Chcesz zobaczyć idealne niegdyś miasto? Znajduje się tuż przy naszej zachodniej granicy
Zapierające dech w piersiach zabytki, wszechobecna zieleń i romantyzm urokliwych uliczek? Tego tu nie znajdziesz. To jedno z najbardziej "zabetonowanych" miast Niemiec. Jedyne w swoim rodzaju. Dlaczego warto jednak odwiedzić Eisenhüttenstadt? Bo tylko komuniści mogli wymyślić miasto od podstaw, które do dzisiaj może budzić takie kontrowersje.
Eisenhüttenstadt to po polsku "miasto huty żelaza". Jak słychać, nazwa nie rzuca na kolana. Nic oryginalnego. Tak samo jak wcześniejsza nazwa – Stalinstadt, czyli "miasto Stalina". Powstało w 1950 roku jako pierwsze enerdowskie miasto założone od podstaw po wojnie. W swoim założeniu miało być idealnym miastem socjalistycznym, gdzie każdy obywatel ówczesnej Niemieckiej Republiki Demokratycznej miał być szczęśliwy. I to się częściowo udało.
Mieszkanie w Eisenhüttenstadt było przez lata ogromną nobilitacją. Nic dziwnego, że wiele osób chciało tu zamieszkać. Na fachowców czekała dobrze płatna praca w największej w NRD hucie, nowoczesne i zupełnie nowe mieszkania z wielkiej płyty oraz rozbudowana opieka socjalna – przez wiele lat najlepsza wśród krajów dawnego Bloku Wschodniego. To w NRD przez wiele lat było najwięcej przedszkoli na świecie.
Planiści mieli ambitny cel – stworzyć miasto idealne pod każdym względem. Było "na bogato". W ciągu zaledwie dwóch lat powstało aż siedem osiedli mieszkaniowych, kilka szkół, żłobków i przedszkoli; zbudowano też nowe ulice i skwery. Pod linijkę. Równiutko, geometrycznie. Wszystko dla nowych mieszkańców i pracowników pobliskiej huty, która zapewniała nie tylko zatrudnienie, ale była też motorem napędowym dla wschodnioniemieckiego przemysłu. To ona była chlubą ówczesnych władz.
Wiele rozwiązań urbanistycznych zaczerpnięto z budowy radzieckich miast i osiedli. Początkowo Eisenhüttenstadt miało nosić nazwę Karl-Marx-Stadt, ale po śmierci Stalina przyjęło nazwę Stalinstadt – na cześć tyrana. Karl-Marx-Stadt nie był też "stratny". Tak przez lata nazywało się dzisiejsze Chemnitz.
Od samego początku powstania Eisenhüttenstadt było wzorcowe pod wieloma względami. Głównym celem architektów było przede wszystkim stworzenie przestrzeni. Dominowały ogromne bloki z prefabrykatów. Między nimi wybudowano szerokie ulice, aleje i skwery oraz zachowano duże odległości między blokowiskami. W planach miało to być "słoneczne miasto".
Beton, asfalt i ogromne kominy huty – tak wyglądał początkowo krajobraz tej socjalistycznej "betonozy". W latach 60. XX wieku mieszkało tu już ponad 30 tys. osób – ponad dziesięć razy więcej niż w 1950 roku. Taki był rozmach budowy. Najwięcej stałych mieszkańców Eisenhüttenstadt liczyło w 1988 roku – ponad 53 tys.
Na próżno było tu szukać domków jednorodzinnych, kościołów (dla garstki wiernych organizowano msze w prowizorycznych barakach) czy innych obiektów, które wyróżniałyby się innym wyglądem niż budowle z prefabrykatów. Nawet ratusz był typowym betonowym klockiem. Zero cienia. Nie po to enerdowscy urbaniści tworzyli w mozole to "słoneczne miasto".
Co ciekawe, na wielu blokowiskach zadbano o kolorowe murale, które nieco przełamują ten monumentalny styl. Podobnie jak rzeźby na skwerach. Na niektórych blokach budowanych w latach 60. XX wieku można spotkać płaskorzeźby z motywami niemieckich baśni.
Same bloki jak na tamte lata były dość nowoczesne, dobrze wyposażone, a wschodnioniemieckie władze często określały je jako "pałace dla robotników".
Główna ulica miasta nosiła nazwę – jakżeby inaczej – Włodzimierza Lenina (Leninallee); dziś to Lindenallee (aleja Lipowa). Była to główna arteria komunikacyjna i handlowa miasta. Co ciekawe, w mieście wciąż można spotkać nazwy ulic poświęcone m.in. Marksowi, Engelsowi czy Róży Luksemburg.
