Gnębić i wciągać Zachód. Rosja "wsadza stopę w drzwi"
Rosyjski Korpus Afrykański wycofał się z Kidal w Mali. Media piszą wprost o klęsce Kremla w Afryce. - Jest to niewątpliwie problem wizerunkowy i taktyczny, ale reżim generała Assimiego Goïty nadal utrzymuje władzę - mówi o2.pl analityk OSW Miłosz Bartosiewicz. Wskazuje też, jakie cele przyświecają Rosji w Sahelu.
- To cykl "Blisko Świata", w ramach którego piszemy na o2.pl o kryzysach humanitarnych, konfliktach zbrojnych i innych ważnych wydarzeniach w różnych zakątkach globu.
- W tym odcinku rozmawiamy z Miłoszem Bartosiewiczem, starszym analitykiem w Zespole Rosyjskim Ośrodka Studiów Wschodnich.
- Czy po wycofaniu się z Kidalu Rosja traci wpływy w Afryce i poniosła istotną klęskę? - Jest to pewien cios dla prestiżu rosyjskich formacji najemniczych, jednak sytuacja taktyczna w Mali stale się zmienia - uważa ekspert.
- Jak dodaje, główna strategia Rosjan w Afryce polega na "ciągłym angażowaniu, atakowaniu i podkopywaniu zachodnich wpływów".
Rafał Strzelec, dziennikarz o2.pl: Co w Rosji mówi się o wycofaniu Korpusu Afrykańskiego z Kidalu w Mali?
Miłosz Bartosiewicz, analityk OSW: W samej Rosji niewiele się o tym mówi. Sytuacja w Mali wymusiła jednak wysłanie w świat pewnych komunikatów. Dmitrij Pieskow, rzecznik Kremla, zapowiedział, że pomoc dla Mali będzie kontynuowana. Ministerstwo Spraw Zagranicznych także wydało krótki, zdawkowy komunikat informujący o współpracy Korpusu Afrykańskiego z malijskimi siłami zbrojnymi. Widzimy zatem, że mimo większej formalizacji rosyjskiej obecności wojskowej w Mali, pozostaje ona w pewnym sensie półoficjalna. Mimo organizacyjnego podporządkowania Korpusu Afrykańskiego ministerstwu obrony, charakter formacji wciąż jest niejasny. To celowy zabieg, dlatego władze rosyjskie niechętnie poruszają jej temat publicznie. Więcej uwagi dotyczącej jej działalności poświęcają rosyjskie media propagandowe skoncentrowane na Afryce.
Czy to jest strategiczna klęska Kremla?
Nie wyolbrzymiałbym znaczenia wycofania się z Kidalu. Faktycznie jest to porażka wizerunkowa Rosji. Najemnicy praktycznie bez walki wycofali się na mocy porozumienia z tuareskimi separatystami. Warto pamiętać, że to samo miasto w 2023 r. zdobyli wagnerowcy. Jest to więc pewien cios dla prestiżu rosyjskich formacji najemniczych, jednak sytuacja taktyczna w Mali stale się zmienia. Siły rządowe od dłuższego czasu znajdowały się w defensywie. Od jesieni ubiegłego roku trwała blokada paliwowa stolicy - Bamako. Prowadziły ją głównie powiązane z Al-Kaidą komórki JNIM, które niszcząc konwoje, w dużej mierze sparaliżowały państwo. Brakowało skutecznej odpowiedzi na asymetryczny charakter tych działań.
Rosja przeprowadziła test "Szatana". Propaganda czy sukces?
