Informacja o incydencie została przekazana we wtorek (21 lipca) przez brytyjski resort obrony. Jak podano, rosyjska fregata Nieustraszymyj, śledzona przez okręt Royal Navy HMS Tyne, przeprowadziła ćwiczenia z użyciem ostrej amunicji na wodach międzynarodowych, około 40 mil morskich na południe od Plymouth.
Według informacji Sky News Rosjanie na krótko przed incydentem powiadomili załogę brytyjskiej jednostki. Zażądali też odsunięcia się na bezpieczną odległość. Do incydentu doszło w miejscu, w którym ruch statków jest bardzo duży.
Incydent koło Wielkiej Brytanii. Ekspert o celu Rosjan
Dr Łukasz Wyszyński, kierownik Katedry Stosunków Międzynarodowych Akademii Marynarki Wojennej, mówi w rozmowie z o2.pl, że "to zdarzenie przede wszystkim w kontekście geopolitycznym".
- Trzeba pamiętać, że chodzi o pojedynczy okręt - fregatę projektu 11540 "Nieustraszymyj" - która, podobnie jak inne rosyjskie jednostki, operowała już wcześniej w rejonie kanału La Manche i Morza Północnego. W szerszym ujęciu wpisuje się to w rosyjską aktywność na północnoatlantyckim kierunku morskim, obejmującym również podejścia do strategicznej luki GIUK, czyli przestrzeni między Grenlandią, Islandią i Wielką Brytanią - zauważa ekspert.
Jak dodaje nasz rozmówca, incydent należy również osadzić w kontekście wojny w Ukrainie oraz wsparcia udzielanego Kijowowi przez Wielką Brytanię i pozostałe państwa NATO.
- Ma on także związek z coraz bardziej restrykcyjną polityką państw zachodnich wobec jednostek, głównie tankowców, tak zwanej floty cieni, wykorzystywanych przez Federację Rosyjską do transportowania ropy naftowej i produktów ropopochodnych z pominięciem sankcji - wskazuje dr Wyszyński.
Przypomnijmy, że w czerwcu komandosi z Royal Marines weszli na pokład rosyjskiego tankowca należącego do tzw. floty cieni. Wówczas okręt wojenny "Admirał Grigorowicz" oddał strzały ostrzegawcze na wodach kanału La Manche w kierunku jachtu, którym płynęło... małżeństwo emerytów. Jednostka miała bowiem podpłynąć zbyt blisko statku Rosjan. Do podobnych incydentów dochodzi także w innych miejscach.
- Obecne wydarzenie można więc interpretować jako kolejny rosyjski sygnał: jesteśmy obecni na obszarach morskich mających żywotne znaczenie dla interesów gospodarczych i wojskowych państw zachodnich - wskazuje ekspert.
Data i miejsce nieprzypadkowe
Łukasz Wyszyński zauważa, że miejsce i czas, gdy doszło do zdarzenia, nie są przypadkowe.
- Do ćwiczenia doszło w wodach międzynarodowych, około 40 mil morskich na południe od Plymouth, a więc stosunkowo blisko ważnego ośrodka Royal Navy i bazy HMNB Devonport. To pierwszy istotny element tej sytuacji. Drugim jest zbieżność czasowa ze zmianą na stanowisku premiera Wielkiej Brytanii. Ćwiczenie przeprowadzono dokładnie tego samego dnia, w którym urząd objął Andy Burnham - zauważa nasz rozmówca.
Ekspert z Akademii Marynarki Wojennej mówi także, że Rosja chciała wysłać do władz brytyjskich jasny komunikat, iż "nie akceptuje polityki prowadzonej przez Wielką Brytanię i jej sojuszników wobec wojny w Ukrainie oraz szerzej - wobec rosyjskich działań w Europie".
- Stawiam hipotezę, że ćwiczenie ogniowe z użyciem artylerii okrętowej, przeprowadzone przez pojedynczy okręt w tak dużym oddaleniu od własnych baz i poligonów, miało ograniczoną wartość szkoleniową. Jego podstawowym celem mogła być demonstracja obecności, gotowości i swobody działania rosyjskiej marynarki wojennej - uważa ekspert AMW.
Dr Wyszyński dodaje, że brytyjski okręt zastosował się do wezwania Rosjan, aby odsunąć się na bezpieczną odległość, a podczas ćwiczenia przestrzegano podstawowych procedur bezpieczeństwa żeglugi.
