"Danielku, ona ma broń." Tajemnica zbrodni w butiku Ultimo
Prezentujemy fragment książki "Tajemnica zbrodni w butiku Ultimo" autorstwa Olgi i Łukasza Herringów wydawnictwa Muza. Książka stanowi reportaż oparty na aktach sprawy oraz relacjach rozmówców. Opisy zdarzeń i osób odzwierciedlają stan wiedzy autorów na moment publikacji. Część imion i danych została zmieniona w celu ochrony dóbr osobistych.
Od autorów
Ta książka to między innymi efekt wielu miesięcy spędzonych na studiowaniu akt sprawy – wszystkich ich siedemnastu tomów i tysięcy kart wewnątrz. Służbowe notatki, protokoły z przesłuchań, zdjęcia z miejsca zbrodni, opinie biegłych oraz protokoły sądowe i uzasadnienia wyroków z trzech długich procesów angażujących wszystkie instancje polskiego wymiaru sprawiedliwości – wciąż jednak to było za mało, bo zbrodnia w butiku Ultimo to nie tylko suche fakty, a prawdziwy ludzki dramat i emocje, które są żywe do dzisiaj.
O nich nie udało nam się przeczytać w opasłych tomach sprawy. Znaleźliśmy je jednak w wyrazach twarzy, łzach i opowieściach osób, które w grudniu 1997 roku były w samym sercu wydarzeń, które miały miejsce przy ulicy Nowy Świat 36 w Warszawie.
Ta książka to dziesiątki godzin rozmów z Anną, kobietą, która przeżyła swoją własną egzekucję. To rozmowy z jej bliskimi, którzy przez lata pomagali jej dźwigać ciężar straty ukochanego męża Daniela, który tego feralnego dnia zginął na jej oczach. To też wypadkowa wywiadów z osobami z najbliższego otoczenia Anny, Daniela i Agaty – ich szefów, współpracowników i przyjaciół – oraz tysięcy kilometrów, które przebyliśmy, aby się z nimi wszystkimi spotkać.
Jednak przede wszystkim ta książka to sprzeciw wobec zakrzywianiu rzeczywistości i tworzeniu krzywdzących narracji stawiających na piedestale sprawców i upadlających ofiary. Pisząc ją, chcemy przedstawić całą prawdę o tych wydarzeniach, a nie tylko jej wycinek. Chcemy też oddać sprawiedliwość ofiarom zbrodni w butiku Ultimo: Annie, której życie rozpadło się niemal 30 lat temu i która do dzisiaj nie jest w stanie zaznać spokoju. Danielowi, który wbrew przekazowi medialnemu był ciepłym, ciężko pracującym i skromnym człowiekiem i który nie zasługiwał na śmierć ani na to, jak się o nim dzisiaj mówi. W końcu chcemy oddać sprawiedliwość bliskim Anny i Daniela, którzy mimo upływu lat zmuszeni są mierzyć się z publicznym rozdrapywaniem ran, które nawet nie zdążyły się zabliźnić.
Olga i Łukasz
PROLOG
Podobno od samego początku były znaki. Subtelne znaki, że tego dnia powinna zostać w domu. Zaczęło się w niedzielę, którą Anna razem ze swoją niespełna dwuletnią córką spędziły na izbie przyjęć jednego z warszawskich szpitali. Na szczęście nie było to nic poważnego, mała dostała antybiotyk, ale Anna musiała wziąć L4 na cały tydzień, żeby móc się nią opiekować. Niestety w poniedziałek zadzwonił jej szef Dariusz i poprosił, aby we wtorek pojawiła się w pracy. Wypadł mu pilny wyjazd, a ktoś musiał przecież zająć się zamówieniami i dostawami, na koniec dnia zamknąć sklep i rozliczyć utarg. Anna nie miała ochoty zmieniać planów. Wewnętrzny głos podpowiadał jej, że powinna odmówić, ale chciała być dobrym pracownikiem, tak jak Dariusz był dla niej dobrym szefem. Zapadła więc decyzja – we wtorek pojawi się w pracy.
Jednak znaki przybierały na sile. Cała noc z poniedziałku na wtorek była niespokojna. Annę męczyły dziwne sny. Śniło jej się, że szła pustą ulicą Targową na warszawskiej Pradze, samym środkiem torowiska. Było jej zimno i czuła niepokój. Nerwowo rozglądała się w poszukiwaniu schronienia albo kogoś, z kim mogłaby porozmawiać, ale otaczały ją jedynie obdrapane kamienice. Dokoła nie było nikogo.
