Spójrzcie na tę "pralkę". Polka pokazała nam, co zrobili Norwegowie
Polska może się uczyć od Norwegii. Tam system kaucyjny funkcjonuje już od 1999 roku. Joanna Machna-Czajka, Polka mieszkająca w Skien, pokazała i wytłumaczyła nam, jak to wygląda w praktyce. - W Norwegii to nie jest tylko wygoda, to element kultury - podkreśliła w rozmowie z o2.pl.
System kaucyjny budzi wśród Polaków sporo emocji. Często są one negatywne. Nierzadko źródłem frustracji są niedziałające butelkomaty. Pod kątem infrastruktury i mentalności Polska zdecydowanie może uczyć się od Norwegii. Tam wdrożone zostały rozwiązania, które funkcjonują niemal perfekcyjnie.
Dostęp do butelkomatów jest bardzo szeroki i bezproblemowy. Maszyny umieszczone są przy wejściu do sklepów. Obok automatów znajduje się zlew czy kosz na odpadki. - Na pierwszy rzut oka wygląda to jak zwykły kącik przy wejściu do sklepu, ale dla Norwegów to coś więcej niż infrastruktura: to codzienny rytuał, który ma realną wartość. Dosłownie - podkreśliła w rozmowie z o2.pl Joanna Machna-Czajka, która od lat mieszka w norweskim Skien.
W Norwegii niemal przy każdym wejściu do supermarketu - czy to w KIWI, REMA 1000, Coop Extra, Meny czy Spar - stoi maszyna do zwrotu butelek i puszek. System nazywa się "pant" i działa w sposób, który dla wielu Polaków może być zaskakująco prosty i… skuteczny - dodała.
Jednocześnie podkreśliła, że na każdej plastikowej butelce czy puszce zamieszczona jest informacja, ile koron można otrzymać po jej oddaniu (podobnie jak w Polsce). - To nie jest symboliczