Mieszkaniec doliny Omo © o2.pl | Łukasz Dynowski

Zaszczepić pokój w dolinie Omo

Łukasz Dynowski

Wszystko kręci się tutaj wokół krów. Ludzie piją ich krew, żeby przeżyć. Oddają je, żeby wziąć ślub. I wymieniają na karabiny, żeby zabić.

  • To cykl "Blisko Świata", w ramach którego piszemy na o2.pl o kryzysach humanitarnych, konfliktach zbrojnych i innych ważnych wydarzeniach w różnych zakątkach globu.
  • W tym odcinku prezentujemy reportaż z doliny Omo w Etiopii.
  • Region zamieszkują plemiona pasterskie, między którymi czasami dochodzi do napięć i rozlewu krwi. Konflikt właśnie wisi na włosku.
  • Dotarliśmy do wodza plemienia Mursi, który opowiedział o problemach trapiących jego lud. Opisał też krwawy zwyczaj, mający decydować o pokoju lub wojnie.
  • W dolinie Omo działa Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM), którego wysiłki mają przyczynić się do zapobiegania konfliktom.

- Chcesz to zobaczyć? - wypalił nagle Meseret.

Nie odpowiadam - słowa grzęzną gdzieś na dnie przełyku, nieruchome jak powietrze w dolinie Omo, upalne, obezwładniające.

Ciekawość odpowiedziałaby: pewnie, że chcę.

Ale ciekawość idzie w parze z odrazą. Chodzi przecież o picie krwi.

Przepis na ten koktajl jest prosty. Łapiecie w kilku chłopa krowę, wokół szyi zaciskacie sznur. Dość mocno - żyła musi wyjść na wierzch. Potem za pomocą strzały robicie dziurę w skórze. Krew, która tryska wartkim strumieniem, zbieracie do naczynia z tykwy, dolewacie mleka i już.

Smacznego.

Jak ktoś się martwi - biedna krowa, co oni jej robią - to spokojnie. Krowa jest tutaj otoczona nimbem czci większym niż w wielu miejscach Europy i świata, gdzie każdego dnia czekają na nią pistolety bolcowe, haki rzeźnicze, noże trybownicze, piły do rozpoławiania tusz i cały arsenał narzędzi, jakie ludzka pomysłowość zaprzęgła w służbę uboju.

Tu krowa jest częścią krwiobiegu, przedłużeniem ludzkiego losu. Nie zostanie zabita. Przebicie skóry strzałą - w przeciwieństwie do cięcia nożem ubojowym - przeżyje. Rana się zagoi, a ona wróci do stada.

Krowa z doliny Omo
Bydło zajmuje centralne miejsce w życiu plemion Bodi i Mursi w dolinie Omo © o2.pl | Łukasz Dynowski

Więc po co to wszystko?

Krew to źródło białka, żelaza i niewielkiej ilości witamin. Słowem: o ile będzie się miało szczęście i uniknie pasożytów, bakterii i innych zagrożeń, może być odżywcza. Kiedy więc tutaj - pod niebem, z którego leje się ukrop nieznośny, daleko od miast i sklepów, do których nie dojedzie się samochodem, bo nikt samochodu nie posiada - nie ma nic innego do picia i jedzenia, to pije się krew. Z mlekiem, oczywiście.

Taki jest smak przetrwania.

Krwawy koktajl spożywa się nie tylko, żeby się posilić, ale też, żeby uczcić święto związane z końcem pory deszczowej. - To rodzaj podziękowania za plony - tłumaczy Meseret Admasu, pracownik Międzynarodowego Instytutu Odbudowy Obszarów Wiejskich (IIRR).

Święto plemienia Bodi nosi nazwę Kael. Składa się z tańców, śpiewów i konkursu na największy brzuch. Jego uczestnicy, niczym zawodowi sportowcy przed imprezą życia, "trenują" miesiącami. Zaszywają się w chatach, ograniczają aktywność fizyczną. Siedzą i piją.

Krew, mleko, krew, mleko - i tak każdego dnia.

Zwycięża ten, kto wyhoduje największy, najbardziej jędrny brzuch. Od teraz będzie się cieszyć chwałą i uznaniem.

Skoro to niemal tak normalne, jak dla nas łyk wody, to Meseret - mimo że dalej nie odpowiadam, czy chcę to zobaczyć - już zerka, kogo oderwać od bydła i zagadać, żeby pokazał, jak się tutaj żyje.

