Kamery zamontowane w łazienkach uczniów wywołały sprzeciw jednego z rodziców Zespołu Szkół Rolniczych w Białymstoku. Jak wynika z relacji opisanej przez "Gazetę Wyborczą", urządzenia znajdowały się przy wejściu, w części z umywalkami. Nie obejmowały bezpośrednio toalet ani pisuarów.
Dla rodzica nie zmieniało to jednak istoty problemu. W jego ocenie sam fakt rejestrowania obrazu w szkolnej łazience narusza prywatność i godność uczniów.
WIDEOPoruszające pożegnanie Jana Frycza. Tłumy przyszły na Powązki
To rażące łamanie prawa oraz naruszenie prywatności i godności uczniów - argumentował w wiadomości skierowanej do redakcji.
Sprawa ma również wymiar prawny. Art. 108a Prawa oświatowego przewiduje możliwość stosowania monitoringu w szkołach, ale jednocześnie wskazuje pomieszczenia, których monitoring co do zasady nie obejmuje. Wśród nich znajdują się pomieszczenia sanitarno-higieniczne.
To właśnie ten element jest w całej sprawie kluczowy. Kamery – zgodnie z opisem – nie były skierowane na miejsca, w których uczniowie korzystali z toalet. Rejestrowały jednak część łazienki z umywalkami.
UODO od lat wskazuje toalety, łazienki, natryski, szatnie i przebieralnie jako przestrzenie, w których monitoring wymaga szczególnej ostrożności. W swoich materiałach urząd podkreślał, że monitoring w takich miejscach co do zasady nie powinien być stosowany.
Obowiązujące przepisy dopuszczają monitoring w szkołach przede wszystkim wtedy, gdy jest on niezbędny do zapewnienia bezpieczeństwa uczniów i pracowników albo ochrony mienia. Dyrektor musi przy tym uzgodnić jego wprowadzenie z organem prowadzącym oraz przeprowadzić konsultacje z radą pedagogiczną, radą rodziców i samorządem uczniowskim.
Po pytaniach dziennikarki "Gazety Wyborczej" sprawa nabrała tempa. Gdy reporterka pojawiła się w szkole, dyrektor Andrzej Kamiński miał już wiedzieć o problemie.
Dzwoniono do nas z urzędu miasta. Skoro kamery przeszkadzają, zdejmiemy je jeszcze dziś. Już jest umówiony pracownik, który to zrobi – powiedział dyrektor, cytowany przez "Gazetę Wyborczą".
Dyrektor wyjaśnił, że urządzenia nie zostały zamontowane za jego kadencji. Według jego relacji kamery pojawiły się w szkole jeszcze przed 2019 r., za czasów któregoś z jego poprzedników.
Powód miał być praktyczny. Łazienki były wcześniej niszczone, a monitoring miał służyć zabezpieczeniu pomieszczeń.
Uczniowie demolowali łazienki. Kamery miały być zabezpieczeniem – tłumaczył dyrektor. Nikt nigdy nam nie zgłaszał, że nie chce, by wisiały – mówił.
Po interwencji rodzica sytuacja zmieniła się jednak bardzo szybko. Dyrektor zadeklarował, że kamery zostaną zdjęte.
Kamery w łazienkach uczniów w Białymstoku. Jeden mail uruchomił lawinę
Opinie samych uczniów okazały się bardziej złożone, niż można byłoby przypuszczać. Część przyznawała, że obecność kamer w łazience jest dla nich niekomfortowa. Nawet jeżeli obiektyw nie obejmuje kabin czy pisuarów, sama świadomość, że obraz z pomieszczenia może być rejestrowany, może powodować poczucie dyskomfortu.
Byli jednak także uczniowie, którzy podchodzili do sprawy zupełnie inaczej. Jak relacjonowała "Gazeta Wyborcza", niektórzy tak przyzwyczaili się do obecności urządzeń, że przestali zwracać na nie uwagę.
O stanowisko w sprawie poproszono również Kuratorium Oświaty w Białymstoku oraz urząd miasta. Rzeczniczka prasowa kuratorium Katarzyna Sędziak przekazała, że kurator przebywał tego dnia poza siedzibą urzędu i nie było możliwości udzielenia stanowiska w sprawie.
Urząd miasta, według relacji "Gazety Wyborczej", początkowo nie odpowiedział na prośbę o komentarz. Jednocześnie to właśnie z urzędu miał później skontaktować się ze szkołą dyrektor, który dowiedział się o sprawie jeszcze przed wizytą dziennikarki.
Sama idea monitoringu w szkołach nie jest zakazana. Przepisy pozwalają dyrektorom korzystać z kamer, jeżeli jest to rzeczywiście potrzebne dla bezpieczeństwa uczniów i pracowników albo ochrony mienia. Nie oznacza to jednak, że kamerę można umieścić w dowolnym miejscu.