Polacy szkolą strażaków w Etiopii. "To było zderzenie z rzeczywistością"

W Polsce to zawód zaufania publicznego. W Etiopii zdarza się, że ludzie rzucają w strażaków kamieniami. - Przyjazd tutaj to było zderzenie z rzeczywistością - mówi o2.pl Bartosz Kozak, strażak, który prowadzi szkolenia dla etiopskich koleżanek i kolegów po fachu.

Bartosz Kozak razem z PCPM szkoli etiopskich strażakówBartosz Kozak razem z PCPM szkoli etiopskich strażaków
Źródło zdjęć: © o2.pl | Łukasz Dynowski
Łukasz Dynowski
  • To cykl "Blisko Świata", w ramach którego piszemy na o2.pl o kryzysach humanitarnych, konfliktach zbrojnych i innych ważnych wydarzeniach w różnych zakątkach globu.
  • W tym odcinku zaglądamy do Etiopii, gdzie Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM) szkoli strażaków.
  • Sytuacja strażaków w afrykańskim kraju wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce. Nie ma jednego ogólnokrajowego numeru telefonu straży pożarnej. Brakuje umiejętności i sprzętu - zdarza się, że strażacy gaszą pożary w klapkach.
  • Projekt PCPM pomaga to wszystko zmieniać, a do tego jest elementem budowania przez Polskę tzw. miękkiej siły na świecie.

Etiopia oszałamia na wiele sposobów - różnorodną przyrodą, ceremoniami kawowymi, sięgającą początków gatunku ludzkiego historią.

I oszałamia liczbą, która z polskiej perspektywy nie mieści się w głowie. 100 milionów - mniej więcej o tyle w ciągu niespełna pół wieku zwiększyła się populacja Etiopii.

Jeszcze na początku lat 80. była ona zbliżona do polskiej. W obu krajach żyło wtedy ok. 35 mln ludzi. Dzisiaj nad Wisłą mieszka ok. 37,3 mln, ale im dalej w las kryzysu demograficznego, tym będzie nas mniej.

Nad Nilem Błękitnym przeciwnie. Teraz tutejsza populacja to szacunkowo 135-139 mln osób, a gigantyczny przyrost z ostatnich dekad nie oznacza bynajmniej, że w najbliższym czasie tempo wyhamuje. Według prognoz w 2050 r., kiedy w Polsce liczba ludności skurczy się do ok. 33 mln, w Etiopii przekraczać będzie już 200 mln.

Państwo, co nie dziwi, nie jest w stanie nadążyć za tą eksplozją demograficzną. Dlatego pod względem PKB na mieszkańca (ok. 4 tys. zł) Etiopia dalej zalicza się do najbiedniejszych krajów na świecie.

Rozwój zakłócają, poza dynamicznym przyrostem naturalnym (ok. 2,6 proc. rocznie), inflacja (jeszcze niedawno wynosząca ponad 30 proc.), zadłużenie, zwłaszcza zagraniczne (ok. 35 mld dolarów), susze (wielu Etiopczyków utrzymuje się z rolnictwa) czy wojny domowe. W Tigraju, położonym na północy kraju regionie o rozmiarach niewielkiego europejskiego państwa, takiego jak np. Chorwacja, w 2022 r. zawarto pokój kończący krwawy konflikt. Dalej jednak dochodzi tam do incydentów, a kolejna wojna wisi na włosku. Krew leje się też m.in. w Amharze i największym regionie w kraju, zamieszkiwanym przez ok. 45 mln ludzi Oromii.

Wszystko to sprawia, że fundamenty państwa, takie jak edukacja, opieka zdrowotna czy służby mundurowe, ciągle są kruche. Ale i tak jest lepiej niż kiedyś, m.in. dzięki zagranicznej, w tym polskiej, pomocy.

Do pożaru w klapkach

Bartosz Kozak pracuje w Komendzie Głównej Państwowej Straży Pożarnej. W Etiopii szkoli strażaków w ramach projektu Polskiego Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM), finansowanego ze środków działającego przy MSZ programu "Polska pomoc".

Idąc do szkoły oficerskiej w Warszawie, miałem zapewnione wszystko: zakwaterowanie, wyżywienie, żołd - wspomina swoje początki w straży.

A tutaj? - Ci ludzie mają zdecydowanie trudniejszy start. To są rzeczy, których strażak w Polsce nie jest w stanie sobie wyobrazić - mówi.

Bartosz Kozak z etiopskimi strażakami
Bartosz Kozak z etiopskimi strażakami w Arba Myncz © o2.pl | Łukasz Dynowski

Brakuje umiejętności i sprzętu, przy czym chodzi nie tylko o typowe wyposażenie strażaka, takie jak aparaty powietrzne czy mierniki gazowe. Problem jest większy. Bywa, że strażacy gaszą pożary… w klapkach.

