- To cykl "Blisko Świata", w ramach którego piszemy na o2.pl o kryzysach humanitarnych, konfliktach zbrojnych i innych ważnych wydarzeniach w różnych zakątkach globu.
- W tym odcinku rozmawiamy z prof. Krzysztofem Wasilewskim o tzw. wyborach połówkowych w USA, które zaplanowane są na 3 listopada.
- Formalnie w wyborach wybiera się członków Kongresu, nieformalnie natomiast jest to często ocena pierwszych 2 lat kadencji prezydenta USA.
- - Sondaże wskazują, że poparcie dla Donalda Trumpa maleje i Partia Republikańska jest w kryzysie - mówi o2.pl profesor Wasilewski.
Wybory połówkowe w Stanach Zjednoczonych odbędą się 3 listopada. Amerykanie wybiorą nowy skład Izby Reprezentantów USA i ok. jedną trzecią senatorów. Z wielu sondaży (m.in. z badania przeprowadzonego przez Emerson College i The Hill, opublikowanego 20 sierpnia) wynika, że republikanie stracą kontrolę nad Izbą Reprezentantów.
Co to oznacza dla Donalda Trumpa? Amerykanista i politolog prof. Krzysztof Wasilewski z Politechniki Koszalińskiej uważa, że takie rozstrzygnięcie wyborów uzupełniających w USA wyhamuje politykę urzędującego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Jednocześnie przestrzega przeciwników Trumpa przed optymizmem.
Obawiam się, że prezydent USA popsuł amerykański system tak bardzo, że nawet wygrana polityków Partii Demokratycznej w dwóch izbach, co jest mało prawdopodobne, nie zatrzyma jego działań - mówi prof. Wasilewski w rozmowie z o2.pl.
WIDEOWładze reagują na wydarzenia w Zacatecas. Ruszyła specjalna operacja
Amerykanista wskazuje jednocześnie, że ponowna próba nawiązania przyjaźni z Kim Dzong Unem to dla Donalda Trumpa "szukanie atencji", które może mieć konsekwencje nie tylko w czasie wyborów uzupełniających.
Marcin Lewicki: Jak aktualnie wyglądają typowania dotyczące wyborów połówkowych? Czy jest możliwe, że Donald Trump straci część swojej władzy?
Prof. Krzysztof Wasilewski: Sondaże wskazują, że poparcie dla Donalda Trumpa maleje i Partia Republikańska jest w kryzysie. Jeżeli przełożyć ogólnokrajowe badania opinii publicznej na zbliżające się wybory, to można domniemywać, że Partia Demokratyczna zwycięży, a przynajmniej zdobędzie przewagę w jednej z izb amerykańskiego Kongresu, pewniej w Izbie Reprezentantów niż w Senacie.
Jednak pamiętajmy, że system polityczny w USA różni się od Europy i Polski. Władza stanowa republikanów jest silna, a i ogólnokrajowe sondaże nie zawsze przekładają się na poparcie w poszczególnych stanach. Znaczenie ma też to, jaka osoba będzie reprezentować daną partię w wyborach. A w kryzysie jest nie tylko Partia Republikańska, ale też Partia Demokratyczna. Jej kandydaci nie są najmocniejsi.
Czytałem jednak analizy, że Donald Trump po wyborach będzie słabszy. Tak rzeczywiście może się stać?
Najpewniej wybory połówkowe wyhamują trochę działania Donalda Trumpa. Gdybyśmy wzięli pod uwagę wyłącznie tradycję amerykańskiej polityki i równowagę sił między prezydentem i Kongresem, to wygrana demokratów w jednej z izb pozwoliłaby trzymać Trumpa w ryzach.
Pamiętajmy jednak, że Trump w swoich rządach nie za bardzo przejmuje się Kongresem, niezależnie od tego, kto tam rządzi. On "robi swoje". I obawiam się, że prezydent USA popsuł amerykański system tak bardzo, że nawet wygrana polityków Partii Demokratycznej w dwóch izbach, co jest mało prawdopodobne, nie zatrzyma jego działań. Może go co najwyżej wyhamować.
Trump w ogóle się tymi wyborami przejmuje? Mam niekiedy wrażenie, że Kongres dla niego nie istnieje.
Najbardziej Trump przejmuje się sobą i tym, jak będzie oceniane jego "dziedzictwo". Na razie wygląda na to, że bardzo źle. Natomiast administracja Donalda Trumpa musi przejmować się tymi wyborami, bo Partia Republikańska to jednak partia prezydenta. Rzadko prezydent ma tak wielką władzę nad ugrupowaniem, z którego się wywodzi.
Trump chce, żeby jego kandydaci, a nie tylko sami politycy republikańscy, wygrali wybory połówkowe. Ułatwi mu to pełnienie prezydentury, ale też kontrolę nad całą partią. Jeżeli wynik Partii Republikańskiej będzie kiepski, rozczarowujący, to sojusznicy Donalda Trumpa zaczną rozglądać się za nowym kandydatem na prezydenta i oddziaływanie Trumpa na republikanów spadnie.
Trump jest obciążeniem dla Republikanów czy jednak nie?
