15-letniego Adasia znalazł jego ojciec. Chłopak leżał na drodze nieopodal swojego domu. Był w ciężkim stanie, a ostatecznie jego życia nie udało się uratować. Śledczy uważają, że w nastolatka wjechał Konrad K. Następnie nie udzielił pomocy i uciekł z miejsca zdarzenia.
"Fakt" ustalił, że 28 sierpnia K. wziął auto od ojca i pojechał na mecz zorganizowany przez jego znajomych. Wrócił późną nocą.
Wstałam w sobotę (29 sierpnia) o ósmej rano. Konrad powiedział mi, że wjechał samochodem w znak drogowy. Ma stłuczoną szybę w aucie. Pocieszyłam go, żeby się nie martwił, że dam mu pieniądze na naprawę - wyznała pani Zofia, babcia Konrada K., w rozmowie "Faktem".
81-latka ujawniła też, że w sobotę Konrad K. zachowywał się zupełnie normalnie. Bliscy nabrali podejrzeń dopiero wtedy, gdy dowiedzieli się z mediów, że poszukiwany jest kierowca białego samochodu z okolic. Wówczas 26-latek miał już wyłączony telefon. Nie pojawił się również na meczu, na którym planował być.
"Żadnej krwi nie widziałam"
Krótko później w domu pani Zofii pojawiła się policja. - My szukamy go, a policja do nas, że go ukrywamy. Mojej babci grozili trzema latami, że widziała krew na aucie i nie reagowała - wyznał Bartłomiej K., młodszy brat podejrzanego.
Żadnej krwi nie widziałam - zapewniła pani Zofia.
Przełom w poszukiwaniach nastąpił w nocy z 29 na 30 sierpnia. Wtedy do rodziny Konrada zadzwoniła jego znajoma. Powiedziała, że chce się poddać dobrowolnej karze. Na policję oczekiwał w rodzinnym domku letniskowym w Zagórowej.
Był w złym stanie psychicznym. Przysięgam na wszystko, wódki nie pił - zrelacjonowała babcia Konrada.
Ustalenia śledczych
Prokurator rejonowy w Olkuszu Piotr Piekarski potwierdził w rozmowie z "Faktem", że podejrzany przyznał się do spowodowania wypadku, jednak nie potrafił logicznie wyjaśnić, dlaczego odjechał. Na miejsce tragedii miał wrócić po około 20 minutach. Wówczas zauważył leżącego chłopca. Adaś jeszcze oddychał. K. miał zadzwonić na 112.
Ustalamy, ile czasu dokładnie minęło od zdarzenia do powrotu podejrzanego. Sprawdzamy jego telefon komórkowy i połączenia, które wykonywał - poinformował Piekarski.
Do zatrzymania K. doszło kilkadziesiąt godzin po zdarzeniu. Wówczas nie był pijany, ale upływający czas mógł wpłynąć na wynik.
Za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym 26-latkowi grozi do 20 lat więzienia.