Co warto zobaczyć w tym mieście oddalonym o 70 kilometrów od Zielonej Góry? To przede wszystkim najlepiej zachowany styl architektury socrealistycznej w całych Niemczech. Wystarczy przejść się po tym niespełna dziś 20-tysięcznym mieście, żeby przenieść się niejako w czasie do lat 50. XX wieku. Dla wielu osób może to być ciekawe doświadczenie powrotu do lat dzieciństwa, dla innych – swoista lekcja historii.
Eisenhüttenstadt i jego unoszący się wszędzie duch minionej epoki komunizmu docenił m.in. Tom Hanks, który zajrzał tu podczas kręcenia zdjęć do filmu pod Berlinem. I zakochał się w tym miejscu, jak i w historii NRD. Do tego stopnia, że stał się właścicielem nawet kultowego Trabanta. Był to dar od mieszkańców. Co ciekawe, światowej sławy aktor zaparkował wtedy swój samochód w niedozwolonym miejscu w centrum miasta. Został za to ukarany mandatem, który znalazł za wycieraczką. To go jednak nie zniechęciło do polubienia dawnych landów NRD – zwłaszcza że mandat został wkrótce anulowany. Co ciekawe, niektórzy proponowali nawet przyznanie artyście tytułu honorowego obywatela miasta. Nic dziwnego, że kiedy Hanks wspomniał o Eisenhüttenstadt podczas audycji popularnego programu talk show, to od razu wzrosła liczba turystów. Lepszej reklamy nie mógł chyba zrobić nikt inny.
Wróćmy jednak do samego miasta. Wielu turystów swoje pierwsze kroki kieruje ku pierwszemu osiedlu mieszkaniowemu – tzw. Wohnkomplex I. Warto zwrócić uwagę na budynki, które charakteryzują się dużymi podcieniami i balkonami, a ściany są ozdobione malowidłami. Często są to motywy robotników i dzieci – ci pierwsi podczas pracy przy budowaniu socjalistycznego państwa, a ci drudzy w trakcie zabawy i nauki. Nowsze budynki już takich malowideł nie mają. Po latach – podobnie jak w całym bloku wschodnim – budowano już byle jak i z byle czego, bez zbędnych ozdób.
Koniecznie należy też zajrzeć do Muzeum Straży Pożarnej (Feuerwehrmuseum, Heinrich-Pritzsche-Strasse 26). Można w nim obejrzeć historyczne wozy strażackie, a także sprzęt związany z pożarnictwem.
Warto też zwrócić uwagę na symbole, których w Polsce jest coraz mniej – to pięcioramienna radziecka gwiazda na jednym z placów miasta. Zdobi pomnik poświęcony pamięci żołnierzy Armii Czerwonej poległych podczas ostatniej wojny.
To, co najbardziej zaskakuje dzisiaj w tym mieście, to ogromne przestrzenie. Pusto na ulicach, sporo opuszczonych budynków, mnóstwo miejsc do zaparkowania. Gdyby nie imigranci, którzy przybyli tu licznie kilkanaście lat temu, to Eisenhüttenstadt mogłoby stać się miastem widmo. Wielu mieszkańców stąd wyjechało, nie widząc dla siebie perspektyw.
Samo centrum przypomina nieco naszą Nową Hutę, która też w swoim założeniu miała być miastem idealnym, jak jej enerdowski odpowiednik. Szerokie, dziś puste aleje wciąż pamiętają chociażby pochody pierwszomajowe, w których brały udział tysiące mieszkańców skandujących hasła o dozgonnej przyjaźni ze Związkiem Radzieckim. Skąd my to znamy…
Obecne władze miasta nie chcą, żeby Eisenhüttenstadt kojarzono jedynie z "socrealistycznym skansenem". Turysta nie trafi tu na szczególne udogodnienia do zwiedzania. Miasto wolałoby, żeby zamiast turystów przyjeżdżali tu ci, którzy chcą zostać na stałe. Ci jednak nie garną się do zamieszkania na terenie byłego NRD.
Nie pomogły nawet specjalne akcje polegające na tym, że chętni – całymi rodzinami - mogli przez dwa tygodnie mieszkać zupełnie za darmo w umeblowanych mieszkaniach. Do tego pakiet rekreacyjny, łącznie z darmowymi wizytami w pubie. W tym czasie zwiedzali miasto, badali rynek pracy, próbowali się "wkomponować" w tutejsze realia. Widocznie nawet to nie przekonało ich, żeby zmienić adres zamieszkania na "idealne miasto socjalistyczne". Bo do ideału jednak mu chyba daleko.
Warto jednak tu przyjechać i zobaczyć, jak mieszkańcy NRD spełniali swoje marzenia przed ponad 70 laty. A na ulicach miasta wciąż można jeszcze natrafić na poczciwe Trabanty czy Wartburgi, którymi przed laty jeździli pionierzy tego miasta. Obecne władze mają nadzieję, że Eisenhüttenstadt znów zapełni się podobnymi pionierami. To jak, kiedy przeprowadzasz się?