Środowiskowo-Lekarskie Wodnego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego w swoich strukturach prowadzi Zachodniopomorską Grupę Interwencyjną, która działa również prewencyjnie, m.in. patrolując plaże zachodniopomorskie od miejscowości Gąski do miejscowości Łazy przez Mielno, Mielenko, Unieście, Sarbinowo, Chałupy.
Jednostka mobilna porusza się na quadach z przyczepą ewakuacyjną oraz ze skuterem wodnym, nierzadko udzielając pomocy w nagłych sytuacjach. Rozmawiamy z Arkadiuszem Gradowskim i Szymonem Warmiakiem - ratownikami Zachodniopomorskiej Grupy Interwencyjnej w Łazach.
Jeżdżąc po plażach, namawiamy turystów, nawet tych, którzy przebywają poza kąpieliskiem, żeby nie wchodzili, jeśli kilkaset metrów dalej albo kilka kilometrów dalej jest czerwona flaga. Oczywiście niedopuszczalne jest to, że osoby niepełnoletnie wchodzą do wody, a rodzice nie mają nad tym kontroli, a nawet jeśli ją mają, to świadomie narażają osoby niepełnoletnie na utratę zdrowia bądź życia w przypadku warunków niesprzyjających - podkreślają nasi rozmówcy.
Dużo jest takich przypadków, gdzie podczas czerwonej flagi ratownicy dyżurują na odcinku 100-metrowym, upominając osoby, które wchodzą do wody mimo czerwonej flagi - słyszymy. - Nie oszukujmy się, że jak turyści przyjeżdżają nad morze, a są niesprzyjające warunki, to oni tak czy siak muszą wejść do tej wody. Zabawa na fali może jednak skończyć się tragedią - podkreślają ratownicy.
Mieliśmy w tamtym roku taki przypadek, że rodzina na plaży przebywała dwie godziny. O godz. 17 przyjechali, a o 19 mężczyzna, który to ratował swoich dwóch synów, już nie żył. Jednego syna wyciągaliśmy z falochronów, drugi prawie wyszedł o własnych siłach, dzięki ojcu, który pospieszył z pomocą. Niestety sam poświęcił życie dla swoich dzieci - zaznacza Arkadiusz Gradowski.
"Rodzice dają przykład"
Przede wszystkim opiekunowie i rodzice dają przykład, jak należy korzystać z walorów naszego morza, ale i plaży.
Są miejsca, w których klify wydmowe są bardzo wysokie i strome, a dzieci na nie wchodzą i rodzice nic sobie z tego nie robią. Rodzice opalają się i dają przykład również dzieciom, które wchodzą, niszczą, podkopują wydmy, nasypy, co też stwarza zagrożenie dla dzieci, ponieważ nawał piachu może się obsunąć - tłumaczą rozmówcy o2.pl.
"Tonący nie będzie wołał o pomoc"
Jak słyszymy - jeśli chodzi o użytkowanie sprzętów wodnych, SUP-ów, pompowanych kajaków czy materaców, w Polsce przepisy mówią jasno, że każdy taki sprzęt jest jednostką pływającą.
A jednostka pływająca musi być wyposażona w sprzęt asekuracyjny, w tym w kapoki, przynajmniej asekuracyjne. Jeśli ktoś - nie znając warunków pogodowych - idzie sobie popływać na SUP-ie i nie zapnie leasha (smyczy bezpieczeństwa), czyli tej linki, która jest przypięta do kostki, po upadku odpływa deska, a człowiek pływa nie wiadomo gdzie koło tej deski. Wtedy my jako grupa interwencyjna ściągamy takich ludzi do brzegu, bo nie są samodzielnie w stanie już dopłynąć - mówi Arkadiusz Gradowski.
- Wielokrotnie zdarza się, że kilka osób wchodzi na deskę, ale nawet jeśli jest na niej tylko jedna osoba, podczas falowania, silnego podmuchu wiatru, który powoduje destabilizację takiej osoby, może podczas upadku uderzyć głową w deskę, SUP odpływa, ciało tonie i tragedia gotowa - wyjaśnia.
Niedawno w Łazach mężczyzna został zniesiony przez morze na odległość blisko kilometra od lądu. Jak słyszymy - "chociaż morze wyglądało na płaskie, wiatr wypchnął mężczyznę w wodę na odległość ok. 700 metrów, przez co nie mógł on samodzielnie wrócić". Potrzebna była pomoc.
Pamiętajmy, że tonący nie woła o pomoc. Zresztą z daleka, z kilkuset metrów, nie jesteśmy w stanie zauważyć takiej osoby i wychwycić, czy rzeczywiście potrzebuje ona pomocy. W dodatku jest w kąpielówkach i ewentualnie w okularach albo w czapeczce. Nie ma telefonu ani gwizdka. Warto dodać, że przy kamizelce ratunkowej, asekuracyjnej znajdują się również gwizdki. Wtedy ten gwizdek może spowodować to, że ktoś zwróci uwagę na tonącego i uratuje ludzkie życie - podkreślają ratownicy.