REKLAMA
Odsłoń newsy
Odsłoń newsy
Copyright Wirtualna Polska Media S.A. - ReklamaRegulaminPrywatność
Odświeżone godzinę temu
Twoje konto
Pogoda
Radio
Quizy
0
graczy online
Graj teraz!
REKLAMA
Aldona Sosnowska-Szczuka19.09.19 (11:36)

Przemysław Saleta: "Do Polski wróciłem z miłości do Karoliny"

Przemysław Saleta przyznaje, że nie ma w domu żadnego pasa mistrzowskiego, żadnej pamiątki, ani za dużo zdjęć. Znakomity sportowiec w wywiadzie dla o2 podkreśla, że w zasadzie od zawsze żyje tym, co dzieje się dzisiaj, nie ogląda się za siebie. Przemysław Saleta nie ukrywa, że wrócił z Tajlandii do Polski z powodu miłości.
VIPHOTO / East News

Aldona Sosnowska-Szczuka: Przejmujesz się tym, co mówią o tobie inni?

Przemysław Saleta: Wszystkich nie zadowolisz. Mnie zależy na opinii najbliższych osób, a całą resztę mam gdzieś.

REKLAMA

A gdy zaczynałeś karierę?

Boks czy kickboxing to taki sport, że wystarczy jeden przypadkowy cios w piątej sekundzie i nie masz szansy pokazać, ani jak się przygotowałeś ani co potrafisz. A ludzie oceniają cię przez pryzmat tych pięciu sekund, więc na pewno stres był bardziej związany z tym, żeby się nie ośmieszyć.

Zobacz wideo: Saleta: Michalczewski numerem 1 w polskim boksie

Pamiętasz swoją pierwszą przegraną?

Po raz pierwszy przegrałem w boksie, z Timem Martinem w 1992 r. w Chicago. To był gość, który teoretycznie miał być łatwym przeciwnikiem – miał wtedy rekord cztery wygrane, trzy przegrane i trochę go zlekceważyłem.

Nie w przygotowaniach, tylko w tym, że wyszedłem do walki mało skoncentrowany. Oglądałem wcześniej walki kolegów i nie rozgrzałem się dobrze. Przegrałem na własne życzenie. Byłem zły.

Miałem też sporo wątpliwości, dlatego że to była moja trzecia czy czwarta walka po zmianie dyscypliny, i dużo było takich opinii w Polsce, że do boksu się nie nadaję. Potem nabrałem dystansu – w końcu to jest tylko sport i tak naprawdę przegrana w kontekście całego życia nie zmienia zbyt wiele.

Dyscyplinę zmieniłeś ze względu na pieniądze?

Nie. Przez ostatni rok w kickboxingu zarobiłem tyle, ile przez następne trzy lata w boksie. W kickboxingu zdobyłem też właściwie wszystko: amatorskie i zawodowe tytuły mistrza świata i Europy. Boks był dla mnie wyzwaniem.

Dlaczego zacząłeś uprawiać sport?

Byłem chudy i słaby fizycznie, ale jak każdy chłopak chciałem być silny i niepokonany. A potem obejrzałem film "Wejście smoka”.

W Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie chodziłem do podstawówki i ogólniaka, nie było jednak możliwości uprawiania żadnego sportu walki, więc zacząłem ćwiczyć na siłowni, którą sobie zorganizowaliśmy z Krzyśkiem Chojeckim. Ciężarki sam zrobiłem. Jak ojciec zobaczył, że to nie jest słomiany zapał, dał mi hajs na 50-kilogramową sztangielkę, po którą pojechałem do Wrocławia. Do dziś pamiętam tę podróż pociągiem i to, jak ją dźwigaliśmy z bratem.

Sport to największa twoja miłość. Jedyna stała w życiu.

Stała to jest miłość do życia.

A za co kochasz życie?

Za emocje. Pieniądze można mieć i stracić. Natomiast to, co przeżyłeś, zostaje i kształtuje cię jako człowieka.

Na jakim etapie życia teraz jesteś?

Od 30 lat na tym samym (śmiech). To znaczy, że nie wiem, co będę robił za rok…

Nigdy nie miałem problemu z upływającym czasem. Z wiekiem jest o tyle fajniej, że dużo mniej musisz, a coraz więcej możesz. Chociaż ja już dawno doszedłem do wniosku, że nie ma zbyt wielu takich sytuacji, którymi naprawdę warto się przejmować.

Przy jakiej okazji sobie to uświadomiłeś?

Nie pamiętam. Trudność w rozmowie ze mną w dużej mierze polega na tym, że ja niespecjalnie oglądam się za siebie. Dam ci konkretny przykład: w domu nie mam żadnego pasa mistrzowskiego, żadnej pamiątki, ani za dużo zdjęć…

Michał Lenarczyk / o2.pl
Przemysław Saleta Aldona Sosnowska-Szczuka podczas rozmowy w warszawskiej restauracji "Bazar Kocha".

Żyjesz dniem dzisiejszym?

Chyba od zawsze. Żartuję, że w Tajlandii okazało się, że jestem buddystą. Oni uważają, że dobrze jest planować, ale musisz koncentrować się na dniu dzisiejszym, bo przeszłości już nie zmienisz, a na przyszłość też nie do końca masz wpływ.

Weźmy moje doświadczenie ze śpiączką, kiedy blisko byłem tego, że mnie nie będzie – w kontekście ewentualnych planów, no to wiesz… Ale nie ma sensu żyć sparaliżowanym strachem, że jutra nie będzie.

Czy ty się czegoś w życiu boisz?

Tylko o swoich bliskich. Poza tym mam przekonanie, że sobie zawsze w życiu poradzę. Bez względu na to, gdzie się znajdę i w jakich okolicznościach.

Szczęśliwy człowiek.

Raczej tak. Szczęście w dużej mierze polega na tym, że akceptujesz otaczającą cię rzeczywistość, a nie rozpaczasz, że kiedyś było fajniej albo zastanawiasz się, czy kiedyś będzie fajniej.

Do niedawna mieszkałeś w Tajlandii, wróciłeś jednak do Polski. Z miłości?

Tak, z miłości wróciłem. Niewątpliwie Karolina [Woźniak – przyp. red.] była głównym powodem. Ale też córki, szczególnie młodsza Nadia, która ma 17 lat, więc jest w trudnym dla dziecka momencie. Plus: cztery lata "mało co robienia" trochę może się znudzić.

Często widujesz się z córkami?

Różnie, aczkolwiek bardziej ze względu na ich brak czasu niż mój.

Czy Nicole i Nadia są do ciebie podobne?

Trochę. Niczym na przykład się nie przejmują i na większość rzeczy mają wywalone (śmiech). Mają własne zdanie i niespecjalnie przejmują się opinią innych.

Ty też nikogo nie słuchasz?

Słucham, ale ostateczną decyzję, szczególnie jeśli dotyczy tylko mnie, podejmuję sam. To moje życie, więc jeśli mam coś marnować, wolę na własny rachunek.

Są rzeczy, których żałujesz? Które zrobiłbyś inaczej?

Zapewne tak. Każdemu z nas wydawało się milion razy, że ma stuprocentową rację, a potem okazywało się, że nie. Więc nie żałuję niczego, co zrobiłem. Podejmowałem decyzje na miarę swojej wiedzy i doświadczenia, i brałem za nie odpowiedzialność.

I czasem to się pewnie nie kończyło zbyt dobrze, ale na tym też urok życia chyba polega. Wiesz, żeby było lepiej, musi być czasem gorzej.

To wyjątkowy banał (śmiech).

Banał, ale trzeba do czegoś porównywać (śmiech). Ja nie lubię w życiu takich sytuacji, kiedy nie wiem, jak jest – dobrze czy źle. Czekania, czy coś się uda czy nie, zawieszenia – tego nienawidzę.

Jak sobie radzisz w takich sytuacjach?

Staram się poukładać sobie to w głowie. W takich wypadkach sport jest też odskocznią – idę na trening. Jak się zmęczysz, to inaczej funkcjonujesz.

Robisz wiele rzeczy: pojawiasz się w filmach, programach rozrywkowych, reklamujesz różne produkty. Nie chciałbyś, aby zapamiętano cię jako sportowca z sukcesami? Po co robisz to wszystko?

Z czegoś trzeba płacić rachunki. Poza tym w ciągu 25 lat kariery tylko przez pięć, sześć zajmowałem się wyłącznie sportem. Nigdy nie korciło mnie też, żeby przejść na drugą stronę w sporcie. Miałem wprawdzie krótką przygodę związaną z managerowaniem zawodników, ale stwierdziłem że to nie dla mnie.

Dlaczego?

Trzeba mieć dużo cierpliwości, rozumieć, że zawodnik jest człowiekiem. Kiedy wykładasz konkretną gotówkę w jego przygotowania, a on nagle się zakochuje i wszystko wywraca się do góry nogami… to nie dla mnie.

Nie chciałem też być promotorem. Trenerem też nie – takie długotrwałe zobowiązania, jak się orientujesz (śmiech), nie są w mojej naturze. A trenowanie innych to jest takie właśnie zobowiązanie.

Poczekaj, zmieńmy temat. Czy to znaczy, że jak się zakochasz, to nie zakładasz, że na dłużej?

Zakładam, że do końca życia.

Michał Lenarczyk / o2.pl

A ty masz 17 lat, że mi takie rzeczy mówisz? (śmiech)

Nie, dlaczego?

To 17-latek jest przekonany, że zakochał się na całe życie, tymczasem relacja rozpada mu się po trzech miesiącach.

Raz w życiu mi się rozpadło coś po trzech miesiącach. Nie, ja zakładam, że do końca życia. I dopóki kochasz i jesteś kochany.

Czyli związek trwa dopóki są podkręcone emocje? A kiedy osłabną, przestaje ci się już podobać?

Nie chodzi o podkręcone emocje. Zadajesz pytanie, patrząc ewidentnie ze swojego punktu widzenia (śmiech).

*No co ty! Ja od 20 lat mam tego samego męża. *

Trudno, nie każdy ma życie perfekcyjne (śmiech). Mnie nie przeszkadza upływający czas w związku. Ludzie się docierają i wiele rzeczy jest lepszych. Ja oczekuję pozytywnych emocji, a nie scen.

Nikt nie chce scen w związku.

Są tacy, którzy lubią kłótnie, bo potem seks jest ekstra. Ale każdy inaczej funkcjonuje. Wydaje mi się, że z czasem jest więcej plusów niż minusów.

Sześć lat.

Co takiego musi się stać, aby relacja się skończyła?

Nie potrafię ci odpowiedzieć. Albo jest dobrze albo nie.

Czego szukasz w relacjach z kobietami?

Pomijając atrakcyjność fizyczną, oczekuję partnerstwa. Cenię kobiety niezależne, które mają własne zdanie, własną pasję.

Nie lubię nikogo cisnąć, sam też nie lubię być ciśnięty. Nigdy nie mówię komuś, co ma zrobić. Nawet nie sugeruję. Akceptuję też wszystko. Gdyby moja dziewczyna chciała wyjechać na pół roku ze względów zawodowych, nie miałbym z tym problemu. Ale też oczekuję, że druga osoba nie będzie miała problemu z tym, co ja robię. Żyj i daj żyć innym. Trudne zadajesz mi pytania (śmiech).

Czy ja ci obiecywałam, że będą tylko łatwe?

Masz newsa, zdjęcie lub filmik? Prześlij nam przez dziejesie.wp.pl.

0
0
0
0
0
0
PODZIEL SIĘ
TWEETNIJ
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
Komentarze
REKLAMA
REKLAMA
Zamknij