Każdy zespół F1 ma do dyspozycji dwa tzw. dni filmowe w roku. W teorii mają służyć celom marketingowym – nagrywaniu materiałów wideo, robieniu zdjęć. W rzeczywistości to dodatkowy czas na przetestowanie bolidów. Trzeba mieć ogromne szczęście, żeby przypadkiem na taki czas trafić. Nam się udało - tak wyglądał "dzień filmowy" zespołu Audi z Nico Hülkenbergiem na torze Monza.
Dawniej zespoły F1 testowały swoje bolidy ile tylko się dało. W teamach funkcjonowały wręcz dwie równoległe ekipy – jedna wyścigowa, która jeździła na Grand Prix i druga, testowa.
W momencie kiedy budżety największych zespołów zaczęły sięgać PKB co biedniejszych państw, władze sportu powiedziały STOP. Zaczęło się odgórne cięcie kosztów i wyrównywanie szans, bo np. posiadanie własnego toru (jak Fiorano przy fabryce Ferrari) dawało gigantyczną przewagę.
- Skończyło się rumakowanie, zaczęło ograniczanie testów - do zaledwie kilku dni w roku - tłumaczy w rozmowie z o2 Michał Adamiuk, dziennikarz Radia ZET i komentator Motowizji. - Standardowo, to dwie sesje po 3 dni, w okolicach lutego. Te oficjalnie testy są publiczne, pokazywane w TV i biorą w nich udział wszystkie zespoły. W tym roku, ze względu na rewolucję w regulaminie technicznym, ekipy dostały możliwość sprawdzenia nowych aut na prywatnych testach (tak, żeby nikt nie podglądał) w Barcelonie, pod koniec stycznia. Dopiero później odbyły się dwie oficjalne sesje w Bahrajnie.
Oprócz tego, każdy zespół ma do dyspozycji dwa tzw. "dni filmowe" w roku. Przeznaczone są na przygotowanie materiałów video, reklam, zdjęć itp. W rzeczywistości to pełnoprawne, prywatne testy, ale z kilkoma ograniczeniami. O takich testach nie mówi się wcześniej, nie zapowiada ich, by w tym czasie na torach nie pojawiały się tłumy. Zdarza się jednak, że bolidy jeżdżą po torach w czasie normalnych dni, kiedy turyści zwiedzają obiekty, jednak dopiero pod koniec sesji zespoły chwalą się swoją obecnością w mediach społecznościowych.
Tak było w przypadku wizyty dziennikarki o2 na włoskiej Monzy. Tor, gdy nie odbywają się tam konkretne wydarzenia, wyścigi dostępny jest to zwiedzania w dużej części za darmo. Można wejść na trybuny, przyjrzeć się słynnym zakrętom i... jeśli ma się szczęście, zobaczyć Nico Hülkenberga w najnowszym bolidzie na torze.
- Każdego dnia można przejechać po torze maksymalnie 200 km, na specjalnych "pokazowych" oponach (nie wolno skorzystać z mieszanek używanych w trakcie weekendów Grand Prix). I właśnie to robiło Audi w kwietniu na Monzy - wyjaśnia Michał Adamiuk.
- Dodatkowo zespół może być zaproszony na testy nowych opon, ale tu wszystko odbywa się pod dyktando Pirelli, więc przydatność takich jazd dla zespołu jest już mniejsza. Jest też ograniczona możliwość tzw. testów lotniskowych, czyli jeżdżenia po prostej i sprawdzania aerodynamiki.
A co mógł robić Nico w dzień, w którym został "przyłapany" przez o2?
- Pełna dowolność - mówi Michał Adamiuk. - Od ćwiczenia startów, pit stopów, przez dłuższe przejazdy (z różnym obciążeniem paliwem), szlifowanie ustawień, po sprawdzanie nowych części w praktyce. Przede wszystkim elementów aerodynamicznych, które najmocniej ewoluują w trakcie sezonu. W pierwszej kolejności testuje się je w tunelu aerodynamicznym albo jego wirtualnym odpowiedniku, czyli modelach CFD (obliczeniowa mechanika płynów), potem w symulatorze z udziałem kierowców, ale prawdziwą weryfikacją są testy na torze. Minusy takich jazd podczas "dni filmowych"? Ograniczenie przebiegu (200 km na dzień) i "demonstracyjne" opony, więc nie wszystko przełoży się 1:1 po założeniu "prawdziwych" w weekend wyścigowy. Największy plus? Testy są prywatne, więc rywale nie podglądają.