Zupki chińskie i inne kubeczki mają fatalną opinię. Co jest w nich największym problemem?
Zupki chińskie i inne kubeczki mają fatalną opinię. Co jest w nich największym problemem?
"Jesteś w gorącej wodzie kąpany", można dopowiedzieć "dokładnie tak, jak zupki instant". Jedna paczka zawiera prawie całą dobową normę sodu, a smażony w oleju makaron wprowadza kiepskiej jakości tłuszcz przy niewielkiej wartości odżywczej. Poznajmy całą prawdę o zupkach zalewanych wrzątkiem.
Paczka za kilka złotych, wrzątek, 3 minuty czekania i ciepłe danie gotowe. Zupki chińskie oraz kubeczki instant mają fatalną opinię, a winą najczęściej obarcza się glutaminian. Prawdziwy problem usadowiony jest niestety gdzie indziej. Przeanalizujmy sumiennie skład, zawartość soli, tłuszcze i dodatki oraz wybierzmy element, który naprawdę jest poniżej krytyki.
Co naprawdę jest w środku takiej zupki
W paczuszce zupki chińskiej znajduje się przede wszystkim zbity makaron i mała saszetka z przyprawą. Makaron stworzony jest z oczyszczonej mąki pszennej, więc zawiera głównie skrobię, czyli węglowodany, a białka ma niewiele. Błonnika praktycznie tam nie ma, bo ziarno pozbawiono łuski i zarodka. Saszetka to najczęściej mieszanka soli, wzmacniaczy smaku, suszonych warzyw oraz tłuszczu. Zdarza się, że saszetka z tłuszczem jest osobna. Producent dokłada też aromaty oraz odrobinę suszonej wołowiny lub kurczaka, choć tak naprawdę mięsa jest tyle, co nic. Jedna porcja waży od 60 do 85 gramów i pod tą wygodną formą kryje się posiłek zbudowany na rafinowanej mące oraz dodatkach smakowych.
Najpoważniejszy zarzut wobec zupek dotyczy soli, a dokładniej jej ilości w porcji. Jedna paczka zawiera średnio 1300 mg sodu, czyli składnika soli kuchennej odpowiadającego za wzrost ciśnienia. Jest to ponad połowa dziennej normy, którą Światowa Organizacja Zdrowia ustaliła na 2000 mg sodu. 2000 mg sodu to w przybliżeniu 5 gramów soli. Zjadając dwa takie kubeczki, przekracza się więc dobowy limit, a gdzie inne posiłki? Nadmiar sodu zatrzymuje wodę w organizmie oraz obciąża nerki, ponieważ muszą za wszelką cenę go wydalić. Długotrwałe przekraczanie normy podnosi ryzyko nadciśnienia oraz chorób serca. Zawsze trzeba czytać etykietę, bo część marek przekracza 2500 mg sodu na porcję. Dobra rada to zalewać makaron z połową saszetki, a resztę odłożyć.
Większość ludzi nie wie o tym, że makaron instant jest wcześniej smażony. Producent najpierw gotuje wstążki na parze, a potem zanurza je w gorącym oleju; zdarza się, że w palmowym. Taki proces szybko usuwa wodę i utrwala kształt, więc paczka przetrwa nawet miesiące w utrudnionych warunkach. Cena tej trwałości to tłuszcz, który wsiąka w makaron i podnosi kaloryczność. W jednej porcji znajdziesz co najmniej 10 gramów tłuszczu, w tym nasyconego, czyli tego obciążającego serce w nadmiarze. Istnieją wersje suszone gorącym powietrzem, a można je rozpoznać po niższej zawartości tłuszczu na etykiecie. Jeśli zależy ci na lżejszym posiłku, trzeba szukać właśnie takiego makaronu oraz porównywać między markami i smakami tabelę wartości odżywczych.
