Od 1 września 2026 roku w Polsce obowiązuje przeforsowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej i minister Barbarę Nowacką zakaz korzystania z urządzeń elektronicznych na terenie szkół i przedszkoli. "Gazeta Wyborcza" rozmawiała z uczniami, których obowiązują te obostrzenia.
Okazuje się, że wielu uczniów obchodzi narzucone przez MEN prawo. Nastolatkowie są zgodni, że sam zakaz nie sprawi, że w szkołach nie będzie urządzeń elektronicznych. "Gazeta Wyborcza" podkreśla, że projekt nie narzuca zakazu przynoszenia do szkół smartfonów. Uczeń może trzymać telefon w plecaku. I korzysta z tej możliwości chętnie.
Głównie to jest tak, że przysięgamy na honor. Dyrektor mówi, że nie wolno korzystać z telefonów, ale nam ich nie zabierają - wyjaśnia Leon, uczeń siódmej klasy jednej z łódzkich szkół ponadpodstawowych w rozmowie z "Gazetą Wyborczą".
Leon podkreśla, że najsurowszą karą za złamanie zakazu korzystania z telefonu jest wizyta u dyrektora. Ale zdarza się, że nauczyciele po prostu nakazują schowanie urządzenia. Uczeń wskazuje, że ze smartfonów korzysta się w szatniach i w toalecie. Tak, aby nauczyciele tego nie widzieli.
Sami nauczyciele z woj. łódzkiego w rozmowie z "Gazetą Wyborczą" wskazują, że MEN nie nakazał szkołom przygotowywania depozytów na telefony uczniów. Podkreślają, że niechętnie korzystaliby z takiej możliwości. Odpowiedzialność za cudzy sprzęt jest bowiem "przytłaczająca". Z kolei rodzice są innego zdania. Chcieliby, aby uczniowie kategorycznie nie mogli przynosić smartfonów do placówek edukacyjnych.
Jestem rocznik osiemdziesiąty i być może dlatego moje spojrzenie jest inne. Najchętniej w ogóle zabrałabym dzieciom telefony i dostęp do mediów społecznościowych - powiedziała "Wyborczej" jedna z matek.
Warto zaznaczyć, że ustawa MEN nie zakazuje szkołom rekwirowania telefonów. W niektórych placówkach (m.in. w części szkół prywatnych w Toruniu czy w placówkach szkołach w Warszawie) funkcjonują specjalne, zamykane na klucz depozyty, w których uczniowie mogą zostawić swoje telefony.