"Ci ludzie czują się bezkarni. I dlatego biją". Co działo się w Trójmieście?

Książka "Kryminalne Trójmiasto" opisuje siedem kontrowersyjnych historii kryminalnych z Trójmiasta i okolic. Doświadczony dziennikarz śledczy Mikołaj Podolski przedstawia je z nowej perspektywy, ukazując nieraz uchybienia sądów i organów ścigania, o których przez lata nie wiedziała opinia publiczna i które były niezwykle korzystne m.in. dla seryjnego gwałciciela, najgroźniejszego gangu na Wybrzeżu, a także podejrzewanego o morderstwo. Na kanwie tych historii autor wyjaśnia, dlaczego Trójmiasto nazywa się "Małą Sycylią".

Okładka książki "Kryminalne Trójmiasto"Okładka książki "Kryminalne Trójmiasto"
Źródło zdjęć: © Licencjodawca

"O chłopaku, który zgubił się na parapecie"

Istnieje jeszcze problem bezkarności policji! – kontynuował brodaty. – Mam na myśli prokuraturę. Działania prokuratury w sprawie śmierci Pawła to kpina! Do dziś nie przesłuchano ani jednego świadka zdarzenia. Ci ludzie czują się bezkarni. I dlatego biją. I dlatego czasem zabijają. – Zrobił przerwę na kilka oddechów, w trakcie której zebrał kolejną burzę oklasków. – Kiedy trzy lata temu odbyłem podróż na komisariat, po wyjściu powiedziałem słowa, które okazały się prorocze: "Następnym razem kogoś zabiją". Długo nie trzeba było na to czekać.

Te słowa okazały się bombą, na którą czekali pozostali.

– Mordercy, mordercy! – wykrzyczał jakiś zachrypnięty głos.

Po chwili to samo skandowało co najmniej kilkadziesiąt gardeł.

Facet z mikrofonem nie dawał im się rozkręcić. Miał jeszcze trochę do powiedzenia. Przerwał okrzyki i zwrócił się z apelem do ludzi, by zgłaszali nadużycia policji wszelkim instytucjom, które mogłyby zareagować. Zaapelował też do samych policjantów, żeby instalowali na komisariatach kamery.

– Wtedy skończy się bicie w ciemnych pokojach, upokarzanie, nadużywanie przemocy tylko po to, żeby wydobyć pasujące im zeznania – argumentował. – Prokuratura podała rzekomy wynik sekcji zwłok: Paweł zmarł na skutek ostrej niewydolności krążeniowo-oddechowej. Tyle że praktycznie każda nagła śmierć wiąże się z ostrą niewydolnością krążeniowo-oddechową. To nie jest przyczyna śmierci. A to, że wykluczono uraz mechaniczny, to kolejna manipulacja. Być może Paweł zmarł na skutek kilkugodzinnego bicia. Przypomnę, że kiedy kilkanaście lat temu w Słupsku policja zabiła trzynastoletniego chłopca, to pierwsza ekspertyza biegłych wskazywała, że chłopak przewrócił się i uderzył głową w słup. Dopiero po kilkudniowych zamieszkach znalazł się nowy biegły, który sporządził nową ekspertyzę i okazało się, że co prawda było spotkanie ze słupem, ale wcześniej było spotkanie z pałką policyjną. Nie wzywamy do zamieszek, do jakich doszło w Słupsku, jesteśmy tu pokojowo. Ale pokojowo i stanowczo domagamy się wyjaśnienia tej sprawy. Jeśli nie znajdą się dowody na to, że zakatowali go policjanci – a myślę, że tak jest – to powinni odpowiedzieć przynajmniej za nieudzielenie pomocy. Powinni go zawieźć na izbę wytrzeźwień. Co oni chcieli go pijanego przesłuchiwać?

Okładka książki "Kryminalne Trójmiasto"
Okładka książki "Kryminalne Trójmiasto" © Licencjodawca

Kiedy pierwszy mówca zakończył przemowę, oddał mikrofon Władysławowi Tomasikowi, ojcu Pawła, ubranemu w białą koszulę z czarną kokardą symbolizującą żałobę.

Ten podziękował wszystkim za przybycie i od razu podkreślił, że uważa, że jego syn został pobity na śmierć przez stróżów prawa.

Po kolejnym skandowaniu "mordercy!" i "gestapo!" następni mówcy prosili o zgłaszanie się świadków lub przekazanie im ewentualnych nagrań z telefonów, a także obiecywali, że nie pozwolą na zamiecenie tej sprawy pod dywan.

Manifestacja zakończyła się bez rozrób i zapowiedzi zamieszek, które dawniej sparaliżowały Słupsk i o których wciąż pamiętała cała Polska. Po jej zakończeniu zaczepiłem

Mariusza, kuzyna Pawła, który od razu oznajmił:

– To nie był przestępca. Normalny człowiek, który miał rodzinę. Jego córka ma trzy i pół roku. Nie był notowany. Był po prostu pijany i wspinał się na jakiś parapet. Zwykłe wyzwiska tak sprowokowały policję, że go skatowała?

