aktualizacja 

Ludzie zniesmaczeni. Tak wygląda jarmark w Warszawie

782

Oficjalnie w stolicy Warszawie ruszył w piątek, jednak wiele stoisk otwarto dopiero w sobotę. W pierwszych dniach pojawili się na miejscu ci, którzy jeszcze w listopadzie chcą poczuć atmosferę świąt. Ale przy okazji musieli się wykosztować. Tanio nie jest.

Ludzie zniesmaczeni. Tak wygląda jarmark w Warszawie
Byliśmy na świątecznym jarmarku w Warszawie. Drogo? Mało powiedziane (Archiwum prywatne, PAP)

Przykłady drożyzny na jarmarku w Warszawie? Proszę bardzo. Jeśli chcemy się napić czegoś na ciepło to powinniśmy mieć ze sobą przynajmniej 10 zł. Chyba, że usatysfakcjonuje nas espresso - wówczas wystarczy 8 zł. Gorąca czekolada to koszt od 14 do 16 zł, a herbata zimowa to również 16 zł. Schody cenowe zaczynają się przy grzańcu. Za największy kubek zapłacimy... 30 złotych.

Z tego, co widzę, to Warszawa chyba cenowo przebiła Poznań i Gdańsk, jeśli chodzi o grzane wino. Ale nasi wygrywają na mundialu, więc chyba się skuszę, żeby poświętować - żartuje pan Damian, który na jarmark wybrał się z żoną Kariną i synem Jaśkiem.

Dalsza część artykułu pod materiałem wideo

Zobacz także: Odwiedziła jarmark w europejskim mieście. Zdradza ceny

"Musi być drogo"

Jest w czym wybierać i na co wydawać, bo sprzedawcy mają nawet napój w wersji bezalkoholowej. Ale każdy kosztuje tyle samo, bez względu na zawartość procentów. Serki zwane oscypkami (choć pod kolumną Zygmunta próżno szukać certyfikatów jakości produktów regionalnych) na ciepło kosztują 5 i 10 zł - w zależności od rozmiaru. Za żurawinę trzeba dopłacić złotówkę.

Jest drożej niż rok temu, bo musi być drożej... Wszystko przecież podrożało - mówi nam sprzedawca "oscypków".

Jedzenie na ciepło jest zresztą jednym z droższych wydatków na jarmarku. Pajda chleba ze smalcem? 15 zł, ale jeśli chcecie ją na ciepło z odrobiną kiełbasy i kapustą, musicie się przygotować na wydatek rzędu 25 zł. Podobnie jeśli postanowicie zamówić całą kiełbasę. Sama kapusta na ciepło w pojemniczku kosztuje również całe 25 zł.

Między stoiskami powolnie kursuje pan Józef. Zagaduje sprzedawczynie, ale nic nie kupuje.

Wie pani... Ja mam 76 lat. Miałem być księdzem, a zostałem muzykiem! No to sobie przyszedłem z fajnymi dziewczynami porozmawiać. Bo raczej na jedzenie to mnie tu nie stać. 25 złotych za kiełbasę... Za tyle to ja kupię pełen obiad. Oczywiście nie w restauracji na Starówce, ale są takie bary czy stołówki... - mówi starszy pan.

Pomiędzy ludźmi przeciska się kobieta, ciągnąc za sobą małą dziewczynkę, która płacze.

Chciała truskawki w czekoladzie, a ona nie może jeść truskawek. Poza tym nie wydam na coś takiego 17 zł... - kręci głową zapytana przez nas kobieta, której towarzyszy córka.

Obie zatrzymują się przed stoiskiem z lizakami i dziewczyna wybiera tego w kształcie choinki. Najtańszy, za 8 zł. Większe kosztują po 15 i 20 zł.

Drogo, a zarazem ubogo

Jeśli spytacie o cenę diabelskiego koła bądź lodowiska na jarmarku w Warszawie, to odpowiedź jest jedna - 0 zł. Wszystko dlatego, że tych atrakcji tutaj nie znajdziecie. Niewykluczone, że z czasem pojawi się lodowisko na Rynku Starego Miasta, więc całkiem niedaleko. W tej chwili jedynymi atrakcjami są fotobudka i stoisko kowala, który na miejscu wykuwa przedmioty na zamówienie.

Jestem mocno rozczarowana. Dobrze, że nie przyjechałyśmy z córką z daleka, tylko z Legionowa. Wrócimy, jak będą iluminacje. Te stoiska są drogie, a mało tutaj atrakcji zwłaszcza dla młodszych dzieci. Nadaje się to na dodatek właśnie do spaceru, np. po iluminacjach, i przy okazji można tutaj zajrzeć - opisuje pani Monika.

Rzeczywiście, na stoiskach jest sporo rękodzieła. Własnoręcznie tworzona biżuteria, przedmioty z drewna, z ceramiki, ze skóry, świece sojowe... Jest też nieodłączny element świąt, czyli bombki.

Oj, zdecydowanie droższe niż rok temu. Gaz jest bardzo drogi, a jest go mnóstwo potrzebne do dmuchania tych bombek - przyznaje sprzedawczyni.
Ceny są, jakie są... Trzeba wybierać, czy człowiek chce coś zjeść, czy kupić jakąś pamiątkę. Mu już jedliśmy. A kupimy sobie może jakiegoś piernika na pamiątkę, dzieci się ucieszą - mówi pan Jarek, który z żoną i dwójką dzieci przyjechał z Radzymina.

Nie dziwi zapewne nikogo, że większość klientów na jarmarku stanowią zagraniczni turyści. Choć i oni nie chodzą obładowani zakupami.

Autor: EWS
Oceń jakość naszego artykułu:

Twoja opinia pozwala nam tworzyć lepsze treści.

Zobacz także:
Oferty dla Ciebie
Wystąpił problem z wyświetleniem strony Kliknij tutaj, aby wyświetlić