Ofensywa z przełomu kwietnia i maja, będąca efektem skoordynowanych działań separatystów z Azawadu i komórek islamistycznych, obnażyła słabe strony rosyjskiego modelu obecności w strefie Sahelu. Choć rosyjska taktyka działania w całej Afryce jest spójna i opiera się na jednym paradygmacie oraz podobnym zestawie narzędzi, sytuacja w Mali była pod wieloma względami specyficzna. Tylko tam (i w Republice Środkowoafrykańskiej) proces zastępowania najemników z Grupy Wagnera nowymi strukturami jeszcze się w pełni nie dokonał. Nie mamy pewności, ilu dokładnie Rosjan stacjonuje w kraju. Szacunki wahają się od półtora do nawet dwóch i pół tysiąca, jeśli wliczymy w to lokalnych bojowników i milicje werbowane oraz uzbrajane przez Moskwę. Zmiana szyldu była w teorii płynna, wszystko przeszło pod kontrolę Ministerstwa Obrony, ale podział na starych "ludzi Wagnera", którzy operowali głównie na północy, i nowych bojowników nadal funkcjonuje.
Mali jest również ciekawym przypadkiem dlatego, że tylko tam Korpus Afrykański zaangażował się w tak otwarty, ciężki bój. Rozwinięto tam pełnowartościową grupę lotniczą liczącą kilkanaście maszyn - śmigłowce szturmowe, transportowe i wielozadaniowe, drony, a nawet bombowce frontowe Su-24. Przynajmniej jeden z nich utracono w katastrofie w zeszłym roku. Pojawia się jednak mnóstwo problemów, chociażby we współpracy z siłami zbrojnymi Mali. Z niezależnych doniesień wynika, że Rosjanie są bardzo trudnym partnerem. Potrafią nie ruszyć się z bazy bez doraźnej gratyfikacji finansowej, działają na własną rękę, poza oficjalnym łańcuchem dowodzenia, i często lekceważą rozkazy. Docierają informacje, że wojsko malijskie bywa dyskryminowane na korzyść rosyjskich najemników, na przykład w kwestii ewakuacji medycznej.
Skala nadużyć i zbrodni popełnianych na ludności cywilnej przez wagnerowców, a obecnie przez Korpus Afrykański, pozbawiła Rosjan lokalnych źródeł informacji wśród tubylców. Brutalność ta zbliżyła też do siebie separatystów z Azawadu i dżihadystów, którzy zaczęli prowadzić wspólne działania. Mimo tych wszystkich problemów nie posunąłbym się do stwierdzenia, że ostatnie wydarzenia uderzyły strategicznie w rosyjską pozycję w Sahelu. Jest to niewątpliwie problem wizerunkowy i taktyczny, ale reżim generała Assimiego Goïty nadal utrzymuje władzę.
Co zyskują Rosjanie na swojej obecności w Mali?
Na ten moment Rosjanie włożyli w Mali sporo wysiłku, ale niewiele zyskali. Nie udało im się uzyskać dostępu do sektora wydobycia złota czy podporządkować sobie struktury państwa, jak miało to miejsce w Republice Środkowoafrykańskiej. Władze w Bamako, w obawie przed zbytnim wpływem Rosjan, nie dopuściły firm tworzonych jeszcze przez Prigożyna do eksploatacji złóż na szeroką skalę, wyżej ceniąc sobie współpracę z firmami górniczymi z Kanady czy Australii. Moskwa ma rzekomo pobierać miesięczne opłaty w wysokości około 10-11 milionów dolarów za utrzymanie sił w kraju, ale zdestabilizowanego państwa po prostu na to nie stać, przez co sama Rosja musi niekiedy finansować obecność najemników z własnej kieszeni.
Efekty aktywności Rosjan są mocno mieszane. Sytuacja bezpieczeństwa nie uległa poprawie. Tam, gdzie pojawili się rosyjscy najemnicy, poziom bezpieczeństwa się nie zwiększył. Rosyjskie operacje znacząco różnią się pod tym względem od działań państw Zachodu. Choć zaangażowanie Francji w Sahelu w ostatniej dekadzie ostatecznie zakończyło się fiaskiem, niosło ze sobą chociaż próby budowy instytucji państwowych i stymulowania rozwoju społeczno-ekonomicznego. Operacje Rosjan obliczone są z kolei na uzyskiwanie doraźnych korzyści politycznych i gospodarczych.
Skoro Moskwa nie ma żadnych fruktów z tej współpracy, to czy na Kremlu nie pojawiają się głosy, aby wycofać się z zaangażowania w Afryce? Tym bardziej że Rosja ma spore problemy w Ukrainie...
