Historyczne wybory. "Być albo nie być Izraela"

Kilka godzin na ulicach Tel Awiwu wystarczy, żeby zetknąć się z wyborcami o skrajnie różnych poglądach. Jedni mówią o pokoju z Palestyńczykami, inni: "Prawica albo Palestyna" – pisze z Tel Awiwu dla o2.pl Dagmara Zandman.

Wybory w IzraeluWybory w Izraelu. O władzę walczą premier Binjamin Netanjahu (z lewej) i Gadi Eisenkot (z prawej)
Źródło zdjęć: © Getty Images
Dagmara Zandman

Najważniejsze informacje:

  • 27 października 2026 r. w Izraelu odbywają się wybory parlamentarne. O władzę walczą m.in. urzędujący premier Binjamin Netanjahu i jego partia Likud oraz generał Gadi Eisenkot, który stoi na czele partii Yashar.
  • Co o wyborach mówi się na ulicy w Tel Awiwie? Niektórzy twierdzą, że to "być albo nie być Izraela".
  • Pojawiają się głosy: "Jeśli nie będzie pokoju z Palestyńczykami, Izrael nie przetrwa". Inni tłumaczą, dlaczego głosują na skrajnie prawicowych polityków, takich jak Ben Gwir. Premiera Netanjahu niektórzy wyklinają, inni mówią o nim: melech, czyli król.

Z Tel Awiwu dla o2.pl Dagmara Zandman

Okolice Bulwaru Rothschilda czy Placu Dizengoffa – popularne miejsca spotkań towarzyskich w Tel Awiwie to tradycyjne bastiony liberalnego i świeckiego elektoratu. Demokraci, którzy według różnych sondaży mogą liczyć na 8–10 miejsc w Knesecie, mają tu oddaną i zaangażowaną publikę.

W dużej mierze są to młodzi ludzie, którzy podzielają zdanie lidera Demokratów Yaira Golana: Zacofany Bibistan ("Bibi" to pseudonim urzędującego premiera Binjamina Netanjahu – przyp. red.) albo silny, demokratyczny Izrael.


WIDEO
To on odsunie Netanjahu od władzy? Kim jest Eisenkot?

Na placu, obok fontanny Ogień i Woda oblepionej zdjęciami ofiar ataku Hamasu z 7 października 2023, z kawą na wynos z modnej kawiarni Buti & Co. grupka 30-latków rozmawia o kolejnym "straszaku" Netanjahu. Niedawno premier ogłosił, że Izrael musi przygotować się na potencjalne międzynarodowe sankcje finansowe i stworzyć awaryjny obieg gospodarczy oparty na kryptowalutach, na co Demokraci odpowiedzieli bilbordami z hasłem: "Co się stało, Bibi? Katar zaczął płacić kryptowalutami?".

Izolacja Izraela na arenie światowej budzi wśród młodych lewicowców duży niepokój, a topienie publicznych pieniędzy w nielegalnych osiedlach na Zachodnim Brzegu, dotacjach dla ortodoksów i niekończących się wojnach – duży gniew.

Tel Awiw
Fontanna "Ogień i woda" w Tel Awiwie oblepiona jest zdjęciami ofiar ataku Hamasu z 7 października 2023 © Dagmara Zandman

"Poszukiwany żywy lub martwy"

Kilka ulic dalej, w HaKosem, legendarnym telawiwskim barze ze street foodem natykam się na parę, która przyleciała z Australii specjalnie na wybory. Organizacja AID Coalition szacuje, że około 67 tys. Izraelczyków wróciło do kraju specjalnie, by zagłosować – nie wiadomo, na kogo, ale w powszechnym odczuciu na opozycję. Rząd dokładał zresztą starań, by utrudniać im podróże.

Na pytanie, na kogo oddadzą głos, oboje patrzą na mnie, jakby to było oczywiste: – Jesteśmy dobrymi ludźmi. Jeśli nie będzie pokoju z Palestyńczykami, Izrael nie przetrwa.

Yair Golan jest jedynym politykiem biorącym udział w wyborach, który podejmuje temat rozwiązania dwupaństwowego; pozostałe formacje opozycyjne uznają ten pomysł za błąd, a prawica za największe niebezpieczeństwo dla przetrwania państwa żydowskiego.