Ale picia krwi nie zobaczę - może to i dobrze. Pomysł rozmywa się na etiopskiej, rozgrzanej od grubo ponad 30-stopniowego skwaru sawannie. Są teraz ważniejsze sprawy.

Coś się szykuje. Pokój. Albo wojna.

Odpowiedzialność zbiorowa

Zanim poleje się krew - ludzka, nie krowia - jest kradzież.

Czasem pod osłoną nocy. Często z bronią w ręku, bo co jak co, ale broni nawet tutaj, na końcu świata, jest pod dostatkiem. Do liczących po kilkanaście tysięcy członków plemion żyjących w dolinie Omo - takich jak Bodi, Suri czy Mursi - zaczęła napływać głównie z sąsiedniego Sudanu. A potem, gdy w 2011 roku ogłosił niepodległość, także z Sudanu Południowego.

Sudan to jedna wojna za drugą. Teraz też tonie we krwi, zapomniany przez świat, z dziesiątkami milionów ludzi zakleszczonych w największym - według międzynarodowych organizacji (m.in. ONZ i WHO) - kryzysie humanitarnym na Ziemi.

Trudno zliczyć, która to już wojna w Sudanie, tak jak trudno zliczyć, ile karabinów AK-47 rozlało się z tego kraju po całym regionie, w tym Etiopii. Wpadły w ręce handlarzy, lokalnej ludności i społeczności pasterskich, które zdobywają je często drogą wymiany: bydło za karabiny.

W dolinie Omo zwierzęta hodowlane to główna waluta. Ceny? Za 5-6 wołów kupisz broń. Za mniej więcej 40 krów - żonę.

Szczepienie bydła na terenie plemienia Bodi
Członkowie plemienia Bodi © o2.pl | Łukasz Dynowski

Jeden z napotkanych członków plemienia Bodi za rękę panny młodej oddał jej rodzinie 38 zwierząt. Zostało mu ledwie sześć. Biedak? Szczęściarz? Twierdzi, że to drugie. Co mają zrobić inni, których nie stać na ożenek, a młodość ich rozpiera, energia seksualna rozpędza tak, że nie sposób się zatrzymać? Część z nich ten pęd poniesie niebezpiecznie daleko, aż za granicę plemienia, do Mursi.

Mursi to sąsiedzi. U nich krowy też są w centrum świata. Jak któryś Bodi - i odwrotnie: jak któryś Mursi - ma braki w stadzie, jak brakuje mu do życia czy ożenku, to jest ryzyko, że gnany przez tę pustkę, gnany przez zew i pragnienie zacznie okradać sąsiadów.

A od "okradać" do "mordować" droga jest tu bardzo krótka.

Konflikt wisi właśnie na włosku. Niedawno doszło do obustronnej kradzieży. Jeśli zaczną walczyć, to nie będzie zmiłuj. Żadnego dochodzenia, kto i co zrobił, żadnego sądu. To nie brak zasad, bo zasada jest. Jedna. Stara jak świat: jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.

- Odwet nie jest wymierzony w jedną osobę ani nawet w rodzinę tej osoby. Stosowana jest odpowiedzialność zbiorowa - mówi Meseret Admasu.- A więc nawet jak ktoś nie ma nic wspólnego z kradzieżą, a należy do danego plemienia, to może zginąć.

Polski ślad w dolinie Omo

Długo był spokój. Siedem, osiem miesięcy. Rozlew krwi, trwający często tygodniami, tamuje to, co robi w dolinie Omo Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM). Fundacja, dzięki środkom z działającego przy MSZ programu "Polska pomoc" (a więc pieniądzom pochodzącym z podatków płaconych przez Polaków), organizuje szczepienia bydła i szkolenia z podstawowej wiedzy weterynaryjnej.

Mechanizm jest banalny. Zaszczepione zwierzęta nie chorują. Jak nie chorują, to nie umierają tak szybko. Jak nie umierają, to znika jeden z powodów, żeby kraść.

Nie załatwia to całkiem sprawy, bo innych powodów nie brakuje, choćby takich, jak wspomniane zaślubiny czy rytuał przejścia, którym niekiedy dla młodych chłopców jest tego typu rabunek. Ale jak jest mniej chorób i kradzieży, to prawdopodobieństwo konfliktu siłą rzeczy się zmniejsza.

Podobne działania miała prowadzić tu Agencja Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego (USAID). I nawet zaczęła, lecz szybko przestała, gdy w 2025 roku prezydent USA Donald Trump - narzekając na rozrzutność działań humanitarnych i kierując się zasadą "America first" - ściął większość programów pomocowych największej wówczas tego typu organizacji na świecie.

Miejsce USAID zajęli Polacy. Szczepionki, które produkowane są w Etiopii i kosztują właścicieli stad - w przeliczeniu na nasze - 9 groszy za sztukę, przyjęło już ponad 60 tys. sztuk bydła. Dzięki temu choroby dziesiątkujące zwierzęta, takie jak pastereloza czy szelestnica, występują rzadziej.

Te 9 groszy - śmieszne miedziaki w Warszawie, Krakowie czy Poznaniu - w dolinie Omo potrafią odmienić życie.

- Poprawa jest widoczna gołym okiem. Mniej jest chorób, mniej krów umiera. Ludzie są w stanie utrzymać swoje stada - mówi Meseret Admasu z IIRR, organizacji współpracującej z Polskim Centrum Pomocy Międzynarodowej.

Szczepienia odbywające się na terenie plemienia Bodi
Kampanie szczepień w dolinie Omo prowadzi Polskie Centrum Pomocy Międzynarodowej (PCPM), we współpracy z międzynarodową organizacją IIRR © o2.pl | Łukasz Dynowski

Początki nie były łatwe.

Adam Kukliński z PCPM, koordynator projektu: - Ludziom nie bardzo zależało na szczepieniach i leczeniu, bo nie widzieli natychmiastowych efektów. Ale jak zrobiliśmy opryski krów z deltametryny (środek owadobójczy - przyp. red.), to zobaczyli, że muchy tse-tse, przenoszące choroby, już na nich nie siadają. To był wizualny efekt, który docenili.

Dodaje: - Nasze działania mają ich zachęcić, żeby przychodzili ze stadami na miejsce zbiórki. Chcemy im pokazać: zobaczcie, mieliśmy kampanię szczepień na szelestnicę, na pasterelozę - i w tym roku tych chorób nie macie.

Na miejscu zbiórki - gdzieś w etiopskim buszu, setki kilometrów od stołecznej Addis Abeby - upał niemiłosierny. Powietrze ani się ruszy. Ciąży, wyzuwa z sił, wyciska pot, który z czoła leje się do oczu, szczypie, momentami oślepia. Tortura. Wypisana jest na twarzach niektórych Bodi. Chowają się w nielicznych skrawkach cienia, gdzieś pod drzewami. Proszą o butelkę z wodą, a sposób, w jaki piją, zdradza dramat położenia, w którym się znaleźli. To nie jest nawadnianie. To jest rozpaczliwe gaszenie pragnienia, jakby dwoma czy trzema łykami próbowali podlać sawannę, która zarosła ich gardła.

Ci, którzy mają trochę więcej sił, łapią krowy, unieruchamiają, czasem po trzech czy czterech. A piąty szczepi.

Wszyscy wiedzą, że ta dziwna mikstura, którą wstrzykują, to być albo nie być - nie tylko krów, ale też ich.

- Chcemy zostawić tę społeczność z umiejętnościami, które zaowocują tym, że konfliktów nie będzie - mówi Kukliński, dodając, że polski projekt w dolinie Omo potrwa do końca roku. Potem plemiona będą zdane na siebie i wiedzę, którą Polacy pomogli w nich zaszczepić.

A więc pokój?

Szczepienie bydła w dolinie Omo
Na szczepieniach bydła obecni są najmłodsi przedstawiciele plemienia Bodi, którzy doglądają młodszych zwierząt © o2.pl | Łukasz Dynowski

Wódz Mursi

Jego imię to Bitongia. Wódz plemienia Mursi siedzi w miejscu, w którym - jak się zdaje - nikt nigdy go nie znajdzie.

Z Dżinki, największego miasta w regionie, jedzie się do niego godzinami. Są tam, co prawda, plakaty i ogłoszenia dla turystów - "Omo Valley Torus" - ale żadnego tu nie widać. Pas drogi puszczony przez sawannę świeci pustkami chyba przez większą część roku, bo gdzieniegdzie sawanna odzyskuje trasę: wdziera się na nią z powrotem, inwazją roślinności odpowiada na inwazję asfaltu.

Kierowca naszego jeepa cieszy się tą wolnością i pruje, ile wlezie. Ptaki, małpy i inne dzikie zwierzęta, które wydają się tworzyć jedyny ruch uliczny w tej części świata, na odgłos rozpędzonego auta zrywają się do lotu albo umykają w busz.

Nagle stop. To tutaj.