Nie sądzę. Mimo że stosunek Rosji do Afryki jest ściśle utylitarny, nakłady na jej utrzymanie nie są na tyle duże, by trzeba było zwijać tamtejsze operacje. Zdarzało się oczywiście, że przerzucano część najemników między Afryką a frontem na Ukrainie, głównie za pośrednictwem stale rozbudowywanych rosyjskich baz w Libii, jednak nie ma mowy o wycofywaniu się.
Rosyjska polityka w Afryce jest dalece nieformalna. Rzadko padają jasne i konkretne deklaracje polityczne. W Mali Korpus Afrykański przejął "w spadku" dziedzictwo operacji Prigożyna, który wyparł wpływy francuskie i po prostu tam został. Działalność na kontynencie formacji najemniczych i rosyjskiego biznesu - np. spółki Nordgold, posiadającej koncesje wydobywcze m.in. w Burkina Faso, jest podporządkowana nadrzędnym celom strategicznym. Najważniejszym celem jest konfrontacja z Zachodem.
Obecność w Afryce to po prostu kolejny front tej "niewypowiedzianej wojny". Służy wiązaniu Zachodu na innych odcinkach i sprawianiu mu nieustannych kłopotów. Choć Moskwa działa doraźnie i oportunistycznie, wciąż opiera się na tej samej formule - ciągłym angażowaniu, atakowaniu i podkopywaniu zachodnich wpływów. Robi to konsekwentnie, zwłaszcza po 2022 r.
Armenia obiera kurs proeuropejski, Chiny rozpychają się w Azji Centralnej, Moskwa wycofuje się stopniowo z Syrii, a jej kluczowy sojusznik, czyli Iran, uwikłany jest w konflikt na Bliskim Wschodzie. Liczba przywódców zagranicznych na ostatniej, okrojonej paradzie 9 maja w Moskwie pokazała, jak osamotniony na arenie międzynarodowej jest Władimir Putin. Patrząc na to wszystko z lotu ptaka - Kreml globalnie traci.
Rosja oczywiście słabnie, ale przede wszystkim wewnętrznie. To, o czym Pan wspomniał, to różne porządki polityczne. Moskwa postrzega świat na zasadzie koncentrycznej. Rosja jest w centrum, wokół niej obszar postradziecki, jak Azja Centralna czy Kaukaz Południowy, a jeszcze dalej szeroko pojęte Globalne Południe, choć sama Moskwa tak go nie nazywa. Model rosyjskich działań na tym zewnętrznym pierścieniu mocno różni się od podejścia zachodniego. Aktywność inwestycyjna czy handlowa Rosji w Afryce jest marginalna na tle takich graczy jak Chiny, Zachód, Indie, Turcja czy państwa Zatoki Perskiej.
Działania Rosji są natomiast niezwykle elastyczne, drapieżne i opierają się na wsadzaniu "stopy w drzwi". Wykorzystuje dogodne okazje, takie jak przewroty wojskowe w Sahelu w ostatnich latach. Na Madagaskarze ludzie Prigożyna potrafili ingerować w wybory prezydenckie już w 2018 r. Nie powinniśmy jednak przeceniać samej sprawczości Rosji. Zwykle nie kreuje ona tych kryzysów od zera, ale doskonale "łapie wiatr w żagle", by za pomocą swojego aparatu wywiadowczego, dezinformacyjnego czy najemników dyskontować zyski i wypierać wpływy Zachodu.
Jednak wpływy zdobywane w tak oportunistyczny sposób nie są szczególnie trwałe. Jeśli jakaś afrykańska junta by upadła, Rosja z dnia na dzień mogłaby stracić swoją pozycję, bo jej obecność w kraju opierała się na osobistych układach z tamtejszymi elitami, a nie na solidnych fundamentach instytucjonalnych. Moskwa nie przykłada prawie żadnej wagi do współpracy z lokalnym społeczeństwem obywatelskim - zamiast tego powiązane z rosyjskimi służbami struktury finansują sztuczne "oddolne ruchy" głoszące prokremlowskie hasła.