- Te klapki w Etiopii to już taki sztandarowy przykład. Ale to absolutnie nie wynika z ignorancji. Jeśli to jest ich jedyne obuwie, jakie mają, to się nie dziwię, że w nim idą gasić pożar. Tym większy szacunek dla nich, bo mimo świadomości ryzyka, jakie niesie ze sobą ta praca, decydują się ją podjąć - mówi Kozak.

"Doświadczyłem szoku"

Sytuacja strażaków najlepiej wygląda w stołecznej Addis Abebie - 6-milionowym, wielkim mieście z jeszcze większymi aspiracjami. Już teraz jest polityczną stolicą Afryki (mieści się tutaj siedziba Unii Afrykańskiej) i głównym hubem przesiadkowym kontynentu (dzięki dużej siatce połączeń linii Ethiopia Airlines).

Addis chce jednak więcej, dlatego jak grzyby po deszczu wyrastają tu nowe budynki i dlatego ulice zalewa po zmroku morze świateł. Wszystkie latarnie, lampki i iluminacje architektoniczne mają krzyczeć "witajcie w stolicy kontynentu!", choć z pewnością o takie stwierdzenie mogłyby się obrazić Kair, Lagos, Johannesburg czy Nairobi z sąsiedniej Kenii.

Ale nie wszystko złoto, co się świeci. Etiopia składa się z kontrastów - to banał, który można przyłożyć do każdego kraju i każdego miasta, lecz banalne nie jest, to co się za nim kryje. Na modnych ulicach Addis obok elegancko ubranych kobiet i mężczyzn jak cienie przemykają dzieci, które wyciągają ręce i żebrzą o birry (waluta etiopska, 1 zł to ok. 43 birrów).

Im dalej od centrum, tym bardziej oddala się blask wielkiego świata, a już zupełnie znika kilkaset kilometrów dalej. Gdy przemierza się południe kraju, co rusz przy drodze widać dzieci, kilkuletnie brzdące, które coś niosą, często pojemniki z wodą, żeby pomóc w gospodarstwie; albo kobiety zgięte wpół od dźwiganych na plecach worków z węglem lub wiązkami gałęzi. I dzieci, i kobiety zmierzają z tymi ciężarami w jednym kierunku - do swojej wioski, czasem oddalonej o wiele kilometrów.

Ludzie idący wzdłuż drogi to na prowincji standard. Idą od rana, czasem do późnego wieczora, choć jak okolicę zasnuwa zmrok, robi się niebezpiecznie. Warto mieć wtedy latarkę w dłoni, bo latarni w wielu etiopskich miejscowościach brak - jakby światła wystarczyło tylko dla Addis. Nie widać tu eleganckich knajp i ostatnich krzyków mody, nie widać pokrewieństwa ze stolicą, choć gdzieś ono na pewno jest, schowane głębiej.

Prowincja żyje swoim życiem - nie oznacza to automatycznie, że gorszym, po prostu innym. Choć gorsza z pewnością jest jakość wielu usług. Straż pożarna, w Addis rozwinięta, w wielu regionach kraju dopiero raczkuje albo stawia pierwsze kroki. Z Bartoszem Kozakiem rozmawiamy w Arba Myncz, mieście oddalonym ok. 500 km na południe od Addis, położonym między jeziorami Abbaja i Chamo.

Etiopia oszałamia i Arba Myncz to właśnie jedno z takich miejsc. Wspomniane jeziora są położone bardzo blisko siebie, a jednocześnie nie mogłyby się bardziej różnić. Chamo - niebiesko-zielone, "czyste". Abbaja - rdzawobrązowe, tajemnicze, niepokojące. Między nimi, między tymi dwoma światami - czystym i brudnym - "Most Boga", jak mówią miejscowi na dominujące nad okolicą, rozdzielające oba jeziora wzgórze.

Jezioro Abbaja widziane z okna samolotu
Jezioro Abbaja widziane z okna podchodzącego do lądowania samolotu © o2.pl | Łukasz Dynowski
"Most Boga" w Arba Myncz
"Most Boga" w Arba Myncz, czyli wzgórze rozdzielające jeziora Abbaja i Chamo © o2.pl | Łukasz Dynowski

Majestatu dopełnia bogata fauna, m.in. hipopotamy, pelikany i krokodyle z "targu krokodyli" - miejsca o nieco mylącej nazwie, bo niczego się tam nie sprzedaje, po prostu jest to brzeg jeziora Chamo, gdzie gromadzą się drapieżne gady.

Rozwój w Etiopii nie lubi chodzić parami, raczej kroczy własnymi ścieżkami. Jak więc nie idzie w parze z boomem demograficznym, tak tym bardziej nie idzie w parze z pięknem przyrody.

Podczas rozmowy w Arba Myncz Bartosz Kozak wspomina swój pierwszy kontakt z etiopską strażą: - Początkowo naprawdę doświadczyłem szoku. Ale szybko się okazało, że ludzie, którzy przychodzą na szkolenia strażackie, są bardzo otwarci i chętni, żeby zdobywać wiedzę. I to mi wystarczyło. Najważniejsze, że miałem osoby, które chcą się uczyć.

112 - nie ma takiego numeru

Program szkoleń Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej prowadzi w Etiopii - a także w sąsiedniej Kenii - od lat.

Sytuacja na wielu polach była zła, o czym świadczy choćby to, że niekiedy w strażaków po przybyciu na miejsce pożaru ludzie rzucali kamieniami. Takie sytuacje zdarzają się do dziś. Powód jest zawsze ten sam - zbyt późny przyjazd.

Ale to nie ich wina. Nic tutaj nie działa tak jak w Polsce, począwszy od numeru telefonu. W Etiopii nie ma jednego ogólnokrajowego numeru na straż, jak nasze 112 czy - ciągle aktywne, choć coraz mniej popularne - 998. W każdym mieście, o ile w ogóle funkcjonuje straż, jest on inny. Już samo to, w połączeniu z generalnie mniejszą niż w Polsce świadomością społeczeństwa o jej istnieniu i działaniach, sprawia, że ludzie nie mają odruchu, by wzywać strażaków, gdy się pali.

Społeczeństwo nie dzwoni, więc wóz nie wyjeżdża. W końcu zdarzy się, że ktoś - policjant albo któraś ze zgromadzonych osób - wie, gdzie zadzwonić. Wtedy straż przyjeżdża, ale jest tak spóźniona, że spotyka się to z bardzo dużą niechęcią i złością ludzi - tłumaczy Adam Kukliński, koordynator projektu PCPM.
939 to numer na straż pożarną w Addis Abebie
939 to numer na straż pożarną w Addis Abebie. Nie jest to numer ogólnokrajowy, każde miasto w Etiopii - o ile w ogóle funkcjonuje tam straż - ma inny © o2.pl | Łukasz Dynowski

Projekt, poza szkoleniem samych strażaków, obejmuje też m.in. szkolenia dla instruktorów - po to, żeby Etiopczycy w przyszłości sami mogli przekazywać wiedzę swoim rodakom, a nie polegali na zagranicznej pomocy.

- W pierwszej kolejności postawiliśmy na instruktorów - i dalej na nich stawiamy. W drugiej - na darowizny sprzętu, np. uniformy, rękawice, buty, hełmy, kominiarki - mówi Kukliński.

- Oczywiście nie byliśmy w stanie kupić sprzętu dla kilkuset strażaków, ale mają go wystarczająco dużo, żeby zabezpieczyć zespół wyjeżdżający do wezwania. Dostali też sprzęt specjalistyczny, np. kamery termowizyjne. U nas to jest absolutna podstawa bezpieczeństwa. Zanim strażacy wejdą do budynku, wiedzą już, jaka jest w środku temperatura, które elementy są najbardziej nagrzane, czy przypadkiem strop się nie zawali. Tutaj tego nie było - dodaje.

W projekcie są również zajęcia z naprawy sprzętu. - Te zajęcia to jest absolutny hit wśród etiopskich strażaków. Mają dużo sprzętu, który nie był w użytku, a mógł - i to bardzo niskim kosztem. Nasz ekspert z miejsca naprawił im a to pompę, a to jakąś piłę. Oni byli tym absolutnie zachwyceni. Nagle po dwóch czy trzech latach od momentu, kiedy coś się zepsuło, sprzęt wraca do użycia. I następnym razem będą mogli go już naprawić sami - wyjaśnia Kukliński.

Adam Kukliński, koordynator etiopskiego projektu PCPM
Adam Kukliński, koordynator etiopskiego projektu PCPM © o2.pl | Łukasz Dynowski

Polska (miękka) siła

Po co w ogóle pomagać w miejscu oddalonym - w linii prostej - ok. 5 tys. km od Warszawy? - Może zabrzmi to trochę samolubnie, ale po prostu przynosi to satysfakcję - mówi Bartosz Kozak.

Kiedy widzę strażaków w pierwszym, a potem w ostatnim dniu szkolenia, kiedy widzę, jak duże postępy poczynili, to jest to naprawdę duża radość. Poza tym strażacy to jedna wielka rodzina i chciałoby się, żeby wszędzie te służby działały jak najlepiej - dodaje.

W szerszym kontekście chodzi nie tylko o strażaków, ale też o budowanie polskiej tzw. miękkiej siły (soft power) - czyli o zdobywanie wpływów i sojuszników na świecie. Miękka siła polega na przyciąganiu innych do siebie, a nie - jak w przypadku twardej (hard power) - wymuszaniu działań za pośrednictwem siły militarnej czy sankcji gospodarczych.

Dobre relacje z Etiopią jako jednym z najważniejszych państw Afryki są istotne tak z dyplomatycznego, jak i gospodarczego punktu widzenia. Na rynku etiopskim działają już polskie przedsiębiorstwa, a wejściem są zainteresowane kolejne, m.in. z sektorów wydobywczego i rolniczego.

- Jako Polska jesteśmy postrzegani tutaj jako bardzo wiarygodny i cenny partner ze względu na to, że stosunkowo niedawno przeszliśmy transformację ustrojową, i to z dużym sukcesem - mówi chargé d'affaires a.i. Rzeczypospolitej Polskiej w Etiopii Ilona Korchut, nawiązując do transformacji, które cały czas zachodzą w afrykańskim kraju.

Etiopscy strażacy w Arba Myncz
Etiopscy strażacy w Arba Myncz © o2.pl | Łukasz Dynowski

Póki co polska obecność tutaj, nawet jeśli ma już duże zasługi na polu strażackim, pozostaje śladowa. Etiopia ma jednego głównego partnera, takiego samego jak wiele innych państw kontynentu.

Widać to zaraz po wyjeździe z lotniska w Addis, gdy się przemierza Drogę Przyjaźni Etiopsko-Chińskiej, jedną z największych ulic w mieście. Jej budowa była możliwa dzięki chińskiemu grantowi. Chiny stworzyły też w stolicy nowoczesną kolej miejską i wybudowały siedzibę Unii Afrykańskiej. To przykład już nawet nie tyle miękkiej siły, co miękkiej siły na sterydach, bo wart ok. 200 mln dolarów budynek najważniejszej organizacji politycznej na kontynencie - zrzeszającej 55 członków, tj. wszystkie kraje Afryki i dążącą od lat do niepodległości Saharę Zachodnią - był po prostu darem od rządu Chin.

Chiny nie zdobywają Afryki. One już ją zdobyły. W 2009 r. byłam na swojej pierwszej placówce dyplomatycznej w Nigerii. Jak się wtedy patrzyło na mapę Afryki i na to, gdzie Chiny są głównym partnerem gospodarczym, to były jeszcze na tej mapie jakieś przerwy. Teraz ich nie ma. Chiny dominują na kontynencie - mówi Ilona Korchut.

- Ale widzimy, że pomimo tej dominacji państwa afrykańskie mają potrzebę dywersyfikacji. Nie chcą się opierać tylko na jednym partnerze gospodarczym, otwierają się na innych - dodaje.

Niebo a ziemia

Polska miękka siła nie może się równać z chińską. Ale efekty tego, co robi w Etiopii PCPM, są widoczne. I to wyraźnie, przekonuje Kukliński.

- Działamy m.in. w mieście Auasa, tamtejsi strażacy mówią nam, że zdobywają zaufanie społeczeństwa i mają coraz więcej telefonów i wezwań. Podkreślają, że to, jak wyglądało to rok temu, kiedy zaczynaliśmy tam projekt, a jak wygląda teraz, to niebo a ziemia - mówi.

Strażacy podczas szkolenia w Arba Myncz
Etiopscy strażacy podczas egzaminu w ramach szkolenia podstawowego dla strażaków w Arba Myncz © o2.pl | Łukasz Dynowski
Strażacy w Arba Myncz
Bartosz Kozak (z prawej) obserwuje etiopskich strażaków w trakcie egzaminu © o2.pl | Łukasz Dynowski

Bartosz Kozak, poza osobistą satysfakcją, odczuwa też dumę. Rozmawiamy w dniu, w którym jego podopieczni w Arba Myncz mieli egzamin w ramach szkolenia podstawowego dla strażaków.

- Jeszcze kilka dni wcześniej dostrzegałem różne braki, nawet dzień przed egzaminem miałem naprawdę dużo zastrzeżeń i uwag. Ale to, co zobaczyłem na egzaminie, bardzo mnie podbudowało. Zupełnie szczerze jestem z nich dumny - powiedział.

To dla Kozaka drugi taki wyjazd do Etiopii. Strażacy, których szkolił wcześniej, już niosą pomoc lokalnym społecznościom. A te zaczynają ich coraz bardziej doceniać. I może za jakiś czas historie o strażakach, w których rzucano kamieniami, odejdą w niepamięć.

- Ludzie widzą, że oni coś potrafią, że są umundurowaną formacją, która wykonuje konkretne działania ratownicze i pomaga. Dla mnie to najlepsza informacja zwrotna, jaką mogłem otrzymać, bo oznacza, że coś, co zrobiliśmy, przynosi wymierną korzyść społeczeństwu - mówi Kozak.

Strażacki projekt PCPM potrwa w Etiopii do końca 2026 r.

Wybrane dla Ciebie