Chciała zacząć krzyczeć, wołać o pomoc, ale żaden dźwięk nie wydobył się z jej ust, które nagle stały się pełne. Anna zrozumiała, że wypadają jej wszystkie zęby, jeden po drugim. Wpadła w panikę, zaczęła je wypluwać na swoją dłoń i chować do kieszeni, ale wypadały tak szybko, że niektóre musiała połykać.
Wtedy zerwała się z krzykiem. Zlana potem, jak sprężyna, usiadła na łóżku i po chwili odetchnęła z ulgą. Na szczęście to był tylko sen, w czym utwierdził ją widok śpiącej w łóżeczku obok córki. Nadal gorączkowała. Było po szóstej. Jej mąż Daniel wyszedł już do pracy i opieka nad Olą spadła na nią. Ostatnio widywali się bardzo mało, tylko wieczorami, bo chcąc zapewnić rodzinie lepszą przyszłość, mąż pracował praktycznie na dwa etaty. W opiece nad Olą Annie pomagały niania oraz mieszkające po sąsiedzku mama i siostra.
Tego poranka, przez zły sen i nieustępujące, dziwne przeczucie, była rozkojarzona, a z każdą godziną znaków przybywało. Gdy rano przygotowywała dla córki mleko na kaszkę, boleśnie oparzyła dłoń. A kiedy w końcu wychodziła do pracy i zostawiła małą Olę pod opieką miłej pani z klatki obok, córka płakała jak nigdy wcześniej. Anna nie potrafiła zebrać myśli, gdy wychodząc z windy na parterze, wciąż słyszała rozrywający serce krzyk. To był kolejny moment, gdy chciała powiedzieć: "Dość, dzisiaj nie mogę iść do pracy", ale przecież już obiecała. Przecież była sumienną i słowną pracownicą, którą szef cenił za to, że zawsze można na niej polegać. Nie mogła pozwolić, by to się zmieniło. Kiedy wyszła przed blok, uderzył ją powiew lodowatego powietrza. Było naprawdę zimno. Już od kilku dni panował siarczysty mróz. Słupek rtęci spadał nawet do minus dwudziestu stopni Celsjusza. Czy była to tylko niepogoda, czy kolejny znak, gdy jej stary, rozlatujący się Fiat 126p odmówił posłuszeństwa? Anna przekręcała kluczyk raz za razem, czekając, aż silnik zaskoczy, ale bez skutku. Rozrusznik kręcił, ale silnik nie chciał odpalić. Tak jakby i on, bezduszna maszyna, chciał powiedzieć: "Nie dzisiaj".
Mimo kolejnego sygnału Anna zagryzła zęby. Wysiadła z malucha i udała się na przystanek, skąd odjeżdżał jedyny tramwaj z Pragi do Śródmieścia. Gdy wreszcie przyjechał, była już zmarznięta na kość, a sam tramwaj był przepełniony do tego stopnia, że na kolejnych przystankach brakowało już nawet jednego miejsca stojącego, a ludzie w nim byli stłoczeni jak sardynki. Najwidoczniej nie tylko ona miała dzisiaj problem z dotarciem do pracy.
Na Nowy Świat Anna dotarła około południa. To tu, pomiędzy sklepami marek takich jak Yves Saint Laurent czy Chanel, pod numerem 36 znajdował się butik z ekskluzywną odzieżą Ultimo. Anna pracowała tu od ponad pięciu lat i szczerze lubiła swoją pracę. Zaczynała zaraz po maturze jako młodsza ekspedientka, ale – tak jak dziś – to na nią można było zawsze liczyć i to ona dbała o interes jak o własny, dlatego po pewnym czasie awansowała na kierowniczkę tego i dwóch innych sklepów należących do sieci.
Wbrew porannym znakom reszta dnia przebiegła całkowicie normalnie i przez całą zmianę nie wydarzyło się nic wartego uwagi. O tym, że nie był to łatwy poranek, Annie przypominał jedynie ból po oparzeniu, który co jakiś czas dawał o sobie znać i który łagodziła, dotykając zimnych przedmiotów. Kiedy nadszedł wieczór i wybiła 19:00, już tylko nieco ponad godzina dzieliła ją od spotkania z córką. Zanim jednak miało to nastąpić, rozpoczął się żmudny proces zamykania sklepu. W czasie kiedy koleżanki ze zmiany sprzątały lokal, Anna przyjmowała utargi z pozostałych lokacji sieci Ultimo – od swojej szwagierki Natalii z Nowego Światu 42 i od Bartka ze Świętokrzyskiej 20.
