Gdy "do gry" wkroczyły koty, byłam jeszcze nastolatką. Czarny, około półroczny kocur pojawił się na progu rodzinnego domu i postanowił się wprowadzić. Po prostu. Siedział pod drzwiami, "płakał", miauczał, dobijał się do okien. W zasadzie zdecydował za nas, chociaż o kotach nie wiedzieliśmy nic. Dodam, że było to 20 lat temu i powszechne były kocie zabawki, karma oraz inne drobiazgi. Ale niekoniecznie już wiedza.
Kot otrzymał imię Behemot, oczywiście z książki "Mistrz i Małgorzata", a że sam przyszedł, to i chciał sam wychodzić i kręcić się po okolicy. Przecież "musi mieć coś z życia", no i wcześniej "już był wychodzący". To nawet nie była nasza wygoda – przecież zadbaliśmy o jego kuwetę, karmę, czip, szczepienia i odrobaczanie. Oczywiście został też wykastrowany, by nie pogłębiać problemu bezdomności.
Zresztą trudno tu mówić o wygodzie, bo wiele razy wstawałam o trzeciej w nocy, gdy kot postanowił, że to jest dobry moment na przechadzkę w świetle księżyca. Wydawało nam się, że "robimy dobrze" i dajemy mu "trochę wolności".
Ta wolność skończyła się ostatecznie, gdy miał trzy lata. Weterynarz, który wtedy badał Behemota, stwierdził, że kot został uderzony przez człowieka w głowę ciężkim przedmiotem – najpewniej łomem lub łopatą. Poturbowany i ledwo żywy wrócił do domu, gdzie próbowaliśmy go ratować. Nie udało się. Wtedy już wiedziałam, że chyba wolałabym, żeby jednak kot był "nieszczęśliwym więźniem" – za to żywym.
Instynkt powinien się "odpalić"
Kolejna kotka, Messi, trafiła do nas ze schroniska i chociaż ma teraz 17 lat, jest dalej w dobrej formie. Imię wybierali pracownicy miejsca, z którego ją adoptowaliśmy. Ale ta historia zasługuje jednak na zupełnie osobny rozdział, bo też nie było "kolorowo".
Messi mieszka w rodzinnym domu. Opuściła go tylko raz, gdy wymknęła się drzwiami do ogródka. Cóż, niektórzy mówią, że to powinno wystarczyć, by "odpalił się" instynkt i chciała już zawsze wychodzić. Szczęśliwie tak się nie stało, a wręcz przeciwnie. Przygoda "w dziczy" nie przypadła jej do gustu.
Ale chociaż mieliśmy już kota w domu, to... pojawił się kolejny. Sytuacja w zasadzie identyczna jak w przypadku Behemota i to raptem kilka lat po jego odejściu. Czarny kocur postanowił, że się wprowadza i będzie tu teraz panem. Weterynarz ocenił go na około trzy lata. Był już też wykastrowany, więc najpewniej ktoś postanowił się go pozbyć. Ale nie wiem tego na pewno, bo Draakul (kto czytał "Wiedźmina", ten wie, skąd wzięło się jego imię) nigdy mi się nie zwierzał ze swojej przeszłości.
Tu było trochę lepiej z "kotem wychodzącym", bo faktycznie "trzymał się domu". A przynajmniej tak nam się wydawało, bo przecież nikt z nim po dachach nie skakał. Może to przywiązanie lub strach, że ucieknie mu możliwość zjedzenia kolejnej "saszety" sprawiły, że dożył w spokoju 15 lat.
Ale więcej już nie dożyje.
Na to "stare koty nie chorują"
Draakul zachorował na FIP, czyli zakaźne zapalenie otrzewnej kotów. "Podobno" chorują na to tylko młode koty. "Podobno" czasem udaje się to wyleczyć. Tyle że Draakul miał 15 lat, a mimo wszystko zachorował.
Przy okazji warto wyjaśnić jedną rzecz, bo wokół FIP narosło sporo mitów. FIP nie jest chorobą, którą kot po prostu zaraża się od drugiego kota. Koty mogą natomiast przenosić między sobą koronawirusa, który jest bardzo powszechny i zwykle nie powoduje poważnych problemów. U części zwierząt wirus może jednak z czasem zmienić się w organizmie i doprowadzić do rozwoju FIP. Dlatego sam FIP nie jest uznawany za chorobę łatwo przenoszącą się między kotami.
Draakul i Messi przez lata wzajemnie się nie znosili, więc praktycznie nie mieli ze sobą kontaktu. Dziś trudno powiedzieć, czy miało to jakiekolwiek znaczenie dla jej zdrowia. Faktem jest jednak, że ona wciąż żyje i ma się dobrze. Jego już nie ma.
Przynajmniej "zaznały szczęścia"
Niektórzy powiedzą, że przynajmniej kocury "zaznały szczęścia" za życia, a "uwięziona" jest moja kotka. Obawiam się jednak, że sprawa nie jest taka oczywista. Małe to szczęście zginąć od łopaty czy odejść z tego świata po ciężkiej chorobie.
Dziś wiem, że po prostu popełniłam błąd. I to nie tylko ze względu na zdrowie i bezpieczeństwo kotów. Ofiarami moich młodych myśliwych przecież na pewno padały również ptaki i gryzonie.
Jak wynika z badań naukowców z całego świata, koty polują na ogromną liczbę różnych zwierząt. W opublikowanej w 2023 roku w czasopiśmie "Nature Communications" analizie zebrano dane z ponad 500 wcześniejszych badań dotyczących diety kotów żyjących z dostępem do terenów na zewnątrz. Naukowcy znaleźli aż 2084 gatunki, które padały ofiarą kotów. Wśród nich 347 było gatunkami zagrożonymi lub wymagającymi ochrony.
A czy była to "wygoda"? Nie.
Nie ma nic wygodnego w przebudzaniu się w ciągu nocy, wychodzeniu na poszukiwania kota w szlafroku, bo "długo nie wraca", notorycznych wizytach u weterynarza czy wyciąganiu kleszczy. Zagrożeniem są dla niego samochody, inne zwierzęta, ludzie. A przecież kontakt ze światem zewnętrznym nie musi oznaczać wypuszczania kota samopas. Istnieją szelki, smycze, zabezpieczenia balkonów czy catio (zabezpieczony wybieg dla kota). Nie każdy kot będzie jednak chciał chodzić na smyczy i nie każdy powinien być do tego zmuszany. Ale między "kot siedzi tylko w domu" a "kot sam biega po okolicy" naprawdę istnieje cała masa bezpieczniejszych możliwości.
Nie widzę żadnych plusów. A minusy ledwo zaczęłam wymieniać, bo jest ich przecież o wiele więcej.