Wojna w Ukrainie © Maciej Stanik

Maciej Stanik: Na wojnie trudniej jest fotografować martwych

Łukasz Dynowski

- Zawsze staram się robić wszystko. I dlatego też powstało to zdjęcie, którego nie chcę nigdzie pokazać, a nawet nie chcę o nim pamiętać - mówi o2.pl Maciej Stanik, fotoreporter wojenny, współautor, razem z Tetianą Kolesnychenko, książki "Robaków rozgryzać nie wolno".

  • To cykl "Blisko Świata", w ramach którego piszemy na o2.pl o kryzysach humanitarnych, konfliktach zbrojnych i innych ważnych wydarzeniach w różnych zakątkach globu.
  • W tym odcinku rozmawiamy z Maciejem Stanikiem, fotoreporterem wojennym.
  • - Dla mnie ta wojna ma coraz bardziej koszmarne oblicze. Terror, który Rosjanie fundują Ukraińcom… To jest horror - mówi Stanik.

Maciej Stanik od samego początku fotografuje konflikt w Ukrainie. Zrobił w tym czasie tysiące zdjęć. Część z nich znalazła się w książce "Robaków rozgryzać nie wolno", wydanej przez Centrum Mieroszewskiego, w której jego fotografie tworzą opowieść razem z reportażami Tetiany Kolesnychenko - dziennikarki Wirtualnej Polski.

"To ważny debiut i jedna z tych książek, które zostają z czytelnikiem długo po zamknięciu ostatniej strony – bo opowiadają o największym dramacie XXI wieku w naszej części świata poprzez losy konkretnych ludzi" - pisze o książce Centrum Mieroszewskiego.

"Głód doprowadza do obłędu". Wstrząsające relacje o ukraińskich jeńcach

Łukasz Dynowski, redaktor naczelny o2.pl: Kogo na wojnie trudniej jest fotografować - martwych czy żywych?

Maciej Stanik, fotoreporter wojenny: Martwych.

Dlaczego?

Bo zaczynasz sobie wyobrażać, kim była ta osoba, co robiła. Wyobrażasz sobie, że rodzina może nawet nie wie jeszcze, że zginęła. Widziałem chłopaka, któremu urwało twarz. Miał 18 lat. Zastanawiałem się, jak do tego doszło, co z jego bliskimi, czy jego matka już o tym wie. Układasz sobie w głowie różne historie.

Pojawia się myśl, że w jakiś sposób może naruszasz tę osobę?

Staram się robić wszystko w sposób jak najbardziej etyczny. Główną zasadą zawsze było dla mnie to, żeby rodzina nie dowiedziała się z mediów o śmierci bliskiej osoby. Wyniosłem to jeszcze z pracy w gazecie. Poza tym materiały, nad którymi pracuję, nie są publikowane z dnia na dzień. To nie jest news. Czasem, jak kadruję zdjęcia, to widzę, że twarz nieżyjącej osoby jest rozpoznawalna - dla mnie to za dużo. Zawsze staram się fotografować śmierć w sposób intymny.

Są takie zdjęcia, których nie pokazujesz nikomu - nawet sobie?

Tak. Jest jedno takie zdjęcie, które zrobiłem przy materiale "W ostatnią drogę", którego spora część polegała na odwiedzaniu kostnic.

Nie powiesz pewnie, co jest na tym zdjęciu.

Nie. Powiem tylko tyle - za dużo na nim widać.

Matka przy ekshumowanym synu zabitym przez Rosjan
Matka przy ekshumowanym synu zabitym przez Rosjan © Maciej Stanik

A w drugą stronę - są zdjęcia, których żałujesz, że nie zrobiłeś?

Mnóstwo. Żałuję na przykład, że nie spędziłem więcej czasu w Bachmucie. Że nie byłem na świeżo wyzwolonych terytoriach obwodu charkowskiego albo w Chersoniu, gdzie wojska ukraińskie wkroczyły 11 listopada 2022. Pamiętam, że żołnierz ukraiński wysłał mi wtedy głosówkę, mówił: "Jeszcze Polska nie zginęła, a my wyzwoliliśmy Chersoń".

To cię ominęło, bo nie byłeś w danym miejscu. A były sytuacje, że gdzieś byłeś, chciałeś zrobić zdjęcie, ale z jakichś przyczyn nie mogłeś?

