Mieszkańcy jednej z ulic w gdańskim Wrzeszczu od ponad dwóch lat walczą z grupami młodzieży, które wieczorami spotykają się na placu zabaw przy ul. Zator-Przytockiego. Jak relacjonują, dochodzi tam do spożywania alkoholu, zażywania narkotyków oraz dewastacji. Ostatnio sytuacja zakończyła się brutalnym pobiciem jednego z mieszkańców.
Młodzież pobiła mężczyznę po zwróceniu im uwagi o złe zachowanie
41-letni pan Rafał regularnie zwracał uwagę nastolatkom, którzy przesiadywali na placu zabaw. Tym razem, po wyproszeniu grupy z terenu, doszło do eskalacji.
– Wyszli grupą z placu, ale zamiast się rozejść, stanęli obok kościoła i zaczęli mnie obserwować. Przeczuwałem, że coś się święci. (...) Nagle usłyszałem krzyk z podwórza. Zobaczyłem, że jakiś młody człowiek uderza czymś w mój samochód. Zamiast od razu zadzwonić na policję, wybiegłem za nim – mówił pan Rafał "Gazecie Wyborczej".
Jak relacjonował, nastolatek miał przy sobie duży klucz warsztatowy, którym uszkodził jego samochód. Gdy właściciel ruszył za nim, został zaatakowany.
– Chłopak wyciągnął klucz nastawny i trzykrotnie mnie nim uderzył. Zaczęliśmy się szarpać. Chciałem go przytrzymać i wezwać policję. Wtedy inny chłopak zaczął pryskać mi w twarz gazem pieprzowym. Chwilę później dostałem cios w twarz, od którego ukruszył mi się ząb. Od gazu nie mogłem już oddychać – opowiadał "Gazecie Wyborczej".
Napastnicy oddalili się dopiero wtedy, gdy usłyszeli, że jeden z sąsiadów wezwał policję. Jeden z nastolatków miał jeszcze prosić pobitego, aby nie zgłaszał sprawy.
– Prosił mnie, żebym nie wzywał policji, bo jego kolega był już wcześniej skazany i ma wyrok w zawieszeniu. Odpowiedziałem tylko: "Co ty opowiadasz, chłopie" – relacjonował pan Rafał "Gazecie Wyborczej".
Mężczyzna trafił do szpitala z głęboką raną głowy, która wymagała założenia szwów
– Teraz dochodzę do wniosku, że powinienem od razu zadzwonić po policję. Mogli mnie przecież zaatakować nożem. Za moich czasów młodzi ludzie nie zachowywali się w ten sposób – mówił "Gazecie Wyborczej".
Jak przekazała mł. asp. Edyta Krefta z Komendy Miejskiej Policji w Gdańsku, postępowanie prowadzone jest w kierunku spowodowania średniego i lekkiego uszczerbku na zdrowiu. Funkcjonariusze zabezpieczyli materiał dowodowy i prowadzą czynności zmierzające do ustalenia oraz zatrzymania sprawców.
Mieszkańcy podkreślają, że od miesięcy zgłaszają problem policji i straży miejskiej, jednak ich zdaniem interwencje nie przynoszą trwałych efektów.
– Słyszymy, że patrole są zajęte. A jak już ktoś przyjedzie, to nastolatki uciekają i następnego dnia wracają – mówił jeden z mieszkańców "Gazecie Wyborczej".
O poprawę bezpieczeństwa od dawna apeluje dyrekcja pobliskiego przedszkola
– Od ponad dwóch lat staramy się coś zdziałać: objąć plac monitoringiem i poprawić bezpieczeństwo. Ale jedna instytucja odsyła nas do drugiej. Czy naprawdę musi dojść do tragedii, by w końcu ktoś zajął się tym problemem? – mówiła "Gazecie Wyborczej" Ewa Buczkowska, dyrektorka przedszkola Kota Edwarda.
Gdański Zarząd Zieleni przekazał, że miejski monitoring instalowany jest przede wszystkim w miejscach o największym natężeniu ruchu i najwyższym ryzyku przestępczości. Jednocześnie zapewnił, że zwracał się do policji o zwiększenie liczby patroli w rejonie placu zabaw. Mieszkańcy twierdzą jednak, że mimo tych działań problem nie znika, a wręcz się nasila.