W kwestiach gospodarczych rzeczywistość również mocno skrzeczy. Zachodnie sankcje krzyżują Rosji wiele planów na kontynencie. Chociaż Afryka faktycznie pełni dla Kremla rolę jednego z węzłów do obchodzenia sankcji gospodarczych, chociażby pomagając w ukrywaniu floty cieni i sprowadzaniu komponentów lotniczych, to relacje gospodarcze z kontynentem pozostają sprawą wtórną. Nawet pozyskiwanie taniej siły roboczej z Afryki, w celu łatania ogromnych niedoborów siły roboczej na rosyjskim rynku, to wciąż raczej melodia przyszłości. Nadrzędnym celem było i pozostaje osłabianie pozycji Europy i USA.
Ile prawdy jest w tym, że ruchom separatystycznym, które wypierają Rosjan, pomagają Francuzi i Ukraińcy?
Skoordynowane i masowe zaangażowanie Francji czy Ukrainy we wspieranie sił antyrosyjskich w Afryce to w dużej mierze narracja rosyjskiej propagandy, którą niestety podchwytują czasami zachodnie, w tym polskie, media. Wprawdzie ukraiński wywiad wojskowy przeprowadzał punktowe operacje w Sudanie, a w Mali prawdopodobnie udzielił separatystom pewnego wsparcia. Były też doniesienia o uszkodzeniu tankowca floty cieni z terytorium Senegalu czy o pojawieniu się ukraińskiego specnazu w zachodniej Libii
Są to jednak bardzo ograniczone czasowo i terytorialnie operacje o charakterze głównie demonstracyjnym. Mają pokazać ukraińską zdolność do operowania w skali globalnej i zranić wroga wszędzie tam, gdzie to możliwe, a nie realnie przenieść teatr działań wojennych do Afryki. A liderzy są wrażliwi na punkcie obcej ingerencji, zatem Rosjanom zależy, by w świetle propagandy to Zachód i Ukraina odpowiadały za podsycanie konfliktów na kontynencie.
Również Chiny inwestują w Afrykę. Przedsiębiorstwa chińskie mają udziały w jednej trzeciej portów na kontynencie i w kopalniach surowców. Czy Rosja, prócz Zachodu, rywalizuje w Afryce także z Pekinem?
Jeśli chodzi o relacje Rosji z innymi aktorami zewnętrznymi, Moskwa jest tu zadziwiająco skłonna do kompromisów. Jej strategicznym konkurentem pozostaje Zachód. Modele i cele obecności chińskiej i rosyjskiej są skrajnie odmienne. Pekin inwestuje w infrastrukturę i chce stabilizować kontynent, by ściśle powiązać Afrykę ze swoją gospodarką. Z reguły interesy Moskwy i Pekinu się nie krzyżują, chociaż zauważalna jest już rywalizacja na niektórych polach - np. w eksporcie broni. Moskwa traci rynki zbytu z powodu konieczności wysyłania większości sprzętu na front na Ukrainie, podczas gdy Chiny sukcesywnie przejmują afrykańskie kontrakty zbrojeniowe.
Relacje z państwami Zatoki Perskiej czy z Turcją są jeszcze bardziej skomplikowane. Zjednoczone Emiraty Arabskie współpracują z Rosją m.in. we wschodniej Libii, wspierając reżim Chalify Haftara w Bengazi, a także zarabiają na pomocy Kremlowi w omijaniu sankcji. Z kolei rosyjskie i tureckie wpływy często się ścierają - Ankara (a także Katar) wspierają np. rząd w Trypolisie na zachodzie Libii. Obecnie Turcy starają się również mocniej wejść do Sahelu, ale robią to w sposób niekolidujący bezpośrednio z interesami Rosjan. Układy te są zatem płynne. Niezmienna w przypadku Moskwy pozostaje tylko zasada podkopywania i uderzania w zachodnią obecność na kontynencie.
Rafał Strzelec, dziennikarz o2.pl