Nie przypominam sobie. Zawsze staram się robić wszystko - i dlatego też powstało to zdjęcie, którego nie chcę nigdzie pokazać, a nawet nie chcę o nim pamiętać. Ale nie miałem czegoś takiego, że może gdybym poszedł bardziej w prawo czy w lewo, to inaczej by to wyglądało. Bardziej żałuję, że gdzieś w pewnym momencie nie byłem.

Niedawno minęły 4 lata od wybuchu pełnoskalowej wojny. Pamiętasz pierwszy wyjazd do Ukrainy po 24 lutego 2022?

Oczywiście. Nie spałem tamtej nocy. Jakoś o godzinie drugiej w nocy dzwoniłem do Patryka Michalskiego [wówczas reportera Wirtualnej Polski - przyp. red.], który był już w Ukrainie, żeby zapytać, czy coś się dzieje. A potem, o czwartej, wziąłem szybki prysznic, spakowałem się, wsiedliśmy z kolegą do samochodu i ruszyliśmy najpierw do Lwowa, gdzie wynajęliśmy hostel, a potem pociągiem do Kijowa.

Był strach?

Bardziej niepewność.

Że nie wrócisz?

Niepewność, jak to się potoczy, ile potrwa.

Niektórzy mówili, że potrwa kilka dni.

Wtedy było już jasne, że tak raczej nie będzie. Rosjanie strasznie chcieli zająć Kijów, ale to olbrzymie miasto. To nie jest Grozny, w którym przed laty szybko im poszło. Jak 25 lutego wysiedliśmy z pociągu, to syreny wyły praktycznie cały czas. Na dworcu pełno ludzi, a my w czasie godziny policyjnej próbowaliśmy się dostać do hotelu. Ostatecznie przygarnęli nas koledzy, którzy mieli tam mieszkanie. I takie były te pierwsze dni - niepewność, jak to będzie.

To pierwszy wyjazd. A kiedy był ostatni?

Miesiąc temu.

I jak byś porównał swoje emocje wtedy i teraz?

Wtedy mniej rzeczy do mnie docierało. Świadomość tego, co może się stać, była mniejsza. Jeździliśmy dość blisko linii frontu, latały moździerze, ale jak świszczy moździerz, to wiesz, że nic ci się nie stanie. Tak przynajmniej mówią żołnierze. A teraz dominują drony, które są precyzyjnym i bardzo tanim narzędziem do zabijania ludzi. I jak gdzieś mamy jechać, to od razu włącza się wyobraźnia. Po raz ostatni bliżej frontu byłem w Kostiantyniwce. I znowu słyszeliśmy świst pocisków, ale widzieliśmy też kable światłowodowe, po których są prowadzone drony. Dwa przeleciały wtedy nad głowami. Ale jak powiedział rzecznik brygady, z którą pojechaliśmy, widocznie nie byliśmy dla nich interesującym celem.

Maciej Stanik
Maciej Stanik, współautor, razem z Tetianą Kolesnychenko, książki "Robaków rozgryzać nie wolno" © Archiwum prywatne

Pytam o pierwszy i ostatni wyjazd, bo ponoć wszyscy już przyzwyczaili się do wojny - a nawet się nią znudzili.

Dla mnie ta wojna ma coraz bardziej koszmarne oblicze. Terror, który Rosjanie fundują Ukraińcom… To jest horror. W maju byliśmy z jedną dziennikarką w Kramatorsku, dość blisko nas miało miejsce bombardowanie dronami typu Shahed. Jak rakieta leci, to bum! Koniec. Ale te drony krążyły w miejscu przez 40 minut. Przeleciało w tym czasie z dziesięć czy jedenaście Shahedów. Przez drzwi widziałem rozbłysk i poczułem wpadające ciepłe powietrze od wybuchu. Na zewnątrz włączały się alarmy w samochodach.

Co się robi przez te 40 minut, jak krążą nad Tobą drony?

Nic. Kulisz się gdzieś na dole, na dolnym piętrze. Piwnicy tam nie było.

Czyli czekasz po prostu.

I zastanawiasz się, czy za chwilę dron nie zahaczy o dach tego budynku. A budynki były chyba jeszcze z czasów stalinowskich, składały się jak domki z kart.

Jak Twoja rodzina reaguje na takie wyjazdy?

Mamie, na przykład, staram się nie mówić, dokąd jadę. Narzeczonej melduję się, gdzie jestem. Martwi się, ale rozumie też, co robię i po co.

Przenieśmy się na chwilę do Ukrainy. Jesteś na miejscu. Ile dziennie robisz zdjęć?