W głowie mętlik. Jak "tutaj"? Miała być wioska, a nie ma. Mieli być ludzie - jest jakaś grupa, widać, że z plemienia, ale - sądząc po twarzach - raczej zdziwiona, kto tu przyjechał i po co, czego szuka, z jakiego powodu zakłóca ich spokój.

Zanim człowiek zdąży zadać te pytania samemu sobie, ktoś wskazuje drogę.

I nagle nur w busz.

Tak, to na pewno tutaj, choć wąska ścieżka, wydeptana w suchej, spękanej ziemi, nie wydaje się tego jeszcze potwierdzać, bo zaraz przepada w plątaninie gęstych traw i wysokich łodyg kukurydzy, ucieka spod nóg. Wejść na tę migotliwą - to znikającą, to znowu się pojawiającą - ścieżkę to jak przekroczyć wrota czasu. Przeszłość nie tylko wydaje się być tutaj wyjątkowo blisko, ale faktycznie jest: to właśnie tu, w dolinie Omo, odkryto jedne z najstarszych znanych szczątków Homo sapiens, liczące ok. 233 tysiące lat.

Ta ścieżka-labirynt, w której człowiek nigdy by się nie odnalazł, gdyby nie pomoc tutejszych mieszkańców, to brama do świata, gdzie ludzie żyją w prostych chatach z gałęzi i patyków.

Do świata, gdzie chodzą nago - co najwyżej z cienkim kocem przewieszonym przez ramię, który zasłania części intymne.

Do świata, którego mieszkańcy są pokryci skaryfikacjami - ułożonymi we wzory bliznami powstającymi przez robione żyletką nacięcia na skórze, które z jednej strony mają zdobić ciało, a z drugiej - leczyć choroby.

Do świata, gdzie nastoletnim dziewczętom rozciąga się płatki uszu i umieszcza w nich wielkie krążki; a czasem też jeszcze, gdy dojrzewają, ogromne "talerzyki" w dolnej wardze, choć tradycja ta powoli zanika.

Młoda członkini plemienia Mursi
Dziewczynka z plemienia Mursi, z charakterystycznym krążkiem w uchu © o2.pl | Łukasz Dynowski

A jednocześnie ten świat - wyjęty jakby skądinąd, z zupełnie innego czasu i miejsca - tak bardzo jest spleciony z tym wszystkim, co znamy z każdego innego zakątka globu. Z ziemią i z naturą. Z rytmem wyznaczanym przez słońce i deszcz. Z problemami współczesności - ze zmianami klimatu wydłużającymi porę suchą i ograniczającymi żniwa; z tym, żeby mieć co włożyć do garnka - albo upiec nad ogniskiem; z tym, żeby mieć dach nad głową - choćby ze strzechy. Z rodziną, miłością, bezpieczeństwem.

I wreszcie - z wojną.

Po kilkudziesięciu minutach przedzierania się przez gęsty busz, który płoży się na wszystkie strony, smaga ręce i twarz, plącze się, majaczy - docieramy na miejsce. Wódz Bitongia to niepozorny, nieco posunięty już w latach mężczyzna, nie tak skoczny i rzutki jak młodzież, którą mijamy po drodze. Czy to upał go spowalnia, czy wiek? Pewnie jedno i drugie.

Młodość ma już za sobą, ale ciało dalej silne, jak u wszystkich wokół, którzy ciągle coś robią, ciałem pracują, wprawiają je w ruch, bo a to trzeba zebrać kukurydzę, a to znaleźć patyki do podpałki ogniska, a to jeszcze w coś innego ręce włożyć, żeby przeżyć kolejny dzień.

Głos też ciągle silny, bo zaciekawione dzieciaki, które zebrały się zaraz przy nim, kiedy trzeba, ucisza raz-dwa.

Siedzi na ubitej ziemi, pośród drzew. Za nim "ministrowie". A może "doradcy". W każdym razie inni przedstawiciele starszyzny, którzy pomagają w plemiennych rządach i prowadzą mediacje z władzami etiopskimi, gdy te od czasu do czasu interweniują w międzyplemiennych konfliktach.

Wódz plemienia Mursi
Bitongia - wódz plemienia Mursi © o2.pl | Łukasz Dynowski

Wódz gości przyjmuje z otwartością i szacunkiem. Można rzec: po królewsku, bo zaraz ktoś przynosi kawałek płachty, żeby było na czym usiąść, zaraz ktoś pewnym, szybkim ruchem ścina maczetą rosnące kilka metrów dalej chaszcze i kładzie na płachtę, żeby było miękko. Robi się luksusowo, tym bardziej że u wodza - w przeciwieństwie do części jego ludu, który widzimy po drodze stłoczonego w małych, kilkuosobowych osadach - wszędzie jest cień.

