30 lat nie wychodziła z domu. Ojciec Magdaleny K.: "Żałuję"
51-letnia Magdalena K. z Krakowa miała przez 30 lat nie opuszczać rodzinnego mieszkania. W rozmowie z mediami ojciec kobiety wyraził żal. - Córka była zaniedbana i biorę tę winę na siebie - powiedział "Gazecie Wyborczej".
Najważniejsze informacje
- 51-letnia Magdalena K. z Krakowa przez ok. 30 lat nie wychodziła z mieszkania i nie miała m.in. aktualnego dowodu osobistego.
- Służby ruszyły do interwencji po kartkach z prośbą o pomoc, które spadały na balkony sąsiadów.
- Kobieta została przewieziona do szpitala i przeszła pilną operację brzucha; sprawę bada prokuratura.
Jako pierwsi sprawą zajęli się dziennikarze programu TVN Uwaga, o czym informowaliśmy na łamach o2.pl. Wszystko wyszło na jaw po sygnałach od sąsiadów i interwencji służb. W mieszkaniu na trzecim piętrze, w pokoju zamkniętym na klucz, przebywała 51-letnia kobieta - córka Krystyny i Kazimierza K - Magdalena K. Teraz na jaw wychodzą kolejne szczegóły.
Magdalena przez 30 lat była zamknięta w 63-metrowym mieszkaniu na krakowskiej Woli Duchackiej. Przez cały ten czas nie miała kontaktu ze światem zewnętrznym, o czym nie wiedzieli nawet sąsiedzi. Ojciec Magdaleny, Kazimierz K., który rozmawiał z "Super Expressem", teraz przyznaje, że żałuje, iż tak się potoczyło życie jego córki.
Nie chciała wychodzić z domu, nie chciała się spotykać z nikim. Ona zakładała sobie na głowę różne rzeczy, brała do ust włosy i je żuła - mówi Kazimierz K. Jednak ani ojciec ani matka nigdy nie zabrali jej do lekarza, nie zrobili diagnostyki, nie podawali żadnych leków.
Prawdziwa magia. Te popisy można oglądać bez końca
Jak ustalili dziennikarze, 51-letnia Magdalena K. nie miała własnych pieniędzy ani telefonu, a jej dokumenty nie zostały odnowione, gdy straciły ważność.
Z relacji sąsiadki, pani Grażyny, wynika, że Magdalena zniknęła z życia publicznego po ukończeniu szkoły podstawowej. Z czasem rodzina przestała wspominać o starszej córce, co zostało skwitowane domniemaniem, że przebywa w jakimś ośrodku.
Magdalena nigdy nie poszła do szkoły średniej, po prostu z dnia na dzień zniknęła z życia społecznego. Jej rodzina tłumaczyła, że dziewczyna nie chciała się z nikim spotykać, a rodzice również nigdy nie zwrócili się z nią do specjalisty
Przełom miał nastąpić kilka tygodni temu, gdy na balkonie poniżej zaczęły pojawiać się zwinięte kartki z koślawym pismem. Na jednej z nich widniał apel: "ratunku, policja, córka". Sąsiedzi zawiadomili policję, a potem – jak relacjonują – do ich drzwi zapukała matka Magdaleny, prosząc o dyskrecję i pomoc.
Chciałam, żeby ktoś się nią zainteresował. Mówiłam mężowi, że Magda musi iść do lekarza, ale nie chciał wierzyć, mówił, że wymyślam. Zaraz znów będzie gderał, że nas wszyscy nachodzą, ale cieszę się, że Magda trafiła do lekarza - tłumaczy mama Magdaleny dla "Gazety Wyborczej".
Najbliższe otoczenie nie odpuszczało. Kolejnego dnia do mieszkania przyszły pracownice MOPS-u, powiadomione przez sąsiadów. Ojciec nie wpuścił ich do środka i miał twierdzić, że córka z nim nie mieszka, jednak kobiety zauważyły zamknięte na klucz drzwi i wróciły z policją. Po wejściu na miejsce Magdalena została przewieziona do szpitala.
Kazimierz K. wyraził smutek i żal z powodu sytuacji, w której znalazła się jego córka. Mówił, że chciałby teraz postąpić inaczej i zapewnić córce odpowiednią opiekę.
Ja w życiu nie podniosłem ręki na żonę. Nie jestem jakimś pijakiem. Robiłem wszystko, żeby mieli dobrze. Córka była zaniedbana i biorę tę winę na siebie. Żałuję, że tak się to potoczyło. Teraz zrobiłbym inaczej. Ja im chcę zapewnić opiekę. Widziałem się na początku z córką w szpitalu, ale teraz mnie do niej nie wpuszczają - dodał ojciec.
Stan Magdaleny K.
Kobieta była w bardzo złym stanie. Miała być niemal łysa, bezzębna i wymagała pilnej operacji brzucha.
Przedstawiciele MOPS poinformowali z kolei, że kobieta jest hospitalizowana i pozostaje pod opieką lekarzy. Podkreślono, że potrzebuje teraz spokoju i czasu na powrót do zdrowia.
Od 28 maja Prokuratura w Krakowie prowadzi postępowanie dotyczące Magdaleny K. Śledztwo zostało wszczęte po zgłoszeniu złożonym przez pracowników pomocy społecznej. Sprawa jest badana pod kątem możliwego znęcania się nad osobą szczególnie bezbronną z uwagi na wiek lub stan zdrowia psychicznego bądź fizycznego, co przewiduje art. 207 § 1a Kodeksu karnego.
Śledztwo jest na początkowym etapie, prowadzone w sprawie, na razie nikomu nie postawiono zarzutów, w charakterze świadka przesłuchano jedynie pracownika MOPS - mówił "Gazecie Wyborczej" prok. Tomasz Waszczuk, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Krakowie.