Ekspert o katastrofie w USA. "Zawinił czynnik ludzki". Wskazuje na zachowanie pilotów

- Nie miał prawa wlatywać w takie warunki. To go absolutnie dyskwalifikuje – ocenia Grzegorz Brychczyński, ekspert lotniczy ze Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Komunikacji RP. W rozmowie z o2.pl wskazuje na możliwy błąd pilotów, którzy mimo sygnałów o oblodzeniu i niebezpiecznej pogodzie kontynuowali lot.

.Ekspert o katastrofie w USA. "Zawinił czynnik ludzki". Wskazuje na zachowanie pilotów
Źródło zdjęć: © Getty Images, x • Zdjęcie wygenerowane przy pomocy AI
Jakub Artych

Do tragicznej katastrofy doszło 1 listopada na Florydzie w USA. Prywatny odrzutowiec Learjet 60, który wystartował z Austin w Teksasie i leciał na Bahamy, nagle zaczął gwałtownie tracić wysokość. Na pokładzie było dziewięć osób, w tym dwoje małych dzieci. Piloci wcześniej zgłaszali oblodzenie, turbulencje i opady.

Chwilę później nadali sygnał alarmowy Mayday. Samolot spadał z prędkością dochodzącą do ponad 30 tys. stóp na minutę, czyli około 550 km/h w pionie. Około godz. 12:51 czasu lokalnego maszyna uderzyła w ziemię w pobliżu Greenacres, niedaleko West Palm Beach.

Po katastrofie prywatnego odrzutowca Learjet 60 na Florydzie, o możliwych przyczynach wypadku mówi nam Grzegorz Brychczyński, ekspert lotniczy ze Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Komunikacji RP. W rozmowie z o2.pl zwraca uwagę na zachowanie załogi i możliwy błąd ludzki.


WIDEO
Spojrzał w oczy Bartoszowi G. "Zero odruchów ludzkich"

Zdaniem eksperta pojawia się pytanie, dlaczego załoga zdecydowała się kontynuować lot w tak trudnych warunkach, zamiast odpowiednio wcześniej zmienić trasę.

Jeżeli pilot widział na radarze, że pojawiają się problemy, powinien je ominąć. Zawsze istnieje plan lotu, są lotniska zapasowe. Można na bieżąco reagować na zagrożenia – ocenia dla o2.pl Brychczyński.

Ekspert zwraca uwagę, że południowa Floryda jest regionem, w którym mogą występować bardzo trudne warunki do latania. Szczególnym zagrożeniem są silne prądy konwekcyjne, czyli gwałtowne ruchy powietrza w górę i w dół, które towarzyszą rozbudowanym chmurom burzowym. Mogą one występować na wysokościach sięgających nawet kilkunastu kilometrów. W takich warunkach piloci muszą liczyć się z gwałtownymi zmianami siły i kierunku wiatru, turbulencjami, opadami gradu oraz oblodzeniem.

W przypadku katastrofy Learjeta 60 szczególnie istotne jest to, że samolot znajdował się na wysokości około 10,7 km (35 tys. stóp), gdy załoga zgłosiła oblodzenie i umiarkowane turbulencje. Następnie piloci poprosili o zgodę na wzniesienie na około 11,3 km (37 tys. stóp), informując o nasilających się opadach.

W ocenie Brychczyńskiego doświadczenie pilota powinno mieć znaczenie przy podejmowaniu decyzji o dalszym przebiegu lotu.

Był to pilot z dużym doświadczeniem. Nie miał prawa wlatywać w takie warunki. Takie zachowanie absolutnie go dyskwalifikuje. W trakcie lotu nie można zakładać, że jakoś to będzie. Obowiązuje odpowiedzialność za pasażerów i za siebie – mówi Brychczyński.

Dlaczego samolot zaczął gwałtownie spadać?

Jednym z najbardziej niepokojących elementów katastrofy były komunikaty załogi z ostatnich minut lotu. Piloci zgłaszali problemy, a następnie informowali o gwałtownym opadaniu maszyny i przekroczeniu dopuszczalnej prędkości.

Brychczyński zwraca uwagę, że samo oblodzenie nie wyjaśnia jeszcze wszystkich okoliczności katastrofy. Jego zdaniem szczególnie ważne jest ustalenie, co doprowadziło do tak gwałtownego opadania samolotu.

Jeżeli faktycznie złapał oblodzenie, to druga zagadka, dlaczego z taką prędkością leciał i czemu nie pilotował samolotu do końca – dodaje.

Brychczyński przypomina przy tym trzy podstawowe zasady, których uczy się pilotów. -Zawsze powtarzam swoim uczniom trzy najważniejsze zasady lotnictwa: nawiguj, pilotuj do końca i komunikuj – podkreśla.

Ustalenie dokładnej przyczyny katastrofy może być wyjątkowo trudne. Ekspert zwraca uwagę na skalę zniszczeń w miejscu uderzenia samolotu.

Komisja będzie miała niezwykle trudną pracę, ponieważ wszystkie urządzenia zostały zniszczone. Samolot uderzył w ziemię z ogromną siłą. Powstał głęboki lej, wszystko się spaliło. Nie ma właściwie większych szczątków, które można byłoby łatwo zbadać. Temperatura była bardzo wysoka – ocenia Brychczyński.

Ekspert wskazuje również na możliwość wykorzystania danych z zewnętrznych systemów śledzenia samolotu. Mogą one pomóc odtworzyć jego ostatnią trasę, wysokość, prędkość oraz tempo opadania.

Ostatnią szansą na wyjaśnienie przebiegu lotu może być jego śledzenie za pomocą urządzeń, z których będzie można odczytać prędkość, wysokość i szybkość tak zwanego nurkowania. Ta ostatnia była bardzo duża – zaznacza.

Brychczyński nie ukrywa, że jego wstępna ocena wskazuje na możliwy błąd człowieka. Zwraca uwagę, że załoga miała informować o problemach, a mimo to doszło do gwałtownej utraty kontroli nad samolotem.

Mamy ewidentny przykład, że zawinił czynnik ludzki. Taka jest moja mocna ocena – mówi ekspert.

Jednocześnie zaznacza, że nie jest to oficjalne ustalenie przyczyn katastrofy. Odpowiedzialność za wyjaśnienie wszystkich okoliczności spoczywa na amerykańskiej Narodowej Radzie Bezpieczeństwa Transportu (NTSB), która prowadzi śledztwo przy wsparciu Federalnej Administracji Lotnictwa (FAA).

W katastrofie Learjeta 60 na Florydzie zginęło dziewięć osób. Na pokładzie znajdowało się dwóch pilotów i siedmioro pasażerów, w tym dwoje małych dzieci.

Za sterami tragicznego lotu siedział 55-letni Jeffrey "Jeff" Gregory z Gilbertsville w Pensylwanii. Był kapitanem prywatnego odrzutowca Learjet 60. Jego tożsamość potwierdziła firma East Coast Jets, w której pracował w latach 2016–2017.

Drugą pilotką była 20-letnia Nathalia Gadelha Filgueiras, mieszkanka Boca Raton na Florydzie. Latanie było jej największą pasją od dzieciństwa. Pierwsze lekcje rozpoczęła w 2020 roku, a licencję pilota zdobyła już w wieku 17 lat, jeszcze podczas nauki w szkole średniej. W jej szkoleniu pomagał ojciec, który również był pilotem.

Wybrane dla Ciebie