Lokatorzy nie wiedzą, komu wpłacać czynsz. Chaos w centrum Katowic
W budynkach po dawnej hucie w centrum Katowic od lat nie udało się ustalić, kto faktycznie odpowiada za nieruchomości. Jak pokazuje reportaż programu "Interwencja", mieszkańcy dostają sprzeczne żądania opłat, a jednocześnie zostają sami z przeciekającymi dachami, awariami i brakiem bieżącego utrzymania.
Przy ul. Dekerta dwa bloki stoją na działkach należących do trzech różnych właścicieli. Urząd Miasta Katowice wyjaśnia, że sprawę dodatkowo komplikuje postępowanie spadkowe po jednej z prywatnych osób związanych z nieruchomością. Dopiero po ustaleniu spadkobierców będzie można uporządkować księgi wieczyste i jednoznacznie wskazać, kto powinien zarządzać budynkami.
Dla lokatorów ten prawny spór ma bardzo praktyczne skutki. Wcześniej czynsz pobierała firma wywodząca się z przekształceń dawnego przedsiębiorstwa państwowego, ale spółka zadłużyła się i zamknęła konta. Mieszkańcy skarżą się, że od dawna nikt nie prowadzi remontów, nie sprząta części wspólnych i nie usuwa usterek, a w jednym z mieszkań problemem pozostaje także przeciekający dach.
Mieszkańcy dwóch bloków w Katowicach nie wiedzą, komu mają płacić czynsz
Sandra Hajduk z Urzędu Miasta Katowice tłumaczyła w reportażu, że do magistratu trafiają akty notarialne od osób deklarujących prawo do nieruchomości. Miasto podkreśla jednak, że samo oświadczenie złożone u notariusza nie rozstrzyga sprawy. Dla urzędników znaczenie ma wpis w księdze wieczystej, a takiego wpisu w tej sprawie brakuje.
W tej sytuacji na klatkach schodowych zaczęły pojawiać się kartki od kolejnej spółki z numerem konta do wpłat. Część mieszkańców odmówiła przelewów, bo nie ma pewności, czy podmiot rzeczywiście ma do tego prawo. Lokator Adam Ordon wskazywał, że od dwóch lat mieszkańcy nie dostali rozliczeń, więc nie wiedzą nawet, czy mają nadpłaty albo zaległości.
Jeden z lokatorów przyznał, że zainwestował w remont mieszkania ok. 100 tys. zł po podpisaniu umowy z firmą, która później zamknęła konta i zniknęła. Teraz należności wpłaca do depozytu sądowego, bo po pojawieniu się kolejnej spółki nie ma pewności, kto rzeczywiście jest uprawniony do pobierania czynszu.
Gdy reporterzy pojawili się w Katowicach, spółka podająca się za legalnego zarządcę zorganizowała spotkanie z mieszkańcami. Z ustaleń programu wynikało, że firma nie miała nawet listy lokatorów. Jej przedstawiciel przekazał, że spółka chciała przejąć zarządzanie po nabyciu części przedsiębiorstwa, ale wycofuje się z projektu i nie pełni już tej roli.
Podobny problem przy ul. Siemianowickiej
Chaos nie ogranicza się do jednego adresu. Kolejne dwa budynki po dawnej hucie stoją przy ul. Siemianowickiej. Formalnie znajdują się na gruntach miasta, ale jedna z pozakładowych spółek chce przejąć nieruchomości przez zasiedzenie. Sprawa jest w sądzie, a mieszkańcy opisują brak światła na klatce schodowej, w piwnicy i na strychu, wybijające szambo oraz bardzo zły stan części wspólnych.
Prawniczka Marta Kubica oceniła w reportażu, że zarządca, który nie dysponuje nawet listą lokatorów, nie jest przygotowany do pełnienia takiej funkcji. Jej zdaniem trudno się dziwić, że mieszkańcy wstrzymują wpłaty, skoro nie wiedzą, kto odpowiada za dokumentację i stan budynków. Mimo tego magistrat nadal pomaga lokatorom, bo miejskie spółki nie przerwały odbioru śmieci i dostaw wody.