Pół godziny później, o 19:30, Anna była w sklepie zupełnie sama. Czekała, aż przyjedzie po nią mąż. Chciała wracać tramwajem, żeby nie robić kłopotu, ale on nalegał. "Oj, Aniu, ale uparta jesteś. Tak będzie szybciej i nie zmarzniesz. W domu czeka na nas Olusia. Przyjadę po ciebie" – mówił roześmianym tonem, kiedy zadzwoniła do niego, aby pożalić się, że jej samochód zaniemógł i że się spóźni, bo nie wie, o której ma powrotny tramwaj. Nigdy nie prosiła o pomoc, nigdy się nie narzucała. Wróciłaby sama, gdyby mąż nie nalegał tak mocno, i wszystko potoczyłoby się wtedy inaczej.
Daniel przed butikiem pojawił się nieco później, niż planował. Cały dzień jeździł ze swoim kolegą Sebastianem po sklepach budowlanych i tych specjalizujących się w sprzedaży elektroniki. Jutro wreszcie miał zacząć ważny kontrakt. Pierwszy tego rodzaju w swojej firmie. Ten, który po latach szczęśliwego, ale skromnego bytowania miał w końcu odmienić życie jego rodziny. Jeszcze przed rozstaniem z kolegą mówił z zapałem, że ma dobre przeczucie i że jeśli firma ruszy, uda im się z Anią kupić może i malutkie, i nienajnowsze mieszkanie, ale w końcu własne.
Aby dołączyć do żony, Daniel musiał podjechać od podwórka przy ulicy Gałczyńskiego, zapukać do ciężkich metalowych drzwi i zejść na dół, gdzie znajdowała się sala sprzedażowa działu z bielizną. Ania była zajęta, kończyła rozliczanie kasy, więc miał jeszcze kilka minut, aby skorzystać z łazienki. Gdy tylko zniknął za drzwiami prowadzącymi do toalety, u góry rozległ się znajomy dźwięk. Ktoś zapukał w metalowe drzwi prowadzące na podwórze. Anna nie spodziewała się już nikogo. Może ktoś z pracowników czegoś zapomniał? Była spokojna, nie czuła strachu, a podchodząc do drzwi, usłyszała znajomy głos. Głos, którego nie słyszała od jakiegoś czasu, ale bez trudu go rozpoznała. Należał do Agaty, byłej pracownicy jednego z butików sieci Ultimo.
Anna nie darzyła jej szczególną sympatią. Wiedziała, że to osoba władcza i impulsywna, która często wszczynała awantury. Dopiero co została zwolniona z siostrzanego salonu na Świętokrzyskiej 20. Czy przyszła tu, aby kontynuować kłótnię, którą wszczęła z właścicielami tydzień temu? Anna nie czuła strachu przed ewentualną konfrontacją, w końcu na dole był jej mąż, dlatego wpuściła byłą koleżankę do środka i zaczęła schodzić, by dokończyć to, co przerwała, a w ślad za nią ruszyła Agata.
Potem wszystko działo się tak gwałtownie, że do dzisiaj przypomina sobie tylko poszarpane obrazy. Agata niespodziewanie wyjęła z torebki pistolet, chwyciła rękojeść obiema rękami i wymierzyła lufę prosto w Annę. Anna zastygła w bezruchu i krzyknęła: "Danielku, ona ma broń!", co sprawiło, że mąż niemal natychmiast wybiegł z łazienki, po czym stanął jak wryty. Wtedy Agata, wciąż trzymając broń na wyprostowanych przed siebie rękach, płynnie zmieniła cel i wymierzyła prosto w niego. Nie było czasu, by zareagować, bo Agata decyzję, co dalej, podjęła w ułamkach sekund. Na jej twarzy malował się tylko wściekły grymas. Przez zęby wycedziła do Daniela: "Tej broni mi nie zabierzesz, bo zapłaciłam za nią bardzo dużo pieniędzy", po czym padł głośny strzał. Potem drugi, trzeci i czwarty, aż w końcu nastała ciemność i głucha cisza.