Przeżyli katastrofę w Andach. Głód zmusił ich do kanibalizmu

Przez osiem dni samoloty poszukiwawcze przelatywały nad miejscem katastrofy, nie dostrzegając wraku ukrytego na tle śniegu. Ludzie, których uznano już za zmarłych, przeżyli w Andach ponad dwa miesiące, zanim dwóch z nich zdołało dotrzeć po pomoc.

Kamienny kopiec, upamiętniający ofiary katastrofy w Andach Kamienny kopiec, upamiętniający ofiary katastrofy w Andach
Źródło zdjęć: © Domena publiczna

Drużyna rugby Old Christians Club z Montevideo wyczarterowała samolot na podróż do Santiago. Z powodu złej pogody maszyna musiała zatrzymać się w Mendozie, a dalszy lot rozpoczął się 13 października 1972 r. Na pokładzie znajdowało się 45 osób, w tym 19 rugbystów.

Podczas przelotu nad Andami Dante Lagurara i Julio César Ferradas błędnie określili położenie maszyny w rejonie El Sosneado. Lagurara uznał, że samolot minął już punkt, w którym należało zmienić kierunek, choć w rzeczywistości od Curicó dzieliło go jeszcze od 60 do 69 kilometrów. Załoga rozpoczęła więc zniżanie w chmurach zasłaniających górskie szczyty.

Maszyna znalazła się na kursie prowadzącym wprost na masyw. Po uderzeniu straciła skrzydła i ogon, natomiast kadłub zsunął się po lodowcu z prędkością około 350 kilometrów na godzinę. Zatrzymał się na śniegu na wysokości 3660 metrów, niedaleko granicy z Chile.

W chwili katastrofy zginęło 12 osób, wśród nich pilot. Pozostałych 33 pasażerów przeżyło samo uderzenie, chociaż wielu odniosło obrażenia. Od tej chwili rozbitkowie musieli zmierzyć się z mrozem, brakiem żywności i całkowitą izolacją.

Wrak samolotu

Chilijskie służby rozpoczęły poszukiwania już godzinę po katastrofie. Samoloty ratownicze pojawiały się nad obszarem, na którym leżał rozbity kadłub, lecz jego biała powierzchnia zlewała się ze śniegiem. Załogi nie dostrzegły ani wraku, ani znajdujących się przy nim ludzi.

Poszukiwania trwały osiem dni. Służby uznały w końcu, że w takich warunkach nikt nie mógł przeżyć, dlatego przerwały akcję. Ocaleni pozostali na lodowcu, nie wiedząc początkowo, że nikt nie zamierza już po nich wrócić.

Prawdę poznali jedenastego dnia dzięki prowizorycznemu radiu. Usłyszeli wówczas wiadomość o zakończeniu poszukiwań i zrozumieli, że nie mogą dłużej czekać na odnalezienie. Od tej chwili ich przetrwanie zależało wyłącznie od decyzji podejmowanych wewnątrz grupy.

Walka z mrozem i głodem

Rozbitkowie wykorzystali kadłub samolotu jako schronienie. Otwory zasłonili bagażami oraz tapicerką foteli, aby ograniczyć dostęp lodowatego wiatru. Prowizoryczne zabezpieczenia pozwalały im przetrwać noce w warunkach panujących na wysokości kilku tysięcy metrów.

Niewielkie zapasy żywności szybko się wyczerpały, a na lodowcu nie mogli znaleźć niczego jadalnego. Po modlitwie grupa zdecydowała, że będzie jeść ciała osób, które zginęły w katastrofie. Rozbitkowie uznali, że jest to jedyny sposób, aby ich osłabione głodem i zimnem organizmy mogły nadal funkcjonować.

Roberto Canessa powrócił do tego doświadczenia we wspomnieniach wydanych w 2016 r. Opisał pierwszy moment krojenia ciała oraz psychiczny ciężar, jaki wiązał się z podjętą decyzją. Dla ludzi odciętych od świata zdobyte w ten sposób pożywienie oznaczało szansę na przeżycie kolejnych dni.

Schronienie nie zapewniło im jednak pełnego bezpieczeństwa. Lawina, która zeszła 29 października, zasypała kadłub, gdy rozbitkowie odpoczywali w środku. Pod śniegiem zginęło osiem kolejnych osób.

Przygotowania do wyprawy

Pierwszą próbę dotarcia do pobliskiej doliny podjęło czterech rozbitków 15 listopada. Nie zdołali odnaleźć drogi prowadzącej do ludzi i wrócili do kadłuba. W czasie wyprawy natrafili jednak na oderwany ogon samolotu, w którym znajdowały się jedzenie oraz lekarstwa.

Znalezisko pozwoliło grupie lepiej przygotować następną wędrówkę. Z izolacji pochodzącej z samolotu wykonano śpiwór, ponieważ nocleg pod gołym niebem mógł zakończyć się śmiercią z wychłodzenia. Mieli z niego korzystać Parrado, Canessa i Vizintín podczas marszu przez góry.

Trzej mężczyźni wyruszyli 12 grudnia. Po pewnym czasie uznali, że zapasy wyczerpują się zbyt szybko, gdy korzystają z nich wszyscy, dlatego Vizintín wrócił do kadłuba. Parrado i Canessa zabrali podwójne racje żywności i kontynuowali wyprawę we dwóch.

Sprowadzenie pomocy

Wędrowcy przedostali się przez zachodni grzbiet, a następnie schodzili doliną rzeki. Błędnie wierzyli, że Curicó znajduje się niedaleko, tuż za widocznym horyzontem. Mimo osłabienia po ponad dwóch miesiącach głodowania szli dalej przez teren wymagający umiejętności wspinaczkowych.

W rejonie Los Maitenes zauważyli w końcu pasterzy. Sergio Catalán Martínez nawiązał z nimi kontakt między 20 a 21 grudnia, po czym sprowadził pomoc. Wiadomość o żyjących rozbitkach dotarła do ratowników ponad dwa miesiące po katastrofie.

Helikoptery dotarły do wraku 22 grudnia. Tego dnia ewakuowano sześciu rozbitków, a nazajutrz pozostałych ośmiu. Razem z Parrado i Canessą katastrofę w Andach przeżyło 16 osób.

Media zaczęły opisywać ich ocalenie jako cud. Jednocześnie wiele uwagi poświęcano decyzji rozbitków o jedzeniu ciał zmarłych, co wywołało podziw, szok i publiczne osądy. Dla uwięzionych na lodowcu ludzi był to jednak sposób na dotrwanie do chwili, gdy dwóch członków grupy sprowadziło pomoc.

Bibliografia

  • N. Guzman, Ocalały z katastrofy w Andach: "Byliśmy więźniami gór" [https://www.dw.com/pl/ocala%C5 proc.82y-z-katastrofy-w-andach-najtrudniej-by%C5 proc.82o-by%C4 proc.87-tak-blisko-i-tak-daleko-od-%C5 proc.9Bmierci/a-63438127]
  • E. Jones, Society of the Snow: The horrifying story of the 1972 Andes plane crash is also one of survival and generosity [https://www.bbc.com/culture/article/20231213-society-of-the-snow-the-horrifying-story-of-the-1972-andes-plane-crash-is-also-one-of-survival-and-generosity]
Wybrane dla Ciebie