- Samo przeprowadzenie strzelania w wodach międzynarodowych nie oznaczało więc automatycznie naruszenia prawa międzynarodowego. Należy jednak podkreślić, że ćwiczenia ogniowe organizowane w rejonie intensywnej żeglugi, w niewielkiej odległości od wybrzeży Wielkiej Brytanii i z relatywnie krótkim wyprzedzeniem, nie są zdarzeniem standardowym. Tworzą ryzyko dla bezpieczeństwa żeglugi i zwiększają możliwość niezamierzonej eskalacji. Mimo to interpretowałbym ten incydent przede wszystkim przez pryzmat geopolityki i sygnalizacji strategicznej - wskazuje dr Łukasz Wyszyński.
Zdaniem analityka Brytyjczycy zareagowali w sposób typowy dla tego rodzaju sytuacji - utrzymywali kontakt z rosyjską fregatą i obserwowali przebieg ćwiczenia. W działaniach uczestniczył również francuski samolot wojskowy, który nawiązał łączność radiową z rosyjskim okrętem, aby wyjaśnić charakter planowanej aktywności. - Była to demonstracja zdolności do ciągłego monitorowania ruchów rosyjskich jednostek - mówi nam ekspert.
Będą kolejne incydenty?
Według dra Wyszyńskiego takie działania Rosjan są szczególnie istotne ze względu na możliwość operowania okrętów wroga w pobliżu podmorskiej infrastruktury krytycznej. Dotyczy to między innymi kabli telekomunikacyjnych, gazociągów, połączeń energetycznych i instalacji morskich farm wiatrowych. Współczesne okręty mogą ponadto wykorzystywać bezzałogowe systemy powietrzne, nawodne i podwodne do prowadzenia rozpoznania. Dlatego każda tego rodzaju aktywność wymaga szczególnej czujności.
- "Nieustraszymyj" może być także wykorzystywany do eskortowania tankowców należących do tak zwanej floty cieni. Gdyby państwa zachodnie podjęły próbę przeprowadzenia inspekcji, abordażu albo zatrzymania jednego z takich statków, obecność rosyjskiego okrętu wojennego stałaby się istotnym czynnikiem wpływającym na kalkulację ryzyka i możliwe zasady użycia siły. Jednocześnie siły brytyjskie i siły pozostałych państw NATO również w ten sposób manifestują własną obecność oraz gotowość do działania - mówi o2.pl dr Wyszyński.
Jak dodaje, Rosja od dłuższego czasu wysyła jednoznaczne sygnały, że wojnę przeciwko Ukrainie postrzega jako element szerszej, systemowej konfrontacji z państwami zachodnimi, Stanami Zjednoczonymi i NATO. Moskwa stara się podnosić koszty zapewnienia bezpieczeństwa przez państwa Sojuszu - nie tylko na Morzu Bałtyckim, gdzie liczba podobnych zdarzeń pozostaje wysoka, lecz także na Morzu Północnym, północnym Atlantyku i podejściach do kanału La Manche.
- W ostatnich dniach polskie pary dyżurne kilkakrotnie były podrywane do przechwycenia i identyfikacji rosyjskich samolotów operujących nad Morzem Bałtyckim. Tego rodzaju aktywność rosyjskich sił zbrojnych nie jest zjawiskiem nowym. Można zakładać, że pozostanie intensywna, ponieważ Moskwa chce demonstrować swoje zdolności i obecność w rejonach kluczowych dla bezpieczeństwa państw NATO. Rosjanie przekazują w ten sposób prosty komunikat: w przypadku dalszej eskalacji będą zdolni do prowadzenia działań również w tych obszarach. Chodzi zarówno o utrzymywanie obecności wojskowej, jak i o wiązanie sił oraz środków państw NATO, które muszą stale monitorować rosyjskie okręty i samoloty - mówi ekspert AMW.
Ekspert podsumowuje, że infrastruktura krytyczna państw zachodnich pozostaje potencjalnym celem działań rozpoznawczych, sabotażowych i dezinformacyjnych. Mówił o tym choćby Władysław Kosiniak-Kamysz. Szef polskiego MON wskazywał, że istnieje zagrożenie związane z użyciem przez Moskwę bezzałogowców. - Rosja może wykorzystać przejęte ukraińskie drony do prowokacji wobec państw NATO, w tym Polski - stwierdził Kosiniak-Kamysz.
- Decyzja o przeprowadzeniu tego rodzaju operacji będzie zależała od tego, jak Moskwa oceni bieżącą fazę konfrontacji z Zachodem, możliwe korzyści polityczne oraz ryzyko odpowiedzi ze strony NATO - podkreśla dr Wyszyński.