Kilka dni wcześniej w oddalonym o 20 km od Tel Awiwu mieście Rishon LeZion na plakacie wyborczym Golana ktoś dopisał: "Poszukiwany żywy lub martwy".

Ben Gwir i Żydowska Siła. Dlaczego głosują na skrajną partię?

W 1995 r., na trzy tygodnie przed zabójstwem premiera Icchaka Rabina, pewien polityk machał w telewizji oderwanym od Cadillaca premiera znaczkiem i groził: "Dotarliśmy do jego samochodu, dorwiemy i jego". Był to Itamar Ben Gwir, wielokrotnie skazywany za podżeganie do rasizmu i wspieranie organizacji terrorystycznej (nielegalnego, skrajnie prawicowego ruchu Khan), obecny minister bezpieczeństwa wewnętrznego w rządzie Netanjahu, lider skrajnie prawicowej partii Otzma Yehudit (Żydowska Siła).

Itamar Ben Gwir
Itamar Ben Gwir oddaje głos w wyborach na okupowanym Zachodnim Brzegu © Getty Images | Erik Marmor

Partia Ben Gwira według sondaży może uzyskać 8 miejsc w Knesecie. Głosy zbierze głównie na południu kraju i od osadników z terytoriów okupowanych. Ben Gwir wielokrotnie oświadczał: "Ta ziemia należy do nas" i obiecuje włączyć cały Zachodni Brzeg do Izraela.

Zaledwie 15 minut spacerem od Placu Dizengoffa, na bazarze HaCarmel, spotykam trzech wielbicieli Żydowskiej Siły w wieku ok. 60 lat. Właściciel straganu z kuszącymi owocami, jego siedzący na zydelku obok znajomy i ewidentnie zaprzyjaźniony klient oddadzą głos na Ben Gwira. Na pytanie "dlaczego" najpierw gromko się śmieją: – A ty byś pewnie na Demokratów głosowała? To są naiwniacy!

Zapewnienia o tym, że silny Izrael potrzebuje silnego Ben Gwira, artykułowane są niemal krzykiem, tak samo jak wiele wypowiedzi szefa Żydowskiej Siły.

Wśród argumentów wybija się ten o wzmacnianiu policji, której głównym zadaniem ma być bezwzględne zwalczanie arabskiej przestępczości, nawet metodami opresyjnymi i poprzez odpowiedzialność zbiorową. Konkluzja jest prosta: – Albo my, albo oni.

Na targu Karmel zawsze dominowały nastroje konserwatywne i poglądy prawicowe. Wyznawców – trudno ich inaczej nazwać ze względu na bałwochwalcze uwielbienie premiera – słyszy się na każdym kroku: – Bibi! Bibi… Tylko Bibi.

Nazywają go melech – król. Ci ludzie gorąco wierzą w hasło szefa Likudu: "Prawica albo Palestyna" (które w hebrajskim wdzięcznie się rymuje - Iamina o Falestina).

W środowiskach opozycyjnych i za granicą "Bibi" dorobił się przydomku "Mr. Security", jako że straszenie obywateli i prezentowanie siebie jako jedynego zbawcy jest jego strategią. Strategia działa, w ciągu godziny słyszę o wszystkich zagrożeniach, od irańskiej bomby atomowej, przez palestyński terroryzm po zdrajców i głupców z lewicy, którzy "rozwalają ten kraj". – Nie mieszkasz tutaj, nic nie rozumiesz – często to słyszę.

Autobus do Jaffy. Co o wyborach mówią Arabowie?

Wsiadam w autobus nr 18 i po 20 minutach jestem w Jaffie, dzielnicy Tel Awiwu, którą w około 37 proc. zasiedlają arabscy obywatele Izraela. W wyborach biorą udział cztery partie arabskie. Trzy tworzą wspólną listę, reprezentują tradycyjne podejście narodowo-palestyńskie, odmawiają współtworzenia gabinetu syjonistycznego, są gotowe co najwyżej poprzeć rząd mniejszościowy (np. centrolewicowy), by zablokować prawicę.

Najsilniejsza islamistyczna (lecz odcinająca się od religii) partia Ra’am reprezentuje nurt skrajnie pragmatyczny, deklaruje gotowość do wejścia w koalicję, jeśli zagwarantuje ona realizację postulatów socjalnych mniejszości arabskiej i doprowadzi do odsunięcia od władzy Netanjahu.

