Samolot został zestrzelony 3 kwietnia przez irańskiego żołnierza przy użyciu pocisku odpalonego z ramienia. Maszyna rozbiła się w prowincji Kohgiluyeh i Boyer-Ahmad w południowo-zachodnim Iranie, niedaleko granicy z Irakiem.
F-15 amerykańskiego pułkownika został zestrzelony nad Iranem. Skoczył ze zniszczonym spadochronem
Oficer, występujący w programie pod pseudonimem "Dude 44 Bravo", wspominał, że uderzenie pocisku było jak "zderzenie z pociągiem towarowym". Pilot o pseudonimie "Alpha" zdołał katapultować obu członków załogi z wartego około 30 mln dolarów samolotu.
Problemy pojawiły się chwilę później. Spadochron Bravo został uszkodzony podczas ataku i nie rozwinął się prawidłowo.
W pewnym momencie spojrzałem w górę i zobaczyłem, że nie ma spadochronu. To było najbardziej przerażające, co kiedykolwiek widziałem – powiedział.
Jak ocenił, spadał z prędkością około 70–100 mil na godzinę (113–161 km/h). Ostatecznie udało mu się częściowo rozwinąć spadochron i przeżyć upadek.
50 godzin samotnej walki ze złamanym kręgosłupem
Amerykanin doznał poważnych obrażeń. Miał złamany kręgosłup, rękę i bark, a także skręconą kostkę oraz liczne rany głowy i twarzy.
Jego pilot wylądował około 8 km dalej i został odnaleziony przez amerykańskie siły specjalne w ciągu kilkunastu godzin. Bravo pozostał jednak sam na terytorium wroga.
Przez niemal 50 godzin nie miał dostępu do jedzenia ani wody. Musiał jednocześnie unikać irańskich żołnierzy, którzy rozpoczęli jego poszukiwania i wyznaczyli za niego nagrodę w wysokości 60 tys. dolarów.
Mimo odniesionych obrażeń wspiął się na grzbiet górski położony na wysokości około 2100 metrów i ukrył w szczelinie w górach Zagros.
Miałem obrażenia, ale wszyscy szkolimy się po to, by dostosować się do sytuacji i pokonywać przeszkody, które napotykamy – mówił.
W nocy przez radio wysłał do amerykańskich wojsk krótką wiadomość: "Bóg jest dobry". Początkowo dowództwo podejrzewało, że może to być próba zastawienia pułapki.
Druga misja ratunkowa. "Nie zostawimy ich"
Sekretarz obrony USA Pete Hegseth powiedział w programie, że został obudzony w środku nocy wiadomością o zestrzeleniu załogi.
Nieważne, czy żyją, czy nie, pójdziemy po nich – wspominał.
Pierwsza akcja ratunkowa pozwoliła odnaleźć pilota "Alpha". Bravo pozostawał jednak nieuchwytny. Amerykanie musieli zdecydować się na kolejną, znacznie bardziej skomplikowaną operację.
Ostatecznie, o świcie w Niedzielę Wielkanocną, po około 50 godzinach od zestrzelenia samolotu, Bravo został odnaleziony i ewakuowany. W akcji uczestniczyły dziesiątki statków powietrznych, w tym drony MQ-9 Reaper oraz śmigłowce "Little Bird".
Amerykański pułkownik przyznał, że widok nadchodzących po niego ratowników był jednym z najważniejszych momentów jego życia. Kilka godzin później mógł po raz pierwszy od zestrzelenia zadzwonić do żony i powiedzieć jej, że żyje.
Swoje ocalenie przypisał przede wszystkim wyszkoleniu, wierze, pracy całego zespołu oraz decyzjom osób odpowiedzialnych za przeprowadzenie operacji.
– To historia pracy zespołowej, szkolenia, wiary, decyzji i przywództwa. Historia tego, co Ameryka jest gotowa zrobić, by dotrzymać obietnicy i nikogo nie zostawić – powiedział.