Incydent na granicy NATO. Przyznali się. "Nie ma takiej grupy"

Organizacja "Czarni Rusini" przyznała się do incydentu z 6 października na granicy Białorusi i Łotwy. Zamaskowana grupa usiłowała wtedy przerzucić 20 migrantów. Problem polega na tym, że takiej grupy nie ma. - To jedynie internetowy szyld - mówi o2.pl dr hab. Krzysztof Fedorowicz z UAM w Poznaniu.

Prof. UAM dr hab. Krzysztof Fedorowicz (w kółku), w tle granica łotewsko-białoruska i grupa migrantów złapana przez strażników z ŁotwyProf. UAM dr hab. Krzysztof Fedorowicz (w kółku), w tle granica łotewsko-białoruska i grupa migrantów złapana przez strażników z Łotwy
Źródło zdjęć: © Facebook, UAM, Wikimedia Commons | Valsts robežsardze
Rafał Strzelec
  • To cykl "Blisko Świata", w ramach którego piszemy na o2.pl o kryzysach humanitarnych, konfliktach zbrojnych i innych ważnych wydarzeniach w różnych zakątkach globu.
  • "Czarni Rusini" przyznali się do incydentu na granicy z Łotwą. – Na Białorusi nie ma takiej grupy. Ona nie istnieje – mówi nam prof. Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu dr hab. Krzysztof Fedorowicz.
  • Jak dodaje, w sprawę są zaangażowane służby białoruskie i być może rosyjskie. – Głośno mówi się o scenariuszu, zgodnie z którym operacja pod fałszywą flagą doprowadzi do sytuacji nadzwyczajnej na Białorusi, a w konsekwencji – do wciągnięcia tego kraju w wojnę - mówi nam ekspert.

6 października na granicy łotewsko-białoruskiej doszło do incydentu. Zamaskowana i uzbrojona grupa usiłowała wprowadzić 20 migrantów na terytorium państwa NATO. Wcześniej miała grozić łotewskim żołnierzom. Prowokatorzy weszli na terytorium Łotwy. Ukradli dwie kamery znajdujące się na granicy. Zanim na miejscu pojawili się łotewscy pogranicznicy, napastnicy zdołali wrócić na terytorium Białorusi.

Do incydentu przyznała się grupa o nazwie "Czarni Rusini". Ich rzekomy przedstawiciel pod pseudonimem Neman opublikował nagranie, w którym stwierdza, że to właśnie jego "ekipa" miała dokonać prowokacji. – To był tylko test dla Łotyszy, którego nie zdali. Wkrótce zobaczycie coś podobnego w innych rejonach naszej granicy. Unia Europejska i NATO są kolosem na glinianych nogach, który runie po naszym pierwszym uderzeniu – mówił zamaskowany mężczyzna na nagraniu pokazanym m.in. przez łotewską telewizję LTV.

Z "Czarnymi Rusinami" jest jednak podstawowy problem. – Na Białorusi nie ma takiej grupy. Ona nie istnieje. To jedynie internetowy szyld – mówi w rozmowie z o2.pl prof. UAM dr hab. Krzysztof Fedorowicz, ekspert ds. systemów politycznych państw poradzieckich, ze szczególnym uwzględnieniem Białorusi i państw Kaukazu.

Biorąc pod uwagę system polityczny Białorusi, nie ma możliwości, żeby na terytorium tego państwa istniała jakaś grupa, choćby przestępcza, która paraduje z bronią przy granicy. Dla mnie sprawa jest jasna - to byli albo białoruscy funkcjonariusze straży granicznej lub służb specjalnych, albo ich rosyjscy odpowiednicy, którzy przebrali się w inne mundury, aby udawać jakąś grupę. To fikcja. Takiej grupy nie ma – uważa ekspert.

Nasz rozmówca wskazuje, że przestępczość zorganizowana na Białorusi znajduje się pod ścisłą kontrolą państwa. – Wszystko, co jest związane z jakimkolwiek zarobkiem czy pieniędzmi, jest kontrolowane przez władze. To samo dotyczy granicy. Nie ma możliwości, żeby na Białorusi powstała jakaś grupa, która udaje się na granicę i z pomocą broni przepycha migrantów. Każdy z nich płaci ogromne pieniądze – nawet od 5 do 10 tys. dolarów – za przedostanie się na drugą stronę. To ogromny biznes, w który zaangażowane są struktury państwowe na Białorusi – mówi dr hab. Fedorowicz.

