W sieci krąży nagranie z ulic Odessy na którym widzimy, jak młody mężczyzna jest wyciągany z samochodu siłą, a wobec pary użyto gazu. Ukraińskie media relacjonowały jednocześnie, że miejscowe centrum rekrutacyjne przekazało, iż jedna z osób widocznych na nagraniu nie jest jego pracownikiem.
Ołeh Biłecki w rozmowie z "Faktem" podkreślał, że na tym etapie nie ma pełnej jasności, kto brał udział w zdarzeniu.
Z tego, co widzę w otwartych źródłach i mediach, miejscowe centrum rekrutacyjne twierdzi, że osoba widoczna na nagraniu, która dopuściła się tych bezprawnych działań wobec młodego Ukraińca, nie należy do tej placówki - mówił.
WIDEOZełenski "w najlepszej pozycji politycznej od lat". Ma wzrost o 8 pkt. proc.
Według dziennikarza kluczowe jest ustalenie, czy na filmie widać członka grupy mobilizacyjnej, czy możliwy jest inny scenariusz, w tym prowokacja. Zaznaczał, że bez odpowiedzi na pytania o tożsamość i rolę osób z nagrania nie da się rzetelnie ocenić, z jaką sytuacją mamy do czynienia.
Mobilizacja w Ukrainie: spór dotyczy metod, nie samej potrzeby
Biłecki przypominał, że kontrowersje związane z mobilizacją pojawiały się już wcześniej, a Odessa należy do miast, gdzie podobne sytuacje występują relatywnie często. W jego ocenie źródłem napięć jest skala wyzwania, z jakim mierzy się państwo w warunkach wojny wywołanej rosyjską inwazją.
Dziennikarz opowiadał, że sam wielokrotnie widywał na ulicach grupy zajmujące się mobilizacją i był przez nie kontrolowany. Zwracał uwagę, że dla wielu Ukraińców sama obecność takich patroli stała się codziennością, natomiast emocje wywołują konkretne zachowania i sposób prowadzenia działań.
Różne postawy wobec poboru i ryzyko dezinformacji
Biłecki wskazywał, że w społeczeństwie można spotkać odmienne podejście do powołania do wojska. Od osób, które nie zgłaszają się na ochotnika, ale zakładają, że w razie wezwania stawią się do służby, po tych, które silnie obawiają się mobilizacji i ograniczają aktywność, by nie natknąć się na grupy mobilizacyjne.
Ukraińskie wojsko nigdy wcześniej nie musiało prowadzić mobilizacji na taką skalę jak obecnie. Wojna wymaga ogromnej liczby ludzi i nie ma co tego ukrywać. Metody, które działały wcześniej, po prostu nie są dostosowane do realiów wojennych — wskazuje rozmówca "Faktu".
Rozmówca "Faktu" zwracał też uwagę, że napięcia wokół poboru są wykorzystywane w działaniach dezinformacyjnych. Według niego Rosjanie sięgają m.in. po fałszywe nagrania tworzone przy użyciu sztucznej inteligencji, które mogą pogłębiać niechęć do wojska i dzielić społeczeństwo. Jednocześnie zastrzegał, że nie przesądza, iż właśnie tak było w przypadku zdarzenia w Odessie.
Na obecnym etapie, jak podkreślał Biłecki, kluczowe będą dalsze ustalenia. Jeśli osoba używająca przemocy nie była pracownikiem centrum rekrutacyjnego, konieczne jest wyjaśnienie, kim była, dlaczego działała w taki sposób oraz w jakich okolicznościach powstało nagranie.