Gdy wyschło jezioro, na dnie zobaczyli coś niezwykłego

1 z 4Znalezisko na dnie

Obraz
© PAP/EPA | JULIAN BOCHATEY

Gdy El Niño osuszył dużą część patagońskiego jeziora Colhué Huapi, spod warstwy mułu zaczął wystawać fragment jakiegoś dużego urządzenia. Miejscowi zaczęli kopać. Uznano, że to samolot i wezwano lokalnych ekspertów.

Na miejscu zjawili się członkowie areoklubu Sarmiento. Dalsze badania wraku pozwoliły ustalić, co dokładnie znaleźli. Już na początku mieli pewne podejrzenia, bo z jeziorem wiązała się hisotiria o samolocie, który ponad pół wieku temu zniknął w jego toni i ślad po nim zaginął. Aż do teraz.

2 z 4Zaginiony

Obraz
© PAP/EPA | JULIAN BOCHATEY

19 października 1964 roku dwusilnikowy Piper Apache z czterema osobami na pokładzie uderzył w taflę jeziora Colhué Huapi i zatonął.

Właścicielem i pilotem maszyny był Ingeniero Panzer z firmy Dowell. Z nim na pokładzie było trzech inżynierów lecących na spotkanie z kolegami z Pan American Argentina Oil Co. Ich ciała tkwiły we wraku przez kilka dni. Fale wyrzuciły pierwsze zwłoki na brzeg jeziora dopiero 8 listopada.

3 z 4Historia z dzieciństwa

Obraz
© PAP/EPA | JULIAN BOCHATEY

Julian Bochatey, autor zdjęć i członek aeroklubu Sarmiento, pamięta katastrofę z dzieciństwa. Wspomina, że tuż po niej prowadzono intensywne poszukiwania wraku, ale nie znaleziono niczego.

Nad jeziorem krążyły samoloty Pan American Argentina, marynarki wojennej i trzech aeroklubów. Poszukiwania powtórzono nawet w 1980 roku, ale też bez rezultatu - Bochatey wspomina w wywiadzie.

4 z 4Odkopią wrak

Obraz
© Twitter | JULIAN BOCHATEY

Po odkopaniu skrzydła i części kadłuba potwierdzono, że faktycznie chodzi o zaginioną przed 52 laty maszynę.

Członkowie aeroklubu na początku kopali własnymi rękami. Planują wrócić z odpowiednimi narzędziami i odkryć cały wrak.

Wybrane dla Ciebie