Policja z Tomaszowa Lubelskiego poinformowała niedawno o zatrzymaniu 31-latka z gminy Tarnawatka. Wydarzyło się to po nagraniu, jakie w lipcu obiegło media społecznościowe. Jak podali funkcjonariusze, kierowca nagrał, jak pędzi trasą S-17 w kierunku Bełżca aż 257 km/h. Kierowca Mercedesa przekroczył dozwoloną prędkość aż o 137 km/h. Autor usunął nagranie, ale jak wiadomo, nic, co trafia do sieci, nie znika z niej zupełnie. Nagranie wywołało burzę wśród internautów.
257 km/h na liczniku. Ekspert o karze
Po zatrzymaniu 31-latka policja poinformowała, jaką karę otrzymał. Mandat wyniósł 2,5 tys. złotych, a na jego konto wpłynęło 15 punktów karnych. Zapytaliśmy eksperta, co sądzi o takiej karze. Janusz Popiel, prezes Alter Ego - Stowarzyszenia Pomocy Poszkodowanym w Wypadkach i Kolizjach Drogowych, zwraca uwagę na obowiązujące przepisy.
W tej chwili skoncentrowano się przede wszystkim na nietrzeźwych kierujących pojazdami. Tymczasem to, że Polska jest krajem najbardziej zagrożonym w Unii Europejskiej takimi kierującymi, jest mitem. Mamy najniższy udział nietrzeźwych w wypadkach drogowych w Unii Europejskiej. Natomiast takie przypadki, o jakich mówimy, de facto pozostawiono bez żadnych dolegliwych rozwiązań. Wydaje mi się, że mandat karny i punkty to znikoma dolegliwość. Szczególnie w sytuacji, gdy kierujący samochodem stwarzał realne zagrożenie dla innych uczestników ruchu drogowego. Tu bezwzględnie powinna wkraczać prokuratura - uważa Janusz Popiel.
Ekspert wskazuje, że wedle jego opinii miało tutaj miejsce rażące przekroczenie prędkości, rażące naruszenie zasady ruchu drogowego oraz stworzenie zagrożenia dla zdrowia i życia innych osób. - Wydaje mi się, że tutaj mógłby mieć zastosowanie artykuł 178d Kodeksu karnego - wskazuje Popiel.
Przepis ten mówi, że "kto prowadzi pojazd mechaniczny rażąco przekraczając prędkość oraz rażąco naruszając inne zasady bezpieczeństwa w ruchu lądowym i przez to naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo nastąpienie skutku określonego w art. 156 § 1 (ciężki uszczerbek na zdrowiu red.) lub w art. 157 § 1 (naruszenie czynności narządu ciała lub rozstrój zdrowia red.), podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5".
Popiel wskazuje też na duże zróżnicowanie, jeśli chodzi o podejście do kierowców, którzy doprowadzają do tragedii na drodze.
Mamy sytuację, kiedy nietrzeźwy kierowca, będący pod wpływem środków odurzających albo decydujący się na ucieczkę, gdy prowadząc pojazd doprowadza do wypadku ze skutkiem śmiertelnym – musi liczyć się z karą od pięciu do dwudziestu lat pozbawienia wolności oraz dodatkowymi i bardzo drastycznymi środkami karnymi. Natomiast "zwykłe" zabicie, nawet nie jednej osoby, ale kilku, zagrożone jest karą od sześciu miesięcy do ośmiu lat pozbawienia wolności. To jest ogromna dysproporcja - zauważa ekspert.
Czy zakazy są skuteczne? "Nie będą szanowali"
A może w przypadku kierowcy z S-17 powinien zostać zastosowany zakaz prowadzenia pojazdów? Tutaj w najbliższym czasie może dojść do pewnej ewolucji przepisów. "Rzeczpospolita" podaje, że Ministerstwo Sprawiedliwości szykuje zmiany dla kierowców, którzy łamią zakazy prowadzenia pojazdów. Mają być one "konsumowane" jeden po drugim, bowiem obecnie środki te biegną jednocześnie. Jeżeli kierowca był skazywany najpierw na rok zakazu, a potem na trzy, to wykonywano tylko ten najdłuższy. Teraz ma się to zmienić.
Przypomnijmy także, że za złamanie zakazu prowadzenia pojazdów grozi kara od 3 miesięcy do lat 5 pozbawienia wolności. Janusz Popiel uważa jednak, że zakazy nie będą szanowane, jeśli nie będzie sposobu ich niwelowania.
Zakaz dożywotni oznacza wykluczenie komunikacyjne, więc z góry można przyjąć, że może nie być respektowany, natomiast ustawodawca nie przewidział żadnej możliwości, która pozwalałaby złagodzić wykonanie tego środka karnego - odbycia terapii, założenia alcolock i ewentualnego złożenia wniosku do sądu, aby ten zawiesił ten zakaz. Nie uchylił, ale wyłącznie zawiesił. Być może wtedy przepis ten byłby szanowany - uważa Popiel.
Według jego informacji policja robi rocznie osiemnaście milionów kontroli na zawartość alkoholu, ale to za mało.
Sprowadzają się one tylko do dmuchania w alkomat, bez dodatkowego sprawdzania dokumentów. Być może wówczas udałoby się ujawnić osoby, które mają prawomocny zakaz prowadzenia pojazdów, co pozwoliłoby na eliminowanie ich z ruchu drogowego. Trzeba szukać konkretnych rozwiązań, które są w stanie poprawić bezpieczeństwo na polskich drogach, a nie kierować się wyłącznie populizmem - apeluje Popiel.