Początki własnego biznesu gastronomicznego rzadko bywają usłane różami, ale z tak gigantycznym wyzwaniem właściciele krakowskiej kawiarni i cukierni na ulicy Sławkowskiej z pewnością się nie liczyli. Pół roku po otwarciu lokalu otrzymali wiadomość, która dosłownie zwaliła ich z nóg.
"Czuję, że dostaję miniudar"
Wszystko zaczęło się od wiadomości e-mail. Właścicielka lokalu postanowiła sprawdzić bieżące rozliczenie za prąd. Gdy jednak otworzyła załącznik, przeżyła gigantyczny szok. Na fakturze widniała kwota, która przyprawiłaby o zawrót głowy nawet dyrektorów wielkich fabryk: 960 909,38 zł.
– To nie są żarty. Pół roku po otwarciu pierwszej Bom Dii na Sławkowskiej dostałam na maila informację o wystawionej fakturze za prąd. Wchodzę, patrzę i czuję, że dostaję miniudar. Serio, prawie spadłam z krzesła. Nie mogłam w to uwierzyć – opowiada właścicielka lokalu na opublikowanym w mediach społecznościowych nagraniu.
WIDEOZamówiła placki ziemniaczane w barze mlecznym. "Rachunek oprawię w ramkę"
Pierwsza myśl była dramatyczna – natychmiastowe bankructwo. Kwota niemal miliona złotych dla kawiarni serwującej tradycyjne portugalskie babeczki oznaczała tylko jedno: koniec marzeń o własnym biznesie. – Od razu powiedziała o tym Pawłowi, mówiąc, że właśnie zbankrutowaliśmy i możemy zwijać biznes – wspomina.
Na szczęście czarny scenariusz się nie spełnił. Po nagłym skoku ciśnienia i fali paniki przyszła chwila na chłodną analizę. Szybko okazało się, że za astronomiczną sumą nie kryje się gigantyczne zużycie energii, lecz... prozaiczny ludzki błąd.
Sprawcą całego zamieszania okazał się pracownik odpowiedzialny za odczyt stanu liczników. Wykazując się niezwykłą nieuwagą, postawił przecinek dziesiętny w zupełnie złym miejscu. Ta drobna, wydawałoby się, pomyłka wygenerowała automatycznie fakturę opiewającą na fortunę.
- Na całe szczęście była to zwykła pomyłka. Okazało się, że pan który spisywał liczniki nie w tym miejscu co trzeba postawił przecinek - relacjonuje w sieci właścicielka lokalu.
Prawdziwe starcie z absurdalną papierologią musiała stoczyć następnie księgowa, która w krótkim czasie otrzymała dwa skrajnie sprzeczne dokumenty. – Jakbyście zobaczyli minę naszej księgowej, która dostała fakturę do rozliczenia na 960 tysięcy złotych i korektę do niej na ponad 950 tysięcy złotych! – śmieje się dziś właścicielka.
Historia krakowskiego lokalu na szczęście zakończyła się happy endem i dziś jest już tylko anegdotą opowiadaną z uśmiechem na ustach. Pokazuje jednak idealnie, jak jeden drobny, ludzki błąd potrafi na chwilę całkowicie sparaliżować nawet najlepiej prosperujący biznes.