"W telefonach wrze". Polak z Grenlandii o słowach Trumpa
Donald Trump zapowiedział, że chce przejąć Grenlandię ze względu na jej znaczenie dla obrony Stanów Zjednoczonych. Pan Adam Jarniewski, Polak mieszkający na wyspie, w rozmowie z "Faktem" mówi, iż wielu mieszkańców przyjmuje zapowiedzi prezydenta USA "z mieszaniną znużenia i irytacji".
Donald Trump po raz kolejny wyraził zainteresowanie przejęciem Grenlandii. W wywiadzie dla "The Atlantic" prezydent USA powiedział, że jest ona potrzebna Stanom Zjednoczonym ze względów obronnych. - Potrzebujemy Grenlandii, absolutnie - stwierdził Trump. To kolejna odsłona nacisków na duński rząd. Podobne oświadczenia pojawiały się już w ubiegłym roku. Teraz obawy wzrosły po militarnej operacji USA w Wenezueli. Dania jednoznacznie odrzuca żądania prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Na słowa Trumpa zareagowali europejscy liderzy. - Grenlandia należy do jej mieszkańców. To wyłącznie Dania i Grenlandia mają prawo decydować w sprawach dotyczących Danii i Grenlandii - napisano w oświadczeniu, pod którym podpisali się m.in. premier Polski Donald Tusk, prezydent Francji Emmanuel Macron, premier Wielkiej Brytanii Keir Starmer czy kanclerz Niemiec Friedrich Merz.
Pokazali, co działo się w Jantarze. "Krajobraz jak po bitwie"
Polak z Grenlandii mówi o reakcji na słowa Trumpa
Dziennik "Fakt" rozmawiał z Adamem Jarniewskim, Polakiem mieszkającym na Grenlandii, autorem bloga poznajgrenlandie.pl. Jak zauważył, "to nie pierwszy raz, kiedy Donald Trump wywołuje burzę wokół Grenlandii, więc wielu mieszkańców przyjmuje jego słowa z mieszaniną znużenia i irytacji". Pan Adam mieszka na wyspie od 20 lat. Doskonale zna nastroje panujące na wyspie. Choć słowa Trumpa wywołują niepokój, w jego opinii na wyspie "życie toczy się normalnie".
Za to w telefonach wrze. W mediach społecznościowych krążą memy i przeróbki, a wiele osób zmienia zdjęcia profilowe na grafiki z grenlandzką flagą albo hasłem nunarput — "nasz kraj". Co ciekawe, większe poruszenie niż same słowa Trumpa wywołała grafika udostępniona przez żonę jednego z jego doradców: mapa Grenlandii przykryta amerykańską flagą z dopiskiem "SOON". Dla wielu osób wyglądało to nie jak żart, lecz jak arogancki sygnał polityczny - powiedział Adam Jarniewski dla "Faktu".
Słowa Trumpa niepokoją uczniów pana Adama, którzy dopytywali, co mogą one oznaczać. Mieszkańcy w rozmowach przy kawie zauważają, że Trump powtarza tę samą śpiewkę po raz kolejny.
Dla wielu mieszkańców niezwykle ważne jest też podkreślenie, że Grenlandia to nie "terra nullius" (łac. "ziemia niczyja"), którą można sobie dowolnie przypisywać, ale kraj z własnym parlamentem, rządem, językiem i tożsamością - mówi Jarniewski.
USA wyśle wojsko? "Nikt się nie spodziewa"
Polak przyznaje również, że mieszkańcy Grenlandii dostrzegają bieg wydarzeń - widzą, że duński rząd stanowczo reaguje na słowa Trumpa, bowiem ten dopiero co zdecydował się na obalenie Nicolasa Maduro w Wenezueli. Pokazał tym samy, że nie respektuje prawa międzynarodowego, choć akurat w przypadku Caracas mamy do czynienia z dyktatorskim reżimem. Mieszkańcy Grenlandii raczej nie obawiają się operacji militarnej. - Nikt tu nie spodziewa się jutro amerykańskich marines wyciągających naszego premiera z łóżka w środku nocy - mówi Polak. Dodaje, że także premier Jens-Frederik Nielsen stanowczo powiedział, że trzeba skończyć z "fantazjami o aneksji".
To dość mocne narracja, rzadko spotykana w grenlandzkiej codzienności, również tej politycznej. W wywiadach i postach w mediach społecznościowych premier podkreśla, że Grenlandia była lojalnym partnerem USA przez pokolenia, ale lojalność nie oznacza zgody na traktowanie wyspy jak pionka. Jednocześnie stara się uspokajać nastroje, powtarzając, że "nie ma powodu do paniki", bo obowiązują umowy, prawo międzynarodowe - mówi "Faktowi" pan Adam.
Polak wskazuje, że Grenlandia jest pozbawiona własnej armii. Dlatego jego zdaniem mówienie o konfrontacji militarnej jest absurdalne. Duńskie wojska w regionie dysponują jedynie jednostkami patrolowymi. Zdaniem pana Adama możliwe, że Amerykanie mogą mieć na wyspie więcej żołnierzy w ramach współpracy. W bazie należącej do USA (Pituffik Space Base) załoga wynosi około 150 osób stałego personelu.
Grenlandczycy są narodem skrajnie pokojowym. Konflikty rozwiązuje się rozmową i kompromisem. Trudno wyobrazić sobie, by lokalni politycy pchali kraj w stronę konfrontacji z kimkolwiek, a już na pewno nie ze Stanami Zjednoczonymi. Jeśli miałoby dojść do jakiegoś starcia, byłby to raczej konflikt dyplomatyczny, prawny (interpretację traktatów, zakres autonomii, warunki obecności wojskowej), a nie strzelanina na lodowcach - uważa pan Adam.
Polak zauważa również, że w słowach Trumpa o rosyjskich i chińskich okrętach, jakie pojawiają się w okolicy Grenlandii, są grubą przesadą. Podobnie sprawę widzą grenlandzcy politycy.