, a nie legislacyjne. Nie potrzebuje stałej zgody Knesetu, by wydać rozkaz bombardowania, więc państwo będzie funkcjonować pod jego przewodnictwem.

Co dalej z wojną z Iranem? Czy ten temat jest obecny w kampanii?

Temat Iranu jest obecny. Netanjahu chwali się jako swoim wielkim sukcesem doprowadzeniem do konfrontacji z Iranem i wciągnięciem w nią Amerykanów. Powstaje tu pewien paradoksalny dwugłos: z jednej strony rząd ogłasza potężny sukces i osłabienie wroga, z drugiej – nie może całkowicie zrezygnować ze straszenia nim, gdyż byłoby to politycznie nieroztropne.

Izraelczycy nie są zainteresowani trwałym końcem tej konfrontacji. Jakakolwiek próba porozumienia między Waszyngtonem a Teheranem spotkałaby się z ostrym sprzeciwem Tel Awiwu. Izraelowi odpowiada stan "ani wojny, ani pokoju", z opcją wznowienia uderzeń w dogodnym momencie.

Osoby z otoczenia Netanjahu szukają także innych "wrogów". Straszą dziś społeczeństwo Turcją i jej aktywnością w Syrii. Opozycja wskazuje na zagrożenie ze strony Kataru. Kilka miesięcy temu z otoczenia premiera dochodziły wręcz głosy o potencjalnym zagrożeniu ze strony Egiptu i jego armii. Podsumowując – wizja otoczenia Izraela przez wrogów jest stałym elementem każdej izraelskiej kampanii.

Wybrane dla Ciebie