Białorusini uciekli przed Łukaszenką. We Wrocławiu nie czują się bezpiecznie

Karol Osiński
Białorusini uciekli przed Łuakaszenką. We Wrocławiu nie czują się bezpiecznie.Białorusini uciekli przed Łuakaszenką. We Wrocławiu nie czują się bezpiecznie.
Źródło zdjęć: © X | @nexta_polska

Wiktoria i Roman uciekli z Białorusi przed represjami reżimu Aleksandra Łukaszenki. We Wrocławiu znaleźli schronienie, pracę i możliwość spokojnego życia. Teraz twierdzą, że padli ofiarą gróźb i ksenofobicznych ataków ze strony sąsiadów. Ktoś miał nawet zablokować drzwi ich mieszkania pianką montażową, uniemożliwiając im wyjście.

Jak opisuje "Gazeta Wyborcza", historia Wiktorii i Romana zaczęła się od protestów po wyborach prezydenckich na Białorusi w sierpniu 2020 r. Opozycjoniści sprzeciwiali się oficjalnym wynikom, według których Aleksander Łukaszenka zdobył ponad 80 proc. głosów.

Uciekli z Białorusi przed represjami

Roman został zatrzymany podczas demonstracji i spędził pięć dni w areszcie, gdzie – jak relacjonuje – był bity. Później funkcjonariusze zainteresowali się flagą w biało-czerwono-białych barwach, wywieszoną w oknie mieszkania pary. Wiktoria wzięła odpowiedzialność na siebie. Została skazana w postępowaniu przeprowadzonym przez Skype'a na 10 dni więzienia i karę finansową.

Para zdecydowała się wyjechać do Polski. Wiktoria nie widziała się z rodziną od pięciu lat. W Polsce oboje podjęli pracę, płacą podatki i prowadzą niewielki biznes.

"Wracaj do siebie". Białorusini opowiadają o atakach

Początkowo czuli się w Polsce bezpiecznie. Z czasem jednak, jak opowiada Wiktoria, zaczęli doświadczać niechęci ze względu na swoje pochodzenie. W 2025 r. na poczcie starszy mężczyzna miał obrażać ją, biorąc ją za Ukrainkę, i domagać się, by wróciła do swojego kraju.

Białorusinka twierdzi, że podobne sytuacje zdarzają się również w sklepie, w którym pracuje. Według jej relacji przynajmniej raz w miesiącu ktoś każe jej "wracać do siebie".

Konflikty miały pojawiać się także między parą a sąsiadami. Wiktoria i Roman utrzymują, że byli obrażani, a nieporozumienia doprowadziły do kolejnych interwencji policji. – Właściciel mieszkania powiedział, że postrzega tę sytuację jako konflikt między nami a sąsiadami i wolałby nie angażować się w ten spór – cytuje Romana "Gazeta Wyborcza".

Ktoś zablokował im drzwi mieszkania

Do najpoważniejszego zdarzenia miało dojść 21 października. Roman nie mógł otworzyć drzwi mieszkania, a wizjer został zamalowany czerwoną farbą. Jak relacjonuje para, ktoś użył pianki montażowej, blokując możliwość wyjścia.

Wiktoria i Roman wezwali straż pożarną oraz policję. Według ich relacji strażacy byli zaskoczeni sytuacją. Para złożyła zawiadomienie, a funkcjonariusze pobrali próbki.

Tego samego dnia wieczorem miał przyjść do nich jeden z sąsiadów, trzymając klucz francuski. Roman twierdzi, że mężczyzna go obrażał, a podczas kolejnego spotkania doszło między nimi do krótkiej szarpaniny. Wiktoria i Roman zgłosili również to zdarzenie.

Policja bada sprawę. Pomaga stowarzyszenie Nomada

Aspirant sztabowy Anna Nicer z Komendy Miejskiej Policji we Wrocławiu potwierdziła "Gazecie Wyborczej", że 21 października policja interweniowała w tej sprawie i przyjęła zawiadomienie dotyczące uszkodzenia mienia oraz znieważenia z powodów narodowościowych.

Pomoc parze zaoferowało wrocławskie stowarzyszenie Nomada. Anna Galik z organizacji wskazała, że w sprawie można rozważać m.in. zarzuty dotyczące zniszczenia mienia, pozbawienia wolności i dyskryminacji ze względu na narodowość. Podkreśliła też, że napis na drzwiach ma znamiona ksenofobiczne.

Stowarzyszenie zapewnia Wiktorii i Romanowi wsparcie emocjonalne oraz psychologiczne. Prawnik organizacji ma reprezentować ich, jeśli sprawa trafi do sądu. Mimo otrzymanej pomocy para zdecydowała, że zmieni miejsce zamieszkania. – Co innego zrobić, jeśli nie czujemy się bezpiecznie we własnym domu? – pyta Wiktoria.

Wybrane dla Ciebie