"Podgrzewanie napięć z Polską jest nieopłacalne"

Przykładem skutków działalności białoruskich służb był wywołany w 2021 r. kryzys na granicy polsko-białoruskiej, gdzie przez wiele miesięcy ze wschodu do Polski próbowały się wedrzeć setki nielegalnych migrantów. Z tego powodu na granicy z Białorusią powstał długi na ponad 180 km stalowy płot. Zapora jest najeżona elektroniką w postaci kamer i czujników, które pozwalają wykryć podejrzany ruch. Dzięki tym działaniom presja migracyjna została zniwelowana. W ciągu ostatnich dni Straż Graniczna nie odnotowuje nielegalnych prób przekroczenia granicy.

- Sytuacja, w której granica z Polską została mocno uszczelniona, spowodowała, że potok migrantów został przekierowany na granice z Łotwą i Litwą. W przypadku pierwszego z tych państw granica jest najsłabiej zabezpieczona, dlatego dochodzi tam do największej liczby naruszeń. Nie ma wystarczających sił i środków, by ją uszczelnić. Pamiętam, że kilka lat temu pojawiła się tam nawet grupa litewskich strażników. Dodatkowo granica ta jest łatwa do przekroczenia. Łotysze zaczynają ją umacniać, co uderzy w biznes przemytniczy, ale to potrwa. Incydent z początku października jest pokazem nerwowości po stronie białoruskich siatek przemytniczych. Na Białorusi jest wielu migrantów, których trzeba "przepchnąć". Będzie to trwało do momentu, aż na granicach państw bałtyckich pojawią się takie umocnienia jak w Polsce – tłumaczy dr Fedorowicz.

Zdaniem naszego rozmówcy władze białoruskie są świadome również, że na obecnym etapie podgrzewanie sytuacji na naszej wschodniej granicy nie jest w ich interesie.

Takim sygnałem jest chociażby spotkanie ministrów spraw zagranicznych Polski i Białorusi w Nowym Jorku podczas szczytu ONZ czy uwolnienie i powrót na Białoruś Andrzeja Poczobuta. Mamy również nieustanny "flirt" Łukaszenki z Trumpem połączony ze znoszeniem sankcji. Dodatkowo towary chińskie czy białoruskie są transportowane korytarzem tranzytowym przez Polskę. Z tego powodu strona białoruska przekierowała ruch migrantów na granice z Łotwą i Litwą – mówi o2.pl profesor Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Rola Rosjan?

Ekspert dodaje także, że w incydent z 6 października mogły być zaangażowane służby rosyjskie. – Jeżeli w te działania była zaangażowana strona rosyjska, to byłoby to również sprawdzenie, w jaki sposób pilnowana jest granica łotewsko-białoruska. Powiedzmy sobie szczerze – wtargnięcie uzbrojonej grupy ludzi na kilkanaście metrów w głąb terytorium państwa NATO i zniszczenie infrastruktury oraz kamer granicznych to już poważna sprawa. Łotwa podjęła działania mające na celu zmianę przepisów dotyczących użycia broni przez strażników granicznych – uważa ekspert UAM.

Przedstawiciel "Czarnych Rusinów" mówił, że należy się spodziewać kolejnych, podobnych incydentów z udziałem "grupy". Nieistniejący w rzeczywistości podmiot może być listkiem figowym dla działania białoruskich i rosyjskich służb. Gdyby jakiś incydent wymknął się spod kontroli, władze w Mińsku i Moskwie mogą umyć ręce. Tak zresztą zrobił Aleksandr Łukaszenka, który dodatkowo stwierdził, że to Łotysze są autorami prowokacji. – Operacje polegające na wkroczeniu na terytorium sąsiedniego państwa są niemożliwe bez zgody prezydenta. Takie działania nie były ze mną uzgadniane, co oznacza, że ich nie przeprowadzono – zarzekał się białoruski dyktator.

– Takie działania jak ten incydent określa się mianem "operacji pod fałszywą flagą". Jeśli w którymś momencie dojdzie do wymiany ognia między tą grupą a łotewskimi żołnierzami i w jej wyniku będą ofiary śmiertelne, strona białoruska będzie mogła powiedzieć: "Ale to nie my, to jacyś bandyci". To manewr, który Rosjanie wykorzystywali na Krymie w 2014 r. Głośno mówi się o scenariuszu, zgodnie z którym operacja pod fałszywą flagą doprowadzi do sytuacji nadzwyczajnej na Białorusi, a w konsekwencji – do wciągnięcia tego kraju w wojnę, na czym zależy Putinowi. Pamiętajmy, że na Białorusi rozmieszczono broń atomową – zwraca uwagę dr Fedorowicz.

Wybrane dla Ciebie