Chaos w Mali. Zagrożenie dla Europy? "Nie tylko teoretyczne"
Tuaregowie i dżihadyści przeszli do ofensywy w Mali. Siły rządowe, jak i wspierający je rosyjski Korpus Afrykański, są w potrzasku. - Istnieje realne ryzyko powstania struktur państwowych rządzonych przez dżihadystów - mówi w rozmowie z o2.pl dr Wiesław Lizak z Uniwersytetu Warszawskiego.
- To cykl "Blisko Świata", w ramach którego piszemy na o2.pl o kryzysach humanitarnych, konfliktach zbrojnych i innych ważnych wydarzeniach w różnych zakątkach globu.
- W tym odcinku rozmawiamy z dr. Wiesławem Lizakiem z Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych UW .
- Tematem rozmowy jest konflikt w Mali, gdzie sojusz Tuaregów i dżihadystów atakuje wojska reżimu wspierane przez Rosję.
- Istnieje też realne ryzyko powstania struktur państwowych rządzonych przez dżihadystów - ostrzega ekspert.
W sobotę (25 kwietnia) Grupa Wsparcia Muzułmanów i Islamu (JNIM), zwana "malijską Al-Kaidą", a także Tuaregowie z Frontu Wyzwolenia Azawadu (FLA) rozpoczęli serię ataków na siły rządowe wspierane przez rosyjski Korpus Afrykański w Mali. Objęły one cały kraj. W działaniach zginął Sadio Camara, minister obrony Mali. Rosjanie wycofali się z Kidalu - miasta znajdującego się na północy kraju.
"Nowe Państwo Islamskie" wypiera Rosjan w Mali?
Rosyjski Korpus Afrykański wspiera obecny wojskowy reżim, którym od 2021 roku kieruje płk. Assimi Goita. Junta poszła na współpracę z Kremlem, myśląc, że ten zapewni jej skuteczną obronę przed dżihadystami i domagającymi się autonomii Tuaregami. Jak widać, Rosjanie nie okazali się skuteczni.
- Od początku uważałem, że wcześniej czy później sytuacja się odwróci. Doniesienia i raporty z ostatnich lat - zwłaszcza po 2020 roku w Mali i później w Burkina Faso - wskazywały, że armie tych państw, wspierane przez rosyjskie struktury, w tym Korpus Afrykański, nie są w stanie skutecznie poradzić sobie z zagrożeniem dżihadystycznym. Widać dziś efekty tej sytuacji - mówi w rozmowie z o2.pl dr Wiesław Lizak, ekspert ds. Afryki i Bliskiego Wschodu z Uniwersytetu Warszawskiego.
Assimi Goita we wtorek wygłosił przemówienie, w którym zapewnił, że sytuacja jest pod kontrolą. Pojawiają się doniesienia, że stolica kraju, Bamako, jest okrążona przez rebeliantów, jednak jest to bardzo mało prawdopodobne. Mimo tego, wbrew słowom przywódcy, sytuacja z jego perspektywy jest daleka od normalności. Rebelianci zdobywają kolejne posterunki w okolicy stolicy. Wykorzystują do ataków drony. Możliwe, że Rosja, po tym, jak straciła wpływy w Syrii, utraci je także w kolejnym regionie. W efekcie w Mali mogą powstać struktury przypominające Państwo Islamskie na Bliskim Wschodzie.
- Istnieje też realne ryzyko powstania struktur państwowych rządzonych przez dżihadystów, które będą próbowały narzucać własny porządek wewnętrzny. Taki scenariusz widzieliśmy już w Syrii i Iraku około dziesięciu lat temu, gdy Państwo Islamskie próbowało stworzyć namiastkę państwowości - wskazuje dr Wiesław Lizak.
Jak dodaje, podobne próby były już prowadzone w Mali w 2012 roku.
- Powstanie przyczółków dżihadystycznych w Afryce Zachodniej stanowi zagrożenie przede wszystkim dla całego regionu. Pojawiają się już doniesienia o zamachach terrorystycznych w krajach takich jak Wybrzeże Kości Słoniowej, Ghana czy Benin, czyli państwach położonych na południe od tych trzech najbardziej dotkniętych tym problemem. Dżihadyści działają również w północnej Nigerii, a więc także na południowych obrzeżach strefy Sahelu. Aktywność tych ugrupowań prowadzi do destabilizacji całej Afryki Zachodniej, co z kolei generuje zagrożenie również dla Europy - przyznaje nasz rozmówca.
Niepokoje w tej części świata mogą prowadzić do zwiększenia liczby migrantów chcących dostać się do Europy oraz zwiększenia zagrożenia terrorystycznego na Starym Kontynencie. - To nie jest tylko zagrożenie teoretyczne - podkreśla wykładowca z UW.
Państwa europejskie odczuwają skutki chaosu w państwach afrykańskich także gospodarczo. Przykładem jest Francja, która straciła dostęp do złóż uranu w Nigrze, które zasilały jej energetykę jądrową. Przypomnijmy, że Niger jest członkiem Sojuszu Państw Sahelu razem z Mali i Burkina Faso. Wszystkie te państwa postawiły na współpracę z Rosją. Na przykładzie Mali widać jednak, że nie gwarantuje to stabilizacji w państwie.
Taktyczny sojusz nie wytrzyma próby? Sprzeczne interesy JNIM i FLA
Tuaregów i dżihadystów na razie łączy jedna rzecz - chcą pozbyć się wrogiego reżimu i wyprzeć Rosjan z Mali. Jednak, jak zauważa dr Lizak, oba ugrupowania mają odrębne cele.
- Tuaregowie od dawna dążą do autonomii. Już od lat 60. było widać ich aktywność - najpierw polityczną, potem także wojskową. W historii kraju miało miejsce kilka powstań, które z reguły kończyły się porozumieniami zakładającymi pewne ustępstwa ze strony rządu centralnego. Problem polegał na tym, że władza nie była w stanie zrealizować tych obietnic. To powodowało, że każde kolejne powstanie czy napięcie między Tuaregami a rządem przybierało bardziej radykalny charakter - mówi ekspert.
W 2012 roku Tuaregowie, którzy zdobywali wcześniej doświadczenie wojskowe w Libii, chwycili za broń, aby stworzyć własne państwo w Mali. Rebeliantom udało się obalić prezydenta Amadou Toumani Touré. W tym samym czasie do gry weszli dżihadyści, którzy wykorzystali chaos w Mali, zajmując północną część państwa.
- Były to niedobitki ugrupowań, które w latach dziewięćdziesiątych destabilizowały Algierię. Trwała tam wówczas wojna domowa z ruchem dżihadystycznym. Choć pod koniec XX wieku został on w dużej mierze rozbity, nigdy nie udało się całkowicie wyeliminować tego zagrożenia. Jego resztki przetrwały na południu Algierii - wyjaśnia ekspert.
Tuaregowie proklamowali niepodległość - ogłosili powstanie państwa Azawadu w północnej części Mali. Tymczasem islamiści zaatakowali tuareskie siły, zdobywając kluczowe miasta - Timbuktu, Kidal i Gao.
- Dżihadyści pojawili się w północnym Mali i rozbili ruch tuarecki. Co charakterystyczne, nie pozostawili Tuaregom przestrzeni do działania - zamiast ich struktur zaczęli budować własne państwo. To pokazuje wyraźnie sprzeczność interesów - przypomina dr Lizak.
Rząd w Bamako chciał odzyskać kontrolę na północy kraju. Poprosił o pomoc Francję. Siły przysłane z Europy odbiły miasta, przywracając względny, chwilowy, jak się okazało, porządek. Po niespełna dekadzie, w 2021 roku, władzę przejęła wojskowa junta Goity, która odcięła się od Francji, zwracając się w stronę Rosji. Ze względu na fakt, że obecny sojusz Tuaregów i islamistów jest obarczony trudną historią, dr Lizak nie widzi przyszłości dla tej współpracy.
- Nie sądzę, by ten sojusz był trwały i utrzymał się w dłuższej perspektywie. To jest po prostu taktyczne połączenie sił przeciwko wspólnemu wrogowi, jakim jest w tej chwili rząd centralny Mali - przyznaje ekspert.
Europa znów w grze o Afrykę?
Jeśli Rosja okaże się zbyt słaba, by zapewnić ochronę wojskowym reżimom w Afryce, być może to Francja znów stanie się stabilizatorem sytuacji w regionie, bowiem nadal ma interesy w tej części świata. Jako jedyna jest też zdolna do projekcji siły na tym obszarze.
- Francuzi z dużą uwagą obserwują sytuację w Afryce Zachodniej i analizują możliwe scenariusze w przypadku dalszej destabilizacji i powstawania quasi-państw dżihadystycznych - mówi dr Lizak.
Jak zauważa, sytuację dodatkowo komplikuje fakt, że obecne procesy nie sprzyjają Zachodowi jako wspólnocie międzynarodowej.
- Polityka Stanów Zjednoczonych wobec Afryki, w tym ograniczanie programów pomocowych, jest w wielu miejscach odbierana jako niekonsekwentna lub nieskuteczna. Działania jednego państwa mogą rzutować na ocenę całego Zachodu. W tej sytuacji ogromne pole do działania mają europejscy dyplomaci, którzy powinni przeciwdziałać utożsamianiu polityki USA z polityką całego Zachodu - uważa dr Lizak.
Rafał Strzelec, dziennikarz o2.pl