W piekle Auschwitz urodziły się setki dzieci. Jak wyglądał poród?

50

Według zachowanych dokumentów w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau przyszło na świat 700 dzieci. Świadkowie mówili nawet o tysiącach. Jak wyglądał poród w piekle?

W piekle Auschwitz urodziły się setki dzieci. Jak wyglądał poród?
(Domena publiczna)

Matki, bez względu na zaawansowanie ciąży, bały się. Każdego dnia mogły przykuć wzrok lekarza SS, który dokonywał selekcji. Wystarczyło jedno jego skinienie, by trafiły prosto do gazu lub do obozowej umieralni – osławionego bloku 25.

"Blok śmierci" funkcjonował od początku istnienia obozu. Był miejscem, w którym izolowano więźniarki, które nie były już zdolne do pracy, a także składowano zwłoki, które miały trafić do krematorium.

Blok 25 był miejscem, w którym ginęły także ciężarne, położnice i nowo narodzone dzieci. Jeżeli lekarz uznał, że matki do niczego się już nie nadają, otrzymywały zastrzyk z fenolu w serce. Nad tym, co zrobić z dziećmi Niemcy się nie zastawiali – jeżeli nie zabrano ich do koszmarnych eksperymentów medycznych, ich los był przypieczętowany.

Zobacz także: Zobacz też: Rodzinne miasto Josefa Mengele. Ludzie chcieliby, żeby "Anioł Śmierci" nie istniał

Zastrzyk w serce

Joanna Stocker w artykule "Zagłada żydowskiego macierzyństwa w KL Auschwitz-Birkenau" przytacza historię Belgijki, która ciasno bandażowała piersi ze strachu, że ktoś odkryje jej odmienny stan:

Okazało się, że gdy przyjechała do Auschwitz, była w ciąży i ta z czasem zaczęła być widoczna. Mimo, że spodziewała się, iż nie pozwolą jej żyć, włożyła całą energię w pracę i udowadnianie, że była w dobrej formie. W grudniu lub na początku stycznia urodziła dziewczynkę, którą jej zabrano i zabito – prawdopodobnie zastrzykiem fenolu.

W podobny sposób zginęła Polka wysiedlona z Zamojszczyzny. Niedługo po porodzie zabito ją i jej dziecko. Dla niepoznaki w karcie pacjentki zmieniono przyczynę zgonu.

W chwili wysiedlenia Zofia była w ciąży. W Auschwitz urodziła dziewczynkę, którą zaraz po urodzeniu zamordowano dosercowym zastrzykiem fenolu. W ten sam sposób zabito również Zofię. W dokumencie jako przyczynę jej zgonu odnotowano »zakażenie wskutek ropowicy« – czytamy w książce "Zagłada w KL Auschwitz Polaków wysiedlonych z Zamojszczyzny w latach 1942-1943".

Numer wytatuowany na udzie

Zofia Hryniewiecka, której relację przytacza Nina Majewska-Brown w książce "Anioł życia z Auschwitz", opowiada z kolei, że przed porodem została przeniesiona do szpitala, gdzie rodziła wiele godzin. Poród rozpoczął się w poniedziałek popołudniu, a jej córeczka przyszła na świat dopiero w środę.

Po latach wspominała, że nikt się nią wówczas nie zajmował. Dopiero gdy córka pojawiła się na świecie współwięźniarki zawołały położną, która przyniosła trochę wody i wykąpała dziecko. Ta kobieta została też matką chrzestną dziewczynki i nadała jej imię Stefania.

W bloku 17 przez okres około trzech miesięcy rodziły się dzieci. Pierwsze urodziło się 6 grudnia 1943 roku. Urodziła je Polka z Sosnowca. Chłopczykowi wytatuowano numer na udzie. Po trzech tygodniach chłopiec, który dostał imię Adam, zmarł. 8 grudnia urodziła się dziewczynka Maria. Urodziła ją Polka z Warszawy. Matka rodziła, chorując na tyfus. Miała w czasie porodu 40 stopni gorączki. Dziecko było wcześniakiem ośmiomiesięcznym i zmarło po kilku godzinach – wspominała Maria Ślisz-Oyrzyńska.