O tyle Trump nie jest obciążeniem, że Partia Republikańska już wcześniej skręciła w prawo i jego polityka wcale nie jest daleka od tego, co reprezentuje sobą establishment Partii Republikańskiej. Centrowy wzór republikańskiego prezydenta, światowego policjanta, stracił wśród republikanów na znaczeniu. Teraz Partia Republikańska i MAGA (Make America Great Again - przyp.) to w dużym uproszczeniu dokładnie to samo.
Rozwód między Trumpem i republikanami nie byłby łatwy. Ugrupowanie jest silnie powiązane z prezydentem. To tandem, który od wielu ostatnich lat wspólnie decyduje o polityce USA.
Zdarzało się, że Trump wspominał o założeniu trzeciego bloku politycznego, gdyby nie był w Partii Republikańskiej. To w ogóle realne, czy tak wyglądają kolejne mrzonki i fantazje polityczne urzędującego prezydenta USA?
Do tej pory nigdy w USA nie udało się stworzyć trzeciej partii politycznej, która znaczyłaby coś na arenie krajowej. Co nie zmienia faktu, że kilka takich prób było. Np. swoje ugrupowanie miał Theodore Roosevelt, na którego lubi powoływać się Donald Trump. Jednak jego partia nie wyniosła go do kolejnej prezydentury i obawiam się, że w przypadku Trumpa byłoby podobnie.
Aczkolwiek gdyby trzecia partia opierała się wyłącznie na ruchu MAGA, to mielibyśmy pewnie trochę zamieszania na amerykańskiej scenie politycznej i sytuację analogiczną do dzisiejszych Niemiec. Tam mamy dominujących chadeków, którzy zbliżyli się do centrum i dali przestrzeń na funkcjonowanie Alternatywy dla Niemiec. Jednak system polityczny Stanów Zjednoczonych - jak wspominałem - jest bardziej skomplikowany i nawet zapotrzebowanie społeczne na taką partię mogłoby jej nie pomóc.
Co to znaczy?
Partie w USA wymagają ogromnych nakładów finansowych, odpowiednich ludzi, doświadczenia. To wszystko jest przy Partii Republikańskiej i Partii Demokratycznej. Ciężko byłoby znaleźć odpowiednie środki dla kandydatów, którzy mogliby wygrać w jednomandatowych okręgach wyborczych z hegemonami.
Dlaczego na tapet w Stanach Zjednoczonych wróciła Korea Północna? Po co Donald Trump znów zaczyna grać kartą Kim Dzong Una?
Według amerykańskich mediów Donaldowi Trumpowi bardzo zależy na spotkaniu z Kim Dzong Unem, aby odbudować wizerunek polityka sprawczego. Na koncie ma ostatnio m.in. nieudaną wojnę z Iranem. Musi znaleźć kolejny punkt na mapie świata, gdzie może się wykazać. Doradcy najprawdopodobniej podpowiedzieli mu, że Korea Północna i Półwysep Koreański to najlepsza opcja.
Już w pierwszej kadencji Trump próbował "wychodzić" sobie Pokojową Nagrodę Nobla przez rozmowy z Kim Dzong Unem. One niewiele dały, a wręcz skończyły się "poróżnieniem przyjaciół". Trump wręcz nazwał Kim Dzong Una "Rocket Manem", czyli niestabilnym politykiem, który grozi rakietami. Jego słowa o przyjaźni z Kim Dzong Unem brzmią więc kuriozalnie.
Ciężko nie odnieść wrażenia, że Trump zaczął wręcz prowokować Koreę Południową. Skracane manewry, utrudnienia w relacjach dyplomatycznych. Jaki sens ma prowokowanie wieloletnich, oddanych sojuszników?
Donald Trump przyzwyczaił nas do tego, że wiele jego decyzji nie ma sensu. Zwolennicy prezydenta mówią, że on rozgrywa pięciowymiarowe szachy, ale mam wrażenie, że zaraz po rozłożeniu figur on po prostu wywraca szachownicę do góry nogami. Zaczyna się nią nudzić.
Amerykański prezydent pokazuje, że nie myśli długofalowo, w perspektywie nawet kilku lat. Zależy mu tylko na własnym wizerunku, medialnym show. Nie bierze pod uwagę, jakie konsekwencje będzie miała jego polityka za rok, dwa kilkanaście lat. Tak samo było na Bliskim Wschodzie, gdzie wciągnął Amerykanów w konflikt, którego konsekwencje będą ciągnąć się za nami przez wiele lat.
I zraził do siebie sojuszników.
Dokładnie. Zaczął grozić np. zbombardowaniem Omanu, który do tej pory stał blisko USA. Trump pokazuje, że Amerykanie to słaby sojusznik, który nie jest w stanie wybronić wspomnianego Omanu czy Zjednoczonych Emiratów Arabskich przed atakiem ze strony Teheranu. I teraz historia powtarza się na Półwyspie Koreańskim.
Za cenę dobrego zdjęcia czy atencji mediów, Trump jest w stanie poświęcić to, co USA budowały w tej części świata od II wojny światowej. Może mieć to konsekwencje nie tylko dla Trumpa podczas wyborów, ale dla całych Stanów Zjednoczonych.