Schowany pod koronami drzew, z dala od drogi i wzroku niepożądanych oczu, wódz Mursi zgadza się na rozmowę. Szybko przechodzi do problemów, z jakimi mierzy się jego plemię.

U kobiet są to komplikacje podczas porodów, niekontrolowane krwawienia, które czasem kończą się śmiercią.

U kobiet, mężczyzn i dzieci - krwawe biegunki, częsty i bolesny problem w regionach świata, gdzie nie ma dostępu do bieżącej wody.

U bydła - zapalenie płuc i trypanosomoza, groźna choroba, którą wywołują świdrowce, pasożyty przenoszone przez muchy tse-tse. Są one niebezpieczne i dla bydła, i dla ludzi. U człowieka zakażenie świdrowcem może prowadzić do śpiączki afrykańskiej, powodującej zaburzenia snu, dezorientację, zmiany zachowania, a w końcu śpiączkę i śmierć.

Szczepienie bydła na terytorium plemienia Mursi
Podobnie jak u Bodi, u plemienia Mursi w szczepieniach bydła pomagają najmłodsi © o2.pl | Łukasz Dynowski

Na przestrzeni lat liczba przypadków śpiączki afrykańskiej na kontynencie znacząco spadła, a w Etiopii ryzyko zachorowania jest minimalne. Ale nagana - choroba bydła, wywoływana przez pasożyty z tej samej rodziny - dalej stanowi wielki problem. Skutkuje postępującym chudnięciem, gorączką, spadkiem produkcji mleka. I w końcu - zgonem.

Przeklęte tse-tse.

Plaga obecna na kontynencie afrykańskim od milionów lat. Kawałek od siedziby wodza Bitongia odwiedzamy członków jego plemienia, którzy zajmują budynek po budowlańcach stawiających w pobliżu fabrykę trzciny cukrowej. To ruina. Ale ich ruina. Z malunkami na ścianach, które dużo mówią o trudach życia w dolinie Omo.

Na jednym obrazku mucha tse-tse zmierzająca w kierunku krowy. Skrzydlata śmierć. Waży tyle co nic, ale roznosi choroby, od których padnie wielka, kilkusetkilogramowa krowa.

Na drugim - ludzie. Jak to często ludzie - stoją nie obok siebie, tylko po przeciwnych stronach. W dłoniach karabiny. Z karabinów lecą pociski. Pomiędzy ludźmi trumna, spokojnie czekająca, aż skończą i któryś ją wypełni.

I co? Znowu, jak na tych prostych malowidłach, mają chwycić za broń? Znowu, jak tyle już razy w dziejach świata, musi być wojna, żeby był pokój?

Obrazek na ścianie w dolinie Omo
Obrazek na ścianie w budynku zamieszkiwanym przez członków plemienia Bodi. Na obrazku mucha tse-tse zbliża się do krowy © o2.pl | Łukasz Dynowski
Obrazek na ścianie w dolinie Omo
Na kolejnym obrazku widać walki międzyplemienne prowadzone przy użyciu karabinów © o2.pl | Łukasz Dynowski

Jelita mówią

Wódz Bitongia dobrze wie, że jego ludzie ukradli krowy. Wie też, dlaczego. Sam - mówi - miał kiedyś ponad 250 sztuk bydła. - Dzisiaj najsilniejsi w plemieniu mają tylko po 20-30. Są tacy, co nie mają ani jednej - tłumaczy.

A przecież krowa jest tutaj wszystkim. Bez krowy nie ma kobiety, majątku ani perspektyw.

Wódz ma pomysł.

Chłodno, spokojnym głosem, w którym tli się wiara w powodzenie tego planu, wylicza: myśmy im zabrali dziesięć sztuk. Oni nam siedem. Znajdziemy wszystkie te krowy i im po prostu oddamy, a wtedy - mamy nadzieję - oni oddadzą nasze.

Co, jak nie zadziała? Co, jak jedni albo drudzy zaczną strzelać? Wtedy przyjdzie czas na środki nadzwyczajne czy nawet nadprzyrodzone.

Przygotowywania do szczepienia bydła
Przygotowywania do szczepienia bydła na terenie zamieszkiwanym przez plemię Mursi © o2.pl | Łukasz Dynowski
Szczepieniami zajmują się przeszkoleni członkowie plemienia
Szczepieniami zajmują się przeszkoleni członkowie plemienia © o2.pl | Łukasz Dynowski

Zarżną białego woła.

