Miał zero objawów. Brytyjczyk zmarł 8 miesięcy po diagnozie
Jon Hough z Liverpoolu zmarł 24 marca 2025 r., osiem miesięcy po tym, jak lekarze wykryli u niego terminalnego raka IV stopnia. Jak opisuje zagraniczny portal LADbible, wcześniej nie miał żadnych typowych objawów, a pierwsze badania nie wskazywały na nowotwór. Jego żona Jemma mówi dziś, że diagnoza spadła na rodzinę jak "grom z jasnego nieba".
Jon Hough miał 47 lat i był ojcem czwórki dzieci. Jak informuje jego żona Jemmy, na początku nic nie wskazywało na tak ciężką chorobę. Jej ukochany przez lata pozostawał zdrowy i aktywny fizycznie: grał w piłkę i golfa.
Wiosną 2024 r. zaczął jednak przybierać na wadze i skarżyć się na ból brzucha. Rodzina początkowo tłumaczyła to stosownym wiekiem i stopniowymi zmianami stylu życia. Dopiero narastające dolegliwości skłoniły go do konsultacji lekarskiej i wykonania specjalistycznych badań.
Badania były prawidłowe, potem pojawił się niepokojący wynik - terminalny rak
Jemma opowiada dla zagranicznego portalu, że Jon oddał próbki krwi i kału do laboratoryjnej analizy, ale wszystkie wyniki wróciły jako prawidłowe. To utwierdziło ich w przekonaniu, że ból może wynikać np. z nietolerancji pokarmowej, a nie z groźnej choroby.
Kolejne badanie obrazowe wykazało już jednak obecność płynu w jamie brzusznej. Jak wynika z relacji wdowy, mimo tego lekarze mieli przekazywać rodzinie, że nowotwór jest mało prawdopodobny. Mężczyzna przeszedł następnie endoskopię i biopsję. Przełom nastąpił w lipcu 2024 r., kiedy Jon został wezwany na rozmowę i usłyszał diagnozę... nowotworu.
Miał zero objawów. Brytyjczyk zmarł 8 miesięcy po diagnozie
Badanie PET pokazało, że mężczyzna choruje na terminalny nowotwór w IV stopniu o nieustalonym ognisku pierwotnym (lekarze nie potrafili wskazać, gdzie choroba się zaczęła). Według rodziny, zmiany miały koncentrować się w okolicy żołądka.
Jemma wspomina dla serwisu moment przekazania tej informacji jako wstrząsający dla obojga. Jak opowiada, w gabinecie padły także słowa o możliwym czasie, jaki im pozostał - To była surrealistyczna chwila, bo widzisz partnera, jak się w tym momencie rozpada, a potem ty też się rozpadasz - relacjonuje Jemma, cytowana przez LADbible.
Chemoterapia pomogła na chwilę. Później stan szybko się pogarszał
Leczenie chemioterapią rozpoczęło się po ok. dwóch tygodniach od diagnozy. Żona opisuje, że na początku terapia przyniosła krótką poprawę i przypominała „magiczny zastrzyk energii”. Ten etap nie trwał jednak długo.
Z czasem pojawiły się ciężkie skutki uboczne: silne nudności i wymioty. Jemma mówi, że Jon musiał nosić urządzenie podające leki przeciwwymiotne w sposób ciągły.
Bliscy uruchomili zbiórkę GoFundMe, by pomóc rodzinie zorganizować wspólne chwile i „stworzyć wspomnienia” w czasie, który pozostał. Według relacji wdowy, w styczniu 2025 r. Jon był już psychicznie bardzo wyczerpany, a pod koniec lutego usłyszał, że chemioterapia przestała działać.
W marcu 2025 r. spędził ostatnie tygodnie w Sue Ryder St John’s Hospice w hrabstwie Bedfordshire. Zmarł 24 marca 2025 r. Jego ciało przekazano do celów badań medycznych i szkolenia w Nottingham University Hospital.
Na końcu swojej opowieści Jemma przyznaje dla LADbible, że próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości samotnego rodzicielstwa. Podkreśla też, że doświadczenie choroby męża uświadomiło jej, jak niepewny bywa czas, który mamy.