Najważniejsze informacje
- Czterolatek z Ostródy po zmianie grupy zaczął bać się przedszkola i reagować histerią.
- Matka wszyła dyktafon w ubranie dziecka, a nagrania przekazała dyrektorowi i innym rodzicom.
- Prokuratura umorzyła sprawę nauczycielek, a akt oskarżenia skierowała przeciwko matce.
Sprawa zaczęła się trzy lata temu w Zespole Szkolno-Przedszkolnym w Ostródzie. Syn pani Anny, wcześniej chętnie zostający w placówce, po trafieniu do grupy czterolatków zaczął bać się zajęć. Matka relacjonuje dziennikarzom "Uwagi!", że chłopiec pytał rano, czy musi iść do przedszkola, a na odpowiedź twierdzącą reagował silnym lękiem.
Kobieta szukała wyjaśnień u pedagoga, psychologa szkolnego i jednej z nauczycielek, ale nie znalazła odpowiedzi. W końcu wszyła dyktafon w kieszeń spodni dziecka. Po trzech dniach odsłuchania nagrań zawiadomiła dyrektora i matki dwóch innych chłopców. Dziś sama jest oskarżona o nielegalne nagrywanie i ujawnienie materiału osobom trzecim. Grozi jej do 2 lat więzienia.
Nagrania z przedszkola w Ostródzie
Pani Anna twierdziła, że na nagraniach słychać krzyki i obraźliwe słowa kierowane do jej syna oraz dwóch innych dzieci. - To było coś, co nie mieści się w żadnych normach. Słuchając tego, przeżyłam załamanie nerwowe - podkreślała w programie "Uwaga! TVN". Jedna z matek mówiła z kolei: - Wysłuchałam chyba jednego fragmentu albo dwóch. Nie byłam w stanie słuchać dalej, byłam przerażona.
Dyrektor placówki, jak wynika z relacji kobiety, nie zawiadomił wtedy prokuratury, a jedynie kuratorium oświaty. Nauczycielki nie zostały zawieszone, a po miesięcznym zwolnieniu lekarskim dwie z trzech kobiet wróciły do pracy z dziećmi. - Jeżeli ubliża się dzieciom, to jest to przemoc emocjonalna - powiedziała dziennikarzom psycholożka Mirosława Kątna.
Prokuratura umorzyła sprawę nauczycielek
Postępowanie dotyczące przemocy wobec dzieci umorzono dwa razy. Pani Anna przywoływała, że w końcowej decyzji zapisano: "zachowania nauczycielek miały na celu jedynie spowodowanie u dzieci właściwego zachowania i dostosowania się do norm społecznych obowiązujących w przedszkolu". Równocześnie to ona usłyszała zarzuty związane z nagraniem i przetwarzaniem danych innych dzieci.
Sąd, do którego trafił akt oskarżenia, początkowo umorzył postępowanie wobec pani Anny, uznając, że działała w stanie wyższej konieczności, by chronić syna. Prokurator odwołał się jednak od tej decyzji i sprawa wróciła na wokandę. Po postawieniu zarzutów dyrektor zawiesił kobietę, która uczyła w tej samej placówce języka angielskiego. - W jaki sposób ja naruszyłam dobro dziecka? W moim mniemaniu chroniłam dobro dziecka. Mamy absurd - mówiła pani Anna.