– Pojawiają się głosy, że próbował ich uderzyć – zauważyłem.

– Ale ja też dostałem na tym komisariacie – padła odpowiedź, z którą nie miałem jak polemizować.

Do rozmowy włączył się kolega Pawła:

– Ja też tam dostałem. Za gówniarza wywieźli mnie na działkę i skopali. A dwa lata temu zastrzelili mojego kolegę, który kradł samochody. Powinien być aresztowany, przesłuchany, skazany, a nie dostać dwie kule w plecy. On wskoczył na płot, chciał uciekać.

– Powiedzą to panowie pod nazwiskiem? – rzuciłem.

– Nie.

– No to wróćmy do Pawła. On się chyba normalnie tak nie zachowywał? – Zbliżyłem ponownie dyktafon do ust kuzyna zmarłego.

– Właśnie chodzi o to, że nie. Nie wiemy, czy alkohol to spowodował. On był dzień wcześniej w pracy. To nie był jakiś ciąg alkoholowy albo coś takiego. Próbujemy poznać nazwiska tych wszystkich, którzy z nim pili, ale jest ciężko. Poza tym niektórzy chcą zeznawać na prokuraturze, ale na policji już nie.

Mundurowi z tamtych rejonów Gdańska faktycznie nie cieszyli się dobrą sławą, ale do niektórych historii na ich temat trzeba było podchodzić z dystansem lub przynajmniej brać na nie poprawkę. Choćby do tej przytoczonej wcześniej o mężczyźnie zastrzelonym podczas interwencji. Chodziło o gangstera o pseudonimie "Dodżers", który zginął jesienią 2010 roku. Według wersji przedstawionej przez policjantów najpierw próbował staranować ich radiowóz, a gdy to się nie udało, ruszył pieszo na jednego z nich, grożąc mu śmiercią, więc funkcjonariusz oddał strzały w samoobronie.

Po zakończonej pikiecie wróciłem na ulicę Wallenroda. Tam odnalazłem Tadeusza, na którego parapet próbował dostać się Paweł, zanim zabrała go policja.

Strasznie protestował, gdy prosiłem go o kilka zdań. Tłumaczył, że ma tej sprawy dość. Nawet nie udawałem, że się mu dziwię, bo pół godziny wcześniej pod jego kamienicą stało

trzysta osób. Stwierdził, że porozmawia dopiero, kiedy prokurator wyda na to zgodę. W praktyce to oznaczało, że nigdy.

Świadkowie, sprawcy i pokrzywdzeni bardzo często nie wiedzą, że mają prawo rozmawiać z mediami o przestępstwie i to prawo zapewnia im sama konstytucja, a więc najwyższy rangą dokument prawny. Zakaz, który podsuwają im śledczy podczas przesłuchań, dotyczy rozpowszechniania informacji na temat śledztwa lub dochodzenia, czyli na przykład tego, o co byli pytani, gdy zeznawali. Tyle że w wielu przypadkach tego nie rozumieją i zadziwiająco często nie dają sobie wytłumaczyć, czego tak naprawdę ten zakaz dotyczy.

Miałem w rękawie tylko jedną kartę, aby przekonać Tadeusza do choćby krótkiej wypowiedzi. Nie asa, lecz informację, której mógł nie znać. Zdobyłem ją swoimi kanałami

jeszcze przed demonstracją. Mogłem odejść albo spróbować ją wykorzystać.

– Czy zna pan wyniki sekcji zwłok? – rzuciłem, niby już wychodząc z klatki.

– Nie – odpowiedział niemalże szeptem.

– Kokainę w organizmie wykryli.

– A, to po oczach było widać… – Zawahał się. – My byliśmy wszyscy przestraszeni. Oczy jak u sowy.

– To tylko jedno pytanie – zaproponowałem. – Ktoś mi mówił, że on się po prostu mógł pomylić. Czy to mogło tak wyglądać?

– Ale gdzie tam! – zaprotestował stanowczo Tadeusz. – On prosto do okna leciał.

– Czyli to wyglądało, jakby chciał do pana wtargnąć?

– Tak. On miał jedno kolano na parapecie przecież.

– I rzucał doniczkami?

– Tak.

W tym momencie zrobiło mi się głupio, ponieważ dostrzegłem, że zmęczone oczy seniora momentalnie się zaszkliły. Po chwili zaczął się tłumaczyć, choć go o nic nie oskarżałem.

– To nie moja wina… Panie, ja tu gehennę przeżyłem.

– Wiem, że nie pana. Nikt nie ma do pana pretensji – uspokoiłem go.

– Ja wiem, że nie, tylko… Po co to było? My nie wiedzieliśmy, że tu taki finał będzie.

– Widział pan, że go bili?

– Gdzie tam! – Tadeusz znów się ożywił. – Tu u nas na pewno go nikt nie bił. Potem ponoć uciekał, ale ja tego nie widziałem. Policja kazała mi tutaj siedzieć, żeby nie zatrzeć śladów.

– A jak go zabierali, to się nie wyrywał?

– No, trochę tam pyskował do nich.

*

Wybrane dla Ciebie