Tragiczny pożar w Drobinie. Właściciel zabrał głos. "Nie poddamy się"

- Zobaczyłem słup dymu nad masarnią. Od razu przyszło mi do głowy, że wędzarnia się zapaliła. Gdy przybiegłem, nie dało się wejść do środka. Żadnych szans na ratunek - mówi w rozmowie z o2.pl Krzysztof Mielczarek, którego zakład wędliniarski spłonął w czwartek (13 sierpnia) w gminie Drobin. W zdarzeniu zginął 45-latek. Mężczyzna pomagał prowadzić firmę.

Dramatyczny pożar w DrobinieDramatyczny pożar wędzarni w Drobinie. Właściciel Krzysztof Mielczarek zapowiada odbudowę firmy
Źródło zdjęć: © OSP Drobin, Wędzarnia Mielczarka
Marcin Lewicki

Do tragicznego pożaru zakładów mięsnych "Wędzarka Mielczarka" doszło w miejscowości Świerczyn w czwartek. Około godz. 19:00 z nieznanych na razie przyczyn ogniem zajęła się zakładowa wędzarnia. W środku przebywał 45-letni mężczyzna. Zginął na miejscu.

Pożar błyskawicznie rozprzestrzenił się na dużą część zakładu wędliniarskiego. Dym widać było z odległości ok. 30 km. W akcji gaśniczej brało udział 13 zastępów straży pożarnej. Pomocy udzielali też kierowcy przejeżdżający przez sąsiadującą z zakładem drogę krajową nr 10. W ruch szły gaśnice i wiadra z wodą.

Gdy doszło do pożaru, na miejscu nie było właściciela firmy wędliniarskiej. Krzysztof Mielczarek ujawnia w rozmowie z o2.pl, że słup dymu zauważył, gdy naprawiał kombajn pod swoim gospodarstwem.

Trwają żniwa, naprawiałem kombajn. W pewnym momencie odwróciłem się i zobaczyłem słup dymu nad masarnią. Od razu przyszło mi do głowy, że wędzarnia się zapaliła. Gdy przybiegłem, nie dało się wejść do środka. Złapałem za wózek, ale poparzyłem ręce. To był taki ogień, że się w głowie nie mieści. Bogdan (zmarły 45-latek - przyp. red.) nie miał żadnych szans na ratunek - relacjonuje tragiczny moment Krzysztof Mielczarek.

W rozmowie z o2.pl właściciel wędzarni tłumaczy, że nie wie, co mogło być przyczyną pożaru. Podkreśla, że wcześniej nie dochodziło nawet do niewielkich usterek.

Ja jestem w szoku, że do takiego pożaru doszło. Nigdy nie było problemu z wędzarnią. 8 lat wędziliśmy i nawet najmniejszego pożaru nie było. Nikomu nic się nie zapaliło ani w wędzarni, ani w parzelni. To niespotykany wypadek. A tutaj? Na ostro. Raptem chwila i wszystko poszło z dymem - mówi Mielczarek.

Zakład będzie pracować. "Nie poddamy się"

Właściciel rodzinnego zakładu mięsnego "Wędzarka Mielczarka" podkreśla, że w pożarze zginął jego przyjaciel, który od lat pomagał w prowadzeniu zakładu. Krzysztof Mielczarek zaprzecza, że 45-latek był pracownikiem firmy, jak podawały wcześniej niektóre media.

Zginął nasz przyjaciel. On pomagał mi, ja pomagałem mu. Nie pracował u nas. Jeździliśmy razem na wczasy. Pomagałem jego córce. Bardzo mi przykro - wyznaje Mielczarek w rozmowie z o2.pl.

Wiadomo, że 45-latek pracował w innej firmie i tragicznego dnia miał wolne. Przyszedł, aby pomóc w zakładzie wędliniarskim. Właściciel "Wędzarni Mielczarka" przyznał, że mężczyzna często po pracy przychodził wspierać produkcję.

Jeszcze tego samego dnia mówił do mnie "masz teraz żniwa, jedź, poobrabiaj pole, a ja ci powędzę". No i niestety. Stało się, co się stało - wspomina Krzysztof Mielczarek.
Dym widoczny był z odległości ok. 30 km
Dym widoczny był z odległości ok. 30 km © o2.pl | Marcin Lewicki

Co dalej ze znaną w regionie wędzarnią? W rozmowie z o2.pl Krzysztof Mielczarek deklaruje, że nadal będzie prowadzić swoją działalność. Ujawnia, że ma już pewien plan, ale na jego ujawnienie jest jeszcze za wcześnie.

Nie poddamy się. Będziemy chcieli zainwestować w zakład. Podjąć pewne kroki, aby produkcja ruszyła. To na pewno wymaga czasu, ale ruszymy - mówi właściciel wędzarni.

Jednocześnie Mielczarek podkreśla, że na razie musi czekać na wynik działań śledczych, którzy badają, dlaczego doszło do tragicznego pożaru.

Na ten moment musimy jeszcze czekać na wyniki działań śledczych. Był już tu biegły sądowy, straż, policja. Wszyscy byli. Obejrzeli, fotografowali i czekamy na badania i ekspertyzy. Ale co się naprawdę stało, to wie Bogdan i on to zabrał do grobu - tłumaczy właściciel firmy w rozmowie z o2.pl.

Prokuratura bada przyczyny pożaru. Trwają ustalenia

Przyczyny wybuchu pożaru wyjaśnia prokuratura. Śledczy na razie zbierają dokumentację. Działania utrudnia fakt, że biegli z zakresu pożarnictwa wciąż nie mogą wejść do spalonego budynku. Strop nadal grozi zawaleniem.

Przyczyn jeszcze nie znamy. Na razie nie możemy przeprowadzić oględzin miejsca zdarzenia. Przeprowadzono tylko wstępne oględziny zwłok zmarłego w pożarze mężczyzny. Być może pod koniec tygodnia, gdy odbędzie się sekcja będziemy mogli powiedzieć coś więcej - mówi w rozmowie z o2.pl prok. Bartosz Maliszewski, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Płocku.
Pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie
Pożar rozprzestrzenił się błyskawicznie © o2.pl

Postępowanie prokuratorskie prowadzone jest w kierunku art. 163 Kodeksu karnego (czyli sprowadzenia zdarzenia powszechnie niebezpiecznego, które zagraża życiu lub zdrowiu wielu osób albo mieniu w wielkich rozmiarach) oraz art. 155 Kodeksu karnego (nieumyślne spowodowanie śmierci). Śledczy podkreślają, że postępowanie prowadzone jest w sprawie. Nikomu nie postawiono zarzutów.

Wybrane dla Ciebie