Mikołajki pierwsze wykryły radioaktywną chmurę. Minęło 40 lat
Czterdzieści lat temu pracownicy stacji IMGW w Mikołajkach jako pierwsi zarejestrowali radioaktywne skażenie nad Polską. Jak podaje PAP, alert z Mazur poprzedził oficjalne komunikaty władz.
Najważniejsze informacje
- Pierwsze sygnały o radioaktywnej chmurze w Polsce odnotowano 28 kwietnia 1986 r. w Mikołajkach.
- Zespół IMGW natychmiast powiadomił centralę w Warszawie i Centralne Laboratorium Ochrony Radiologicznej.
- Przez wiele godzin brakowało oficjalnych informacji, co budziło niepewność wśród służb i mieszkańców.
W noc z 25 na 26 kwietnia 1986 r. doszło do awarii w reaktorze elektrowni jądrowej w Czarnobylu na Ukrainie. Dwa dni później, 28 kwietnia, stacja IMGW w Mikołajkach na Mazurach wykryła podwyższone promieniowanie i zidentyfikowała radioaktywną chmurę nad krajem. Jak relacjonuje PAP, to właśnie pomiary z tej placówki stały się pierwszym sygnałem dla polskich służb, że nadciąga skażone powietrze.
Załoga stacji – Stanisław Leszczyński oraz Ewa i Jacek Maliszewscy – od razu przekazali wyniki do centrali IMGW w Warszawie oraz do Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej. Mimo wysłanych alertów oficjalne komunikaty dla mieszkańców nie pojawiały się przez wiele godzin. W lokalnym nagraniu sprzed lat Leszczyński wspomina, że brak informacji w eterze potęgował napięcie. O 19:00 pojawiła się w radiu wzmianka o "wycieku w reaktorze w Szwecji", którą zespół w Mikołajkach szybko uznał za niezgodną z sytuacją synoptyczną.
Rocznica katastrofy w Czarnobylu. Ludzie nadal tam mieszkają
Wątpliwości i pierwsze hipotezy
Leszczyński mówi, że przez większość dnia nie znał źródła skażenia. - Do godz. 20 w poniedziałek nie było dla mnie wiadome, jaka jest przyczyna tego promieniowania radioaktywnego. W radiu, na żadnym zakresie (fal) nie było informacji. Podejrzewałem, że samolot zgubił bombę atomową, albo eksplozja w elektrowni – relacjonował. Dopiero kolejne serwisy radiowe potwierdzają, że radioaktywna chmura przemieszcza się nad Polskę i Europę ze wschodu i południowego wschodu.
Pojechałem do księdza proboszcza i mówię mu, że trzeba bić w dzwony. A on: po co? Żeby ludzie się zgromadzili. Ale doszliśmy do wniosku, że lepiej się modlić, żeby Pan Bóg od nas odegnał ten dym. Ale pomyśleliśmy, że to pójdzie nad inne obszary, więc nie było to dobre wyjście - relacjonował Leszczyński.
Napływ dziennikarzy i spór o obraz sytuacji
Gdy wiadomo już, że to w Mikołajkach wykryto skażenie, do miasteczka przyjeżdżają media z wielu krajów. Leszczyński wspomina, że jeden z włoskich reporterów opublikował nieprawdziwy tekst o rzekomej ewakuacji mieszkańców, ilustrując go zdjęciem pustego rynku zrobionym o świcie.
Łobuz zrobił zdjęcie o świcie, co było widać po długości cieni, jakie rzucało wschodzące słońce. To była z jego strony tylko sensacja, nie żeby pomóc ludziom, ale podnieść atmosferę. Nie przespaliśmy tej sytuacji, polski rząd dowiedział się od polskiej służby o skażeniu – wspominał.
Stacja IMGW w Mikołajkach prowadzi rutynowe badania skażeń atmosfery od 1958 r., m.in. w związku z ówczesnymi próbami jądrowymi mocarstw. Jak opisuje PAP, takie placówki działały w kilku punktach kraju i pozwalały śledzić ślady testów po ok. trzech tygodniach.
Katastrofa w Czarnobylu
Katastrofa w Czarnobylu zapisała się jako najpoważniejszy wypadek w dziejach energetyki jądrowej. W jej następstwie ogromne tereny na styku Białorusi, Ukrainy i Rosji zostały skażone promieniotwórczo – obszar ten objął nawet 146 tysięcy kilometrów kwadratowych.
Skala zagrożenia zmusiła władze do ewakuacji i przesiedlenia ponad 350 tysięcy ludzi, którzy musieli opuścić swoje domy na zawsze. Długofalowe skutki tragedii okazały się trudne do jednoznacznego oszacowania – liczba ofiar śmiertelnych, wynikających głównie z przewlekłej choroby popromiennej, według różnych źródeł waha się od kilku tysięcy do nawet ponad 200 tysięcy.