Dziennie to nie wiem, ale mogę powiedzieć, ile mniej więcej robię w dwa tygodnie. To jest dobry miernik. Wychodzi dwanaście tysięcy zdjęć.

Intensywnie.

Lubię przycisnąć. Poza tym, jak widzisz np. pozycje artyleryjskie, to tam liczą się ułamki sekundy, żeby złapać wybuch.

I z tych dwunastu tysięcy zdjęć ile jest takich, że byś je opublikował i się pod nimi podpisał?

Czasami jestem zadowolony z trzech. Ale traktuję to jako pracę dokumentalną. Zbieram te zdjęcia, żeby powstała potem dłuższa opowieść.

Według innej szkoły fotografii lepiej nie robić aż tylu zdjęć, tylko czekać na odpowiedni moment.

Znam takie osoby, które robią tylko trzy czy cztery zdjęcia i wszystkie są super. Ja jednak, jak mam możliwość, to staram się ich robić jak najwięcej, bo po prostu wiem, że są miejsca, do których już nie będę mógł wrócić. Więc chcę całą tę rzeczywistość zarejestrować.

Miałeś kiedyś sytuację, że musiałeś oddać, np. jakimś służbom, aparat albo dysk?

Tak, ale nie w Ukrainie. Jak wybuchła kolejna odsłona wojny o Górski Karabach, to zatrzymali mnie na lotnisku w Armenii. Miałem pieczątkę z Turcji, a oni z Turcją niezbyt się lubili, bo Turcja wspierała wtedy Azerów. Musiałem panu na lotnisku pokazać zdjęcia z różnych zleceń, udowodnić, że jestem fotoreporterem. Ale to jedyna tego typu sytuacja. Nikt mi nigdy nie wyciągnął karty z aparatu, nie kazał jej formatować.

A co fotoreporter wojenny ma w plecaku podczas zdjęć?

Prąd. Czyli powerbanki, baterie.

I drugi aparat?

Tak, drugi aparat jest zawsze potrzebny. Nawet jak w Polsce idę na jakieś zlecenie, to zawsze mam zapasowy - dla bezpieczeństwa, gdyby coś się wykrzaczyło. A tak, w Ukrainie, to jeszcze kamizelka przeciwodłamkowa, apteczka. Ale przede wszystkim prąd. Możesz gdzieś utknąć na pozycji, miałem taki przypadek, długo siedziałem w jednym miejscu.

Maciej Stanik fotografuje wojnę w Ukrainie od ponad 4 lat
Maciej Stanik fotografuje wojnę w Ukrainie od ponad 4 lat © Maciej Stanik

Co to znaczy "utknąć na pozycji"?

Kiedyś pojechaliśmy na pozycję i dość długo nam zeszło. To było podczas kontrofensywy na kierunku zaporoskim, czerwiec 2023. Mieliśmy tam spędzić tylko chwilę, a siedzieliśmy sześć godzin. Wieś została niedawno wyzwolona, a my byliśmy w jednej z trzech chat w tej wsi. Siedzieliśmy po prostu i czekaliśmy na rozkazy żołnierzy, którzy obsługiwali moździerz.

Czyli było niebezpiecznie.

Nie pamiętam, żebym jakoś szczególnie się wtedy bał, ale było dość blisko frontu. Większość niebezpiecznych sytuacji miałem na początku. Raz, jak robiliśmy dokument dla "Superwizjera" TVN-u - wysiedliśmy z samochodu i nagle słyszymy takie głośne szuuu!, szuuu!, szuuu!, jakby samolot nad nami latał. Kolega powiedział: "O Boże, jak ja nienawidzę samolotów". To było w Lisiczańsku, nagle kątem oka zobaczyliśmy, jak rakieta spada na spadochronie w niedalekiej odległości od nas. Szybko rzuciliśmy się na ziemię, widzieliśmy tylko, jak piach unosi się nad nami. Okazało się, że nie trafiła w budynek, tylko właśnie w ziemię. A w budynku odbywały się jakieś urodziny. To był początek wojny, było wtedy trochę takich sytuacji, że coś gdzieś obok przeleciało.

A były sytuacje, że pomyślałeś sobie, że nie chcesz już więcej fotografować wojny?

Ja sobie właściwie cały czas zadaję to pytanie.

I jaka jest odpowiedź?