Podobnych, przerażających historii jest zatrzęsienie. Poród sam w sobie jest trudnym i wyczerpującym fizycznie doświadczeniem. Ciężarne więźniarki obozu koncentracyjnego znajdowały się w tym trudniejszej sytuacji. Oderwane od najbliższych, wycieńczone pracą, złymi warunkami bytowania i głodem, a przede wszystkim nieustannym poczuciem zagrożenia…

Małe cuda w piekle

W tych warunkach urodzenie dziecka i przeżycie było prawdziwie heroicznym wyczynem. Najbardziej uderzającą relację dotyczącą porodów w Auschwitz przedstawiła położna Stanisława Leszczyńska, która tylko w samym obozie sprowadziła na świat przynajmniej setki noworodków. Jej słowa przytacza Nina Majewska-Brown w książce "Anioł życia z Auschwitz".

To, w jakich okolicznościach Leszczyńska przyjmowała porody urągało wszelkim standardom opieki okołoporodowej, jakich ją uczono. Położnicom brakowało środków aseptycznych, opatrunków, nie wspominając nawet o lekach. Z rzeczy, jakie mogła wykorzystywać by ulżyć rodzącym pozostało jej masowanie pleców, śpiewanie im i modlitwa.

Mimo wszystko, słynna położna z Auschwitz miała niesamowite wyniki. Wspominała, że wszystkie dzieci rodziły się żywe. Przykuło to nawet uwagę słynnego Anioła Śmierci, czyli doktora Mengele. Niemiec nie potrafił zrozumieć, jak polskiej położnej w warunkach obozowych udaje się nie tracić pacjentów.

Chore, jak wspomniałam, rodziły na piecu. Ilość przeprowadzonych tam przeze mnie porodów wynosiła ponad trzy tysiące. Pomimo przerażającej ilości brudu, robactwa wszelkiego rodzaju, szczurów i chorób zakaźnych, braku wody oraz innych niedających się wprost opisać okropności działo się tam coś niezwykłego – relacjonowała Leszczyńska po latach.

Piec, na którym rodziły więźniarki obozu był zimy. Palono w nim zaledwie kilka razy do roku. W baraku brakowało wody, a nocą nie można było po nią pójść. Zachowanie higieny w trakcie porodu było w praktyce niemożliwe.

Dodatkowym obciążeniem dla położnic było często wycieńczenie lub gorączka. Wiele z nich cierpiało na biegunkę głodową lub tyfus plamisty. Najgorsza była jednak perspektywa utraty dziecka. W warunkach obozowych jakiekolwiek szanse na przeżycie noworodków pojawiły się dopiero w 1943 roku.

Niebieskie oczy, jasne włosy

Wcześniej wszystkie nowo narodzone dzieci były zabijane. Niemcy i ich pomagierzy robili to na różne sposoby, topiąc je w wiadrze, kloace, czy dozując śmiercionośny zastrzyk. Świeżo upieczone matki bywały świadkami tego nieludzkiego procederu. W 1943 roku nastawienie Niemców zaczęło się w tej materii nieznacznie zmieniać. Zamiast mordować wszystkie noworodki, oddzielali te o "aryjskim" wyglądzie.

Dzieci niebieskookie i jasnowłose odbierano matkom i wysyłano do Nakła w celu wynarodowienia. Przejmujący skowyt matek żegnał odjeżdżające transporty niemowląt. Póki maleństwa przebywały przy matce, to już samo macierzyństwo stwarzało promień nadziei. Rozłąka z dzieckiem była straszna – pisała Leszczyńska.

Aby w przyszłości dać matkom choć cień szansy na odnalezienie swoich dzieci, a dzieciom na poznanie swojej prawdziwej tożsamości, po porodzie więźniarki tatuowały noworodki. W nierzucających się w oczy miejscach – na stopach, udzie, czy pod pachą – tatuowały dzieciom albo numery obozowe matek, albo inne znaki graficzne.

Autor: Anna Kasperowicz – krakowska historyczka. Miłośniczka dwudziestolecia międzywojennego, kotów i dobrego rocka.

Oceń jakość naszego artykułu:

Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Zobacz także:
Oferty dla Ciebie
Wystąpił problem z wyświetleniem stronyKliknij tutaj, aby wyświetlić