Premier Izraela Binjamin Netanjahu, który stoi na czele partii Likud
Premier Izraela Binjamin Netanjahu, który stoi na czele partii Likud © Getty Images | Amir Levy

Lider ugrupowania (które zresztą jako pierwsza niezależna partia arabska w historii Izraela weszło do koalicji w rządzie Naftalego Bennetta i Jaira Lapida w 2021 r.) Mansur Abbas wyznaje zasadę "świętość życia ponad świętością ziemi" i odsuwa kwestię rozwiązania dwupaństwowego na dalszy plan.

W imię współpracy zaprosił w szeregi partii żydowskiego polityka Yoava Segalovitza i dał mu drugie miejsce na liście wyborczej. Segalovitz, który w rządzie Bennetta i Lapida był wiceministrem bezpieczeństwa publicznego i pełnomocnikiem rządowym ds. walki z przestępczością w sektorze arabskim, zaproszenie przyjął. To absolutny fenomen i historyczny przełom w polityce Izraela, próba "budowania mostu" w oparciu o tożsamość obywatelską, a nie etniczno-religijną.

O ile w centrum Tel Awiwu wybory są tematem numer 1 i wiele osób chętnie podejmuje rozmowę, o tyle w Jaffie trudno o spontaniczną otwartość. Z ostrożnych rozmów ze sprzedawcami na słynnym jaffskim pchlim targu można wywnioskować, że wśród starszych panują sceptycyzm, krytyka Abbasa za "sprzedanie się", a Żyd w szeregach budzi podejrzliwość. – Żydzi nie dotrzymują obietnic, nie można im wierzyć – słyszę.

Z kolei w popularnej całodobowej piekarni Abouelafia przy ulicy Yafet zawsze można liczyć na chwilę rozmowy, mimo że kolejka chętnych na ich wypieki i słodkości nigdy się nie kończy. Tu słyszę przede wszystkim: "My chcemy normalnie żyć", "Nikt nie chce wojny", "Może coś się zmieni na lepsze, inshallah!". Abbasowi życzą powodzenia.

Tuż za rogiem, w kultowym lokalu Dr. Nargila młodzi Arabowie palą szisze, przesiadując na rozstawionych wzdłuż ulicy zdobnych fotelach. Narzekają na brak pracy, sytuacja po 7 października znacznie się pogorszyła. Kilku z nich nie wie, czy w ogóle weźmie udział w wyborach. To mnie dziwi, bo Arabowie stanowią około 17 proc. wszystkich uprawnionych do głosowania w Izraelu.

Lokal dr. Nargila
Lokal dr. Nargila w Jaffie © Dagmara Zandman

Według sondażu instytutu Dialog, opublikowanego w październiku przez "The Jerusalem Post", tylko 48 proc. młodych Arabów deklaruje lojalność wobec partii arabskich, reszta byłaby gotowa zagłosować na partie żydowskie, jeśli przedstawiłyby one konkretny plan rozwiązania problemów ich społeczności. Partia Ra’am, która na tym właśnie się skupia, według różnych sondaży może liczyć na 5 miejsc w Knesecie.

Plakaty Eisenkota na "izraelskim Soho"

Wracam z Jaffy przez "izraelskie Soho", czyli Florentin, dzielnicę uznawaną za artystyczne serce Tel Awiwu. Wielu mieszkańców deklaruje jednoznaczne poparcie dla lewicy, widać też jednak plakaty wyborcze centrowego Gadiego Eisenkota – jedynego polityka mającego realną szansę pokonać Netanjahu.

Choć głosów potrzebnych do stworzenia samodzielnego rządu mu zabraknie, partie obu liderów idą łeb w łeb: wg ostatnich sondaży 22–23 miejsca dla partii Eisenkota wobec 19–21 dla Likudu. Jednym z najważniejszych postulatów jego ugrupowania Yashar ("Prosto" lub "Uczciwie", "Praworządnie") jest wprowadzenie obowiązkowej służby wojskowej dla ortodoksów.

