W związku z zagrożeniem podczas ataku Rosji w Ukrainie, w czwartek przed południem (17 września), mieszkańcy województwa lubelskiego i podkarpackiego dostali alerty RCB informujące o zagrożeniu z powietrza. Zawyły też syreny. Wywołało to niepokój wśród okolicznych mieszkańców.
O sytuacji rozmawialiśmy z panią Aleksandrą, mieszkanką podkarpackiej miejscowości i mamą dwóch córek.
Z relacji córki wynika, że siedzieli na lekcji. Nagle zadzwonił dzwonek o nieplanowej godzinie. Nauczyciel prowadzący wyszedł z klasy, zorientował się, co się dzieje. Po czym wyprowadził dzieci z klasy na dół, do szatni, która znajduje się w piwnicy. Każda klasa udała się do swojego boksu – opowiada nam pani Aleksandra, mieszkanka jednej z podkarpackich miejscowości.
Starsza córka naszej rozmówczyni chodzi do piątej klasy, a młodsza do zerówki. Z relacji mieszkanki Podkarpacia wynika, że dzieci były zdezorientowane i przerażone. Nie rozumiały, co się dzieje. Nauczyciele starali się tonować nastroje.
Pani dyrektor nie chciała straszyć dzieci, więc powiedziała, że to ćwiczenia z racji tego, że tyle alertów przychodzi. Nauczyciele próbowali uspokoić sytuację. Podchodzili do dzieci, które płakały – relacjonuje mama dziewczynek.
Jak słyszymy, "dzieci bardzo się bały". Wszystko trwało około godziny. Po odwołaniu alarmu kontynuowano zajęcia, a uczniowie wrócili do klas.
Jak dzieci wróciły do domu, to płakały, choć emocje zaczęły opadać. Moja córka była roztrzęsiona – mówi pani Aleksandra.
Córki pani Aleksandry same wróciła do domu. W niektórych szkołach rodziców poproszono jednak o odebranie dzieci z placówki.
TVN24, powołując się na informacje z wojska, podało, że cztery kilometry od granicy polsko-ukraińskiej spadł lub został zestrzelony dron. Ponieważ był to dron odrzutowy, szybko zbliżający się do granicy, poderwano myśliwce.