70-latka trafiła do sanatorium w Ciechocinku w ramach skierowania z NFZ i liczyła na spokojną, uzdrowiskową kurację. Z relacji, którą opisał serwis aleksandrowkujawski.naszemiasto.pl, wynika jednak, że turnus zaplanowany na 21 dni zakończył się po siedmiu dniach.
Kobieta zdecydowała się dopłacić za pokój jednoosobowy. Według jej relacji już po pierwszej nocy zauważyła na ciele czerwone ślady i zgłosiła sprawę personelowi. Obecny na miejscu lekarz nie potwierdził wtedy, że to ugryzienia pluskiew.
Seniorka twierdziła, że kolejna noc przyniosła następne zmiany skórne. W odpowiedzi zdecydowano o przeniesieniu jej do innego pokoju na czas planowanej dezynfekcji.
WIDEOTaką emeryturę ma nauczycielka z "Sanatorium miłości". Za 30 lat pracy
Kobieta mówiła jednak w rozmowie z aleksandrowkujawski.naszemiasto.pl, że po trzech dniach nabrała wątpliwości, czy zabiegi rzeczywiście wykonano.
- Przeniosłam tylko przybory toaletowe. Reszta rzeczy została w poprzednim pokoju, który - jak mnie zapewniono - miał zostać poddany dezynfekcji. Wróciłam tam po trzech dniach i zauważyłam, że ręcznik oraz pościel były te same. Do dziś nie wiem, czy dezynfekcja rzeczywiście została przeprowadzona - mówiła serwisowi.
870 zł dopłaty i brak zwrotu za niewykorzystany pobyt
W obawie przed kolejnymi ugryzieniami kobieta miała spać na podłodze. Ostatecznie siódmego dnia zapadła decyzja o opuszczeniu sanatorium.
Seniorka podkreślała, że za pokój jednoosobowy oraz opłatę uzdrowiskową zapłaciła 870 zł, a mimo krótszego pobytu nie usłyszała o możliwości zwrotu. Jak relacjonowała, najbardziej dotknęło ją to, że nie otrzymała realnej pomocy na miejscu, a proponowano jej jedynie receptę. Dodała też, że w aptekach w Ciechocinku miała usłyszeć, iż zmiany wyglądają na ugryzienia pluskiew i wymagają leczenia.
Sanatorium: nie potwierdzono pluskiew, możliwe inne owady
Przedstawiciel sanatorium Chemik przekazał, że po zgłoszeniu sprawy pokój przeszedł specjalistyczne oględziny i dezynfekcję, a placówka ma dokumentację potwierdzającą wykonane działania. Jak informuje, firma realizująca usługę nie znalazła w pokoju pluskiew ani innych insektów.
Sanatorium zwraca też uwagę na warunki pogodowe w czasie pobytu kuracjuszki. Według przedstawiciela placówki był to okres wysokich temperatur, kuracjusze mieli otwarte okna, a budynek znajduje się w parku. W tej sytuacji, jak wyjaśniono, do pokoju mogły dostać się meszki, komary lub inne owady.
Placówka podaje, że zaproponowała kobiecie inny pokój na czas dezynsekcji, a po wymaganym okresie karencji kuracjuszka miała wrócić do poprzedniego pomieszczenia, bo było już sprzedane. Jednocześnie podkreślono, że oba pokoje miały ten sam standard. Sanatorium dodaje również, że w trakcie oględzin w pokoju znajdowały się rośliny przyniesione z zewnątrz, co - według placówki - mogło mieć znaczenie dla pojawienia się owadów.