Kalorie bez większej wartości odżywczej
Jedna paczka to z reguły od 300 do nawet 450 kcal, a mimo tej sporej liczby organizm nie dostaje w sumie nic wartościowego. Energia pochodzi z rafinowanych węglowodanów oraz tłuszczu, więc brakuje witamin, składników mineralnych oraz błonnika. Każdy, kto zjadł kiedyś taką zupkę, wie, że ciężko się nią najeść. Dla porównania podobna liczba kalorii z pełnoziarnistego makaronu z warzywami oraz białkiem nasyca na wiele godzin, ale też jest dużo bardziej czasochłonna w przygotowaniu. Zupka wypełnia żołądek, lecz nie dostarcza tego, czego ciało naprawdę potrzebuje do prawidłowej pracy. Wątpliwej jakości energia powinna być dostarczana organizmowi jak najrzadziej.
Glutaminian i jego wątpliwa reputacja
Glutaminian sodu, oznaczany na etykiecie jako E621, od lat uchodzi za głównego winowajcę wszystkiego, co najgorsze. Przez dekady krążyła opowieść o bólach głowy oraz złym samopoczuciu po posiłkach z tym dodatkiem. Badania naukowe raz po raz oczyszczają go z zarzutów przy zwykłym spożyciu. Glutaminian występuje naturalnie, np. w pomidorach, w parmezanie oraz w sosie sojowym, więc jemy go na co dzień bez świadomości. Nazwa jest mało przychylna, ale słuszna, bo to glutaminian sodu, a więc kolejne źródło sodu. Na szczęście ten wzmacniacz smaku nie zatruwa organizmu, ale zwiększa spożycie sodu, którego i tak jemy za dużo. 100 g glutaminianu sodu ma około 13 proc. czystego sodu.
Wrzątek w plastikowym kubku
Wersja kubkowa ma jeszcze jeden problem, na który nikt nie zwraca uwagi. Zupka w jednorazowym kubku to duża wygoda, ale wrzątek trafia wtedy bezpośrednio do pojemnika ze spienionego polistyrenu, czyli materiału znanego pod nazwą styropian. Niektóre kubki są wykonane z cienkiego plastiku. Pod wpływem wysokiej temperatury drobne związki chemiczne z opakowania mają szansę przenikać do jedzenia. Naukowcy przyglądają się między innymi migracji styrenu oraz mikroplastiku, które w gorącym płynie uwalniają się łatwiej niż w chłodnym. Chodzi oczywiście o maleńkie ilości, ale przy częstym jedzeniu warto ograniczać taki kontakt. Gdy jest to możliwe, najlepiej przełożyć zawartość opakowania do miski ceramicznej albo szklanej i w niej zalać ją wrzątkiem. Taka drobna strategia usuwa zbędny kontakt gorącej wody z tworzywem sztucznym.
Pierwsze, co należy zrobić, to wykorzystać jedynie połowę saszetki, bo tak zmniejsza się sód nawet o kilkaset miligramów. Potem dobrze jest ją dożywić wartościami. Jajka ugotowane na twardo lub garść ugotowanych kawałeczków kurczaka doda kilkanaście gramów białka i wydłuży sytość. Orzechy do pochrupania też się mogą spisać na medal. Dorzucona porcja mrożonych warzyw, na przykład azjatyckich, uzupełni błonnik i witaminy. Marchewki baby lub pomidorki koktajlowe to poręczna opcja na wynos. Łyżka oliwy zamiast tłuszczu z saszetki solidnie poprawi zawartość kwasów tłuszczowych. Jak do tego wszystkiego doprawi się jeszcze świeżym czosnkiem, imbirem albo szczypiorkiem, to już posiłek zaczyna być godny pochwały. Taka kompozycja kosztuje kilka złotych więcej, a zamienia wątpliwą bazę w danie z solidniejszą wartością odżywczą. Wygoda zostaje, ale minusy maleją.
Okazjonalnie zjedzona zupka nikomu nie zaszkodzi i nie ma powodu do paniki. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy taki posiłek wchodzi do codziennego jadłospisu. Wystarczy użyć połowy saszetki, dodać jajko oraz warzywa i nagle posiłek przechodzi metamorfozę nie do poznania.
BLISKO LUDZI
Newsletter portalu o2.pl, co tydzień, prosto na Twoją skrzynkę.
Najważniejsze informacje przeplatane rozrywką i pozytywnymi newsami. W każdy wtorek, za darmo. Zapisz się i nie przegap!