Wrzesień i październik ściągają do lasu grzybiarzy, a w tym roku jest ich wyjątkowo wielu. Wszystko dzięki urodzajowi w lasach. Już sam spacer między drzewami jest wielką przyjemnością, a jeśli do tego możemy wrócić do domu z pełnym koszem darów lasu, dzień staje się idealny. Tylko że to, co widzę w sieci, daje mi sporo do myślenia. Polacy kochają zbierać grzyby. Ale czy się na nich znają? Tu muszę polemizować.
Zapalony grzybiarz umie zarówno odpowiednio grzyba wyjąć, jak i odróżnić gatunki jadalne od niejadalnych i trujących. Wie też, kiedy jakiś okaz jest robaczywy. Ale im więcej grzybów w lasach, tym więcej "niedzielnych" grzybiarzy. A to, co wyprawiają, woła czasem o pomstę do nieba. Wyrywają grzyby razem z grzybnią, niszczą te, których nie zamierzają zabrać, a czasem do koszyka trafiają nawet gatunki objęte ochroną.
Oczywiście, miło byłoby, gdyby ludzie faktycznie pokochali grzybobranie w Polsce. Tylko że do lasu ruszają często kompletnie nieprzygotowani. Wystarczy odwiedzić jedną czy dwie grupy pasjonatów grzybobrania, żeby ze zgrozą patrzeć, o co ludzie pytają. Podstawowe gatunki są mylone notorycznie, chociaż nikt, kto ich nie zna, nie powinien nawet łapać za koszyk. Pytanie "czy to kania?" do tej pory nie stało się memem, a chyba powinno. Nie stało się pewnie dlatego, że grzybiarze na ogół są życzliwi i pomocni, ale czasem – ręce opadają.
Licencja na grzybobranie
W Polsce do lasu można iść z koszykiem (albo reklamówką, bo niektórzy tak też robią) i zbierać grzyby bez żadnej licencji, egzaminu czy opłaty. Są oczywiście wyjątki – grzybów nie wolno zbierać między innymi w parkach narodowych, rezerwatach czy w miejscach objętych zakazem wstępu. Nie ma jednak żadnego obowiązku udowodnienia, że potrafimy rozpoznać gatunek, który właśnie wrzucamy do koszyka.
I tu zaczyna się mój problem. Bo może przed wejściem do lasu warto byłoby jednak wiedzieć, co się z niego bierze?
Włosi już dawno to uregulowali
Nie jesteśmy skazani na zgadywanie, jak można by to rozwiązać, bo ciekawy przykład znajdziemy chociażby we Włoszech. Tam zasady zbierania grzybów ustalają regiony, a w wielu z nich potrzebne jest specjalne zezwolenie lub opłata za możliwość zbierania. Nie ma więc jednej licencji obowiązującej w całym kraju – przepisy mogą się różnić zależnie od miejsca. Przykładowo w Toskanii osoba chcąca zbierać grzyby poza gminą swojego zamieszkania musi mieć przy sobie potwierdzenie wniesienia opłaty za zbieranie.
Co ciekawe, włoskie przepisy regulują nie tylko samo pozwolenie. Są też limity ilości zbieranych grzybów, ograniczenia dotyczące sposobu ich wyjmowania z ziemi, zakaz używania narzędzi niszczących grzybnię czy obowiązek korzystania z odpowiednich przewiewnych pojemników.
Nie tylko Włochy
Podobne ograniczenia spotkamy także w innych krajach. W Szwajcarii mogą obowiązywać limity ilościowe, ograniczenia dni lub godzin, a w niektórych miejscach dodatkowe zasady dotyczące sposobu zbierania na przykład do 2 kilo na osobę.
Także w Hiszpanii przepisy mogą zależeć od konkretnego terenu. Przykładowo w Montes de Valsaín do zbierania grzybów wymagane jest specjalne zezwolenie.
Skoro można na świecie, to czemu nie u nas? Mnie zaczyna zastanawiać, czy w Polsce nie poszliśmy za bardzo w drugą stronę. I nie, nie chodzi mi o to, żeby zabronić ludziom grzybobrania. Chodzi o to, żeby osoba, która bierze do ręki koszyk, wiedziała, co robi.
Licencja na grzybobranie. Jak mogłaby wyglądać?
Nie wyobrażam sobie oczywiście, żeby przed każdym wyjściem do lasu trzeba było biec do urzędu po pieczątkę. Licencja na grzybobranie mogłaby być czymś znacznie prostszym. Krótki kurs, kilka najważniejszych zasad, podstawowe gatunki, ich trujące odpowiedniki i na koniec zwyczajny test.
Może ktoś powie, że to przesada. Tylko dlaczego? Kierowca musi zdać egzamin, zanim dostanie prawo jazdy. Myśliwy musi mieć uprawnienia. Tymczasem człowiek, który wchodzi do lasu z koszykiem, może nie wiedzieć nawet, co właśnie do niego wkłada.
Licencja mogłaby też przypominać, że las nie jest supermarketem. Nie wszystko, co znajdziemy, należy do nas.
Licencja ma minusy. Nie nauczy szacunku do przyrody
Oczywiście, pomysł z licencją ma swoje minusy. Po pierwsze – kolejne przepisy, kolejne egzaminy i kolejne rzeczy, które trzeba załatwić, żeby zrobić coś, co do tej pory było jedną z najprostszych przyjemności. Grzybobranie od pokoleń jest przecież częścią polskiej tradycji i trudno wyobrazić sobie, żeby nagle babcia, która od 40 lat chodzi do lasu, musiała zdawać egzamin, zanim pójdzie nazbierać podgrzybków.
Pojawia się też pytanie, kto miałby taką licencję wydawać, kto sprawdzałby jej posiadanie i ile by to wszystko kosztowało. Trudno przecież wyobrazić sobie leśników zatrzymujących każdego z koszykiem i proszących o dokument. A jeśli licencja miałaby być płatna, szybko pojawiłby się kolejny problem: czy naprawdę chcemy sprawić, żeby coś, co dziś jest dostępne praktycznie dla każdego, stało się przyjemnością dla tych, których na to stać?
Jest jeszcze jedna kwestia. Nawet najlepszy egzamin nie sprawi, że każdy będzie przestrzegał zasad. Można przecież zdać test, a później i tak robić w lesie wszystko po swojemu. Sama licencja nie nauczy szacunku do przyrody i nie zagwarantuje, że nikt nie wrzuci do koszyka chronionego gatunku.
Dlatego być może nie chodzi nawet o sam dokument w portfelu. Może ważniejsze byłoby to, żeby przed wejściem do lasu człowiek miał choć odrobinę wiedzy. Wiedział, co zbiera, czego zbierać nie wolno i czego lepiej w ogóle nie dotykać. Bo między "licencja dla każdego" a "róbmy, co chcemy" naprawdę jest sporo miejsca na rozsądne rozwiązania.