Plakaty wyborcze zachęcające do głosowania na Gadiego Eisenkota
Plakaty wyborcze zachęcające do głosowania na Gadiego Eisenkota © Dagmara Zandman

Po 7 października, szczególnie w ostatnim roku wojny po dziś dzień, ten temat niemal zdominował debatę publiczną i wywołuje ogromne emocje i protesty po obu stronach konfliktu. Armia powołuje dziesiątki tysięcy rezerwistów, podczas gdy ponad 65 tys. młodych mężczyzn ze społeczności charedim (ultrareligijnych Żydów) korzysta ze stałego zwolnienia z służby w imię studiowania Tory. W 2025 r. do armii dobrowolnie zgłosiło się zaledwie 4 tysiące młodych mężczyzn (w stosunku do nieco ponad 2 tys. w roku 2024 to i tak wzrost), z czego tylko tysiąc został przydzielony do jednostek bojowych.

Wrócił z Gazy. "Tak się nie da żyć"

Na ławce, pośród imponujących prac artystów ulicznych, z których słynie Florentin, przysiadam się do czterdziestolatka Liora. Jest rozwiedziony, ma trójkę dzieci, którymi zajmuje się na zmianę z ich mamą, w Gazie spędził ponad rok, właśnie wrócił z kolejnej tury służby pod granicą z Libanem. – Tak się nie da żyć – wścieka się. Jak mówi, z jego podatków prawica finansuje szkoły dla świętych krów, które niczego pożytecznego nie uczą. "Czarni" uważają, że tylko zgłębianie Tory uratuje Żydów – nie państwo żydowskie, bo tego nawet nie uznają, choć pieniądze i przywileje chętnie od niego przyjmują.

Tymczasem on i wielu znajomych stracili bliskich i przyjaciół na różnych frontach wojennych. Dlatego liczy na Eisenkota, który deklaruje zniesienie ochrony i przywilejów charedim, choć bardziej identyfikuje się z wartościami lewicowymi. – Eisenkot ma przynajmniej realną szansę, jak nie on, to zostanie Netanjahu i nic się nie zmieni, chyba że na gorsze – mówi.

Gadi Eisenkot, lider partii Yashar
Gadi Eisenkot, lider partii Yashar © Getty Images | Kobi Wolf

Taka wolta jest jednak dość niezwykła, sam Eisenkot do ostatniej chwili zabiegał o przejęcie wyborców Netanjahu, zwłaszcza rozczarowanych Likudem. Polityk budzi zaufanie także przez to, że sam stracił 25-letniego syna pod koniec 2023 r. w Gazie.

Historyczne wybory. "Być albo nie być Izraela"

To zaledwie pobieżny refleks prawdziwej sytuacji w skrajnie podzielonym kraju. Zarejestrowano tu 36 list wyborczych i nadal trudno znaleźć zgodności w programach partii pozwalające zbudować stabilną pozycję zarówno koalicji, jak i opozycji.

Opozycję i wszystkich jej wyborców łączy dramatyczna potrzeba odsunięcia Netanjahu od władzy i postawienia go przed niezależną komisją, która zbada okoliczności napaści Hamasu z 7 października 2023 i osobistą odpowiedzialność premiera – to podkreślają praktycznie wszyscy, którzy nie zagłosują na prawicę. Historyczne wybory, które są określane jako "być albo nie być Izraela", mogą zakończyć się jednak sytuacją patową, która będzie na rękę obecnemu premierowi. Słyszy się nawet niekiedy obawy przed wybuchem wojny domowej.

Sprawy wewnętrzne: morderczy pobór do wojska, drastyczny wzrost kosztów utrzymania, upadek instytucji państwowych i międzynarodowy ostracyzm zdominowały dyskusje tak w mediach, jak na ulicach i w domach. Choć dla ludzi spoza Izraela wydaje się to co najmniej zadziwiające, temat współistnienia z Palestyńczykami niemal w debacie nie istnieje. Izraelczycy lubią mówić: "Ihije beseder" – będzie dobrze, ale niektórzy mówią też tak: – Jeśli rozwalimy nasze państwo od środka, to sprawa rozwiąże się sama – Palestyńczycy dostaną swoje państwo "from the river to the sea", a my będziemy musieli "odejść tam, skąd przyszliśmy", tylko że "nie mamy innego miejsca, tu jest nasz dom".

Dziś od 7 rano Izraelczycy walczą o swój dom – sami ze sobą.

Wybrane dla Ciebie