52-letni mężczyzna nie żyje, a jego 53-letnia żona przebywa w szpitalu po postrzeleniu. Do zdarzenia doszło w środę 29 lipca po południu w Otominie, ok. 10 km od Gdańska, przy ul. Jagodowej. Na miejsce skierowano m.in. policjantów, ratowników medycznych oraz kontrterrorystów.
Z ustaleń "Faktu" wynika, że w domu doszło do dramatycznego odkrycia: najmłodszy syn małżeństwa przyjechał ok. godz. 14.30 i znalazł ojca z raną postrzałową głowy oraz ciężko ranną matkę, również z ranami postrzałowymi.
Po przybyciu na miejsce zdarzenia policjanci zabezpieczyli leżącą przed domem broń palną, a w domu ujawnili ciało mężczyzny z raną postrzałową głowy - powiedział "Faktowi" prok. Mariusz Duszyński, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.
Kobieta trafiła śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego do Szpitala Wojewódzkiego w Gdańsku. Na miejscu śledczy zabezpieczyli osiem sztuk broni. Dwie sztuki należały do zmarłego, a sześć do pokrzywdzonej. Zabezpieczono także telefony należące do osób uczestniczących w zdarzeniu. Według prokuratury dotychczasowe ustalenia wskazują, że mężczyzna najpierw postrzelił żonę, a następnie odebrał sobie życie. Rodziców miał znaleźć najmłodszy syn.
"Fakt" informuje, że zmarły 52-latek to Jarosław S., były wysoko postawiony funkcjonariusz Komendy Wojewódzkiej Policji w Gdańsku, od kilku lat na emeryturze. Miał prowadzić kilka firm oraz organizować m.in. szkolenia strzeleckie. Jego 53-letnia żona pracowała jako nauczycielka. Nieoficjalnie pojawiła się też informacja, że w rodzinie mogła zostać uruchomiona procedura niebieskiej karty.
- Z perspektywy czasu myślę, że oni się po prostu kamuflowali. Tam jednak coś się musiało dziać. Były takie niepokojące sygnały, ale ponieważ przy każdej próbie jakby pociągnięcia jej za język, ona stawała okoniem. Nie pozwalała sobie na to, żeby cokolwiek złego powiedzieć. On zaś stwarzał taki obraz, że jest dobrze, że jest bogato, że jest dostatni - mówi "Faktowi" sąsiadka rodziny.
U nich w domu tego dnia jakaś demolka się odbyła okropna, co jest o tyle dziwne, że zawsze tam było sterylnie czysto, aż tak nienormalnie czysto - dodaje w rozmowie z serwisem. - Żadne z nas wczoraj wieczorem już nie było w stanie wykonać w domu żadnych czynności takich normalnych życiowych. Byliśmy bardzo zdenerwowani - mówi "Faktowi".