Niemiecki przedsiębiorca w otwartym liście wysłanym do redakcji portalu Morski HR opisuje, że przez lata nie był na Braču wyłącznie turystą: kupił tam dom i włączył się w życie lokalnej społeczności. Dlatego jego list nie jest relacją jednorazowego wczasowicza, lecz głosem osoby, która obserwuje zmiany "od środka" i coraz częściej czuje, że dawny model relacji między mieszkańcami a gośćmi zastępuje logika maksymalizacji zysku.
W liście zwraca uwagę na to, że kiedyś sezon turystyczny był ważny, ale nie podporządkowywał sobie całego rytmu życia. Wspomina, że nawet w szczycie lata znajomi znajdowali czas na kawę, rozmowę czy wspólną kolację. Dziś - jak ocenia - coraz częściej liczy się to, ile da się zarobić w krótkim czasie, a nie to, jak budować długofalowe relacje z ludźmi, którzy wracają co roku.
Ceny na Braču jak w centrum Frankfurtu
Jednym z najważniejszych tematów listu są ceny w gastronomii. Christoph porównuje je z kosztami w swoim rodzinnym Frankfurcie i wskazuje, że na Braču proste dania potrafią kosztować 20 lub 25 euro, a stek ok. 35 euro. Jego zdaniem problem zaczyna się wtedy, gdy zwykły posiłek na wyspie osiąga poziom cen znany z dużego, drogiego miasta - i trudno znaleźć dla tego gospodarcze uzasadnienie.
WIDEOJest zachwycający. Polski region ukrył się przed tłumami turystów
Niemiecki przedsiębiorca przekonuje też, że w wielu miejscach pytanie o "uczciwą" cenę przestało być kluczowe, a coraz częściej pojawia się kalkulacja, jak wysoko można ją podnieść. W tym kontekście pada wprost najczęściej cytowana w jego tekście myśl:
To nie tak, że nie mamy pieniędzy - mamy je, ale coraz częściej nie chcemy płacić, bo nie czujemy, że cena odpowiada temu, co dostajemy - napisał Christoph w liście przesłanym do Morski HR.
"Czy naprawdę wszystko musi być płatne?" Symboliczny przykład z plaży
Christoph podaje też przykład, który - jak tłumaczy - pokazuje zmianę podejścia nie tylko w restauracjach. Opisuje publiczną zatokę, gdzie przez lata stał prosty prysznic postawiony przez gminę: po kąpieli w morzu można było spłukać sól i wrócić do domu. Dziś w tym samym miejscu działa automat na monety.
Podkreśla, że nie chodzi o samą kwotę za prysznic, bo pojedyncze euro nikogo nie zrujnuje. Dla niego to raczej pytanie o kierunek zmian: czy każdą, nawet najbardziej podstawową rzecz w przestrzeni wspólnej trzeba zamienić w usługę, za którą od razu pobiera się opłatę.
Na koniec Christoph apeluje do lokalnych przedsiębiorców i osób decydujących o kierunku rozwoju turystyki na Braču, by nie poświęcali autentyczności i wieloletniego zaufania dla krótkoterminowych zysków. Zwraca uwagę, że Chorwacja nie musi udawać ani masowego kurortu, ani elitarnego kierunku w stylu Lazurowego Wybrzeża. Jego zdaniem siłą kraju i wyspy są prostota oraz ludzie, a nie metka "luksusu" doklejona do zwykłych miejsc poprzez szybkie podnoszenie cen.