Wyjmą wnętrzności. I będą wróżyć z jelit, które pokażą, czy nadchodzi pokój, czy konflikt.

Takie wróżby z truchła mają tysiące lat tradycji. U Babilończyków nazywało się to hepatoskopia, u starożytnych Rzymian - haruspicina. Dziś, mówiąc najogólniej, to ekstispicja.

Jak jelita pokażą pokój - liderzy Mursi i Bodi założą je na szyję.

Miną cztery dni. Będą je odliczać kalendarzem supełkowym: na długim pędzie którejś z rosnących tu roślin zaplata się supełki, a rano, jak wstaje nowy dzień, jeden z supełków się rozwiązuje. I tak codziennie, aż nadejdzie dzień czwarty i żadnych supełków już nie będzie, zostanie sam prosty pęd, niczym prosta droga do pokoju.

Wtedy taka sama ceremonia odbędzie się na terytorium drugiego plemienia. I znowu - jeśli po zarżnięciu kolejnego woła wyjdzie, że szykuje się pokój, będą zakładać jelita na szyję. Przypieczętują wszystko ceremonialnym piciem kawy, z której słynie Etiopia i która jest tak powszechna, że kilkadziesiąt kilometrów stąd, tam, gdzie zaczyna się miejska cywilizacja, kosztuje - na nasze - śmieszne 50 groszy za filiżankę.

Ale świat się zmienia, tutaj też. Młodych nosi, nie w głowie im słuchanie tego, co mówią wróżby z flaków. Za czymś gonią, czegoś szukają. Seksu? Wojenki?

Starszyzna jeszcze wierzy. Jak wnętrzności będą gładkie, będą miały dobry kolor - słowem: będą "ładne" - to całe szczęście. Będzie to sygnał, że udaje się tutaj zaszczepić pokój.

Polacy robią, co mogą, żeby temu dopomóc. Na szkolenia weterynaryjne zapraszają ludzi i z plemienia Bodi, i Mursi, i Konso. Ci ostatni to rolnicy, którzy nie mieszają się w konflikty o bydło.

Szkolenie weterynaryjne
Szkolenie weterynaryjne. Na jednej sali siedzą członkowie plemion Bodi, Mursi i Konso © o2.pl | Łukasz Dynowski

Trzy różne plemiona. Gmatwanina potrzeb, ambicji, problemów. I jedno pomieszczenie, którego ściany mieszczą to wszystko. Bodi, Mursi i Konso słuchają, uczą się, zadają pytania. Atmosfera pokoju. Bo to nie jest tak, że ktoś tu kogoś nienawidzi.

Pytanie, co będzie, jak stąd pójdą. Co będzie za miesiąc, dwa albo trzy, kiedy pora sucha bezlitośnie będzie gnieść sawannę, wyparuje woda, wysychać będą plony, ulatywać siły i nadzieje. Co będzie, jak upał wszystko zmiażdży, a ludzi zepchnie na skraj. Kto i co zrobi, żeby zapewnić przetrwanie sobie i bliskim.

Wódz zna ten skraj. Wie, co nadchodzi. Więc prosi. Coś zrobić, jakoś pomóc, gdzieś przenieść jego i lud. Odmienić życie, które utknęło w buszu.

Do jakiegoś stopnia robią to szczepienia, dzięki którym konflikty występują rzadziej.

Adam Kukliński z PCPM: - W tym roku planujemy jeszcze dwie kampanie szczepień, znowu na pasterelozę i szelestnicę. Powstanie też punkt dystrybucji leków weterynaryjnych. Potrzeba wynika stąd, że jak sytuacja robi się nieciekawa i powstają napięcia, to sprzedawcy leków odmawiają przyjazdu. Możliwość magazynowania leków sprawi, że dostęp do nich pozostanie, nawet jak sytuacja bezpieczeństwa się pogorszy.

A ryzyko, że się pogorszy, jest spore. Niezależnie od tego, co zostanie odczytane z jelit woła.

Co wtedy?

Jak wszędzie, od stuleci, czy to w środku Europy, na krańcach Azji, czy ostępach sawanny: w ruch pójdzie broń. Poleje się krew. Nieść się będzie płacz matek tracących synów.

I na to nie ma już szczepionki.

***

Projekt "Wsparcie służb ratowniczych i służb reagowania kryzysowego w Etiopii" jest finansowany w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Wybrane dla Ciebie