Poczucie misji jest jednak silniejsze. Poza tym - wracam tutaj, do Polski. Osoby z Ukrainy, nawet mieszkające w zachodniej części, nie mają tego komfortu powrotu do całkowicie bezpiecznego miejsca. A ja wracam, wszystko normalnie się toczy, mogę odpocząć. Oni nie mogą.

Matka przy ekshumowanym synu zabitym przez Rosjan
Matka przy ekshumowanym synu zabitym przez Rosjan © Maciej Stanik

Wojna coś Ci zabrała?

Jeszcze nie.

Jeszcze?

No może… może trochę wojna zabrała mi naiwność co do tego, że istnieje sprawiedliwość na tym świecie. Myślałem na przykład, że po Buczy coś się zmieni, że świat zareaguje.

Niewiele się zmieniło.

Nic właściwie.

A w Twojej pracy coś wojna zmieniła? Inaczej dzisiaj fotografujesz codzienność niż przed 24 lutego 2022?

Tak. Jak wspomniałem, pracowałem wcześniej w gazecie, bawiłem się fotografią uliczną, żeby uczyć się kompozycji. Teraz zmieniło się to o tyle, że chcę iść bardziej w model dokumentalny. Czyli spokojniejsza fotografia.

A propos spokoju - kiedy kolejny wyjazd do Ukrainy?

Prawdopodobnie w kwietniu.

Za miesiąc. Szybko.

Tak. W ostatnie wakacje przebywałem tam od połowy lipca do końca sierpnia, był właściwie tylko tydzień przerwy.

Wojna uzależnia?

Że adrenalina? Nie, nie jestem taką osobą, wcale nie szukam adrenaliny.

Powiedziałeś na początku, że trudniej jest fotografować martwych. A jak wracasz z Ukrainy, odkładasz aparat i zamykasz oczy, to kogo widzisz pod powiekami - martwych czy żywych?

Chyba jeszcze żywych.

Rozmawiał Łukasz Dynowski, redaktor naczelny o2.pl

"Robaków rozgryzać nie wolno" - książka Tetiany Kolesnychenko i Macieja Stanika, wydana przez Centrum Mieroszewskiego, w sprzedaży dostępna jest od 23 marca 2026.

Robaków rozgryzać nie wolno
Robaków rozgryzać nie wolno © Centrum Mieroszewskiego

Najważniejsze teksty tygodnia. Śledztwa, które robią różnicę. Reportaże, które zostają w głowie. Wyraziste opinie. Najlepsze treści premium bez opłat w Twojej skrzynce.

Wybrane dla Ciebie
Armia Putina zadała cios. Nie żyje ukraiński dowódca
Armia Putina zadała cios. Nie żyje ukraiński dowódca
Centrum Katowic. Nagle je zauważył. Naliczył 7 sztuk
Centrum Katowic. Nagle je zauważył. Naliczył 7 sztuk
Nie żyje siódmy żołnierz z USA. Ujawniono jego nazwisko
Nie żyje siódmy żołnierz z USA. Ujawniono jego nazwisko
"Z godnością". Putin zwrócił się do Chameneia. Mocne zapewnienia
"Z godnością". Putin zwrócił się do Chameneia. Mocne zapewnienia
Przemysław Czarnek kandydatem na premiera. Oto co mówią jego sąsiedzi
Przemysław Czarnek kandydatem na premiera. Oto co mówią jego sąsiedzi
LOT wydłuża zawieszenie. Tutaj nie polecimy. Co najmniej do 28 marca
LOT wydłuża zawieszenie. Tutaj nie polecimy. Co najmniej do 28 marca
Kolejny pocisk zestrzelony. Turcja ostrzega Iran. "W trybie pilnym"
Kolejny pocisk zestrzelony. Turcja ostrzega Iran. "W trybie pilnym"
Okradli 105-letnią staruszkę. Wyrzuciła 45 tys. zł przez okno
Okradli 105-letnią staruszkę. Wyrzuciła 45 tys. zł przez okno
To nie fotomontaż. Były ich tysiące. Nagrane na polu
To nie fotomontaż. Były ich tysiące. Nagrane na polu
Znowu się zaczęło. Ręce opadają. Pokazali zdjęcia
Znowu się zaczęło. Ręce opadają. Pokazali zdjęcia
Tłumy w Teheranie. Nowy najwyższy przywódca Iranu obejmuje władzę
Tłumy w Teheranie. Nowy najwyższy przywódca Iranu obejmuje władzę
13-latka leżała na ławce w parku. Świadkowie wezwali pomoc
13-latka leżała na ławce w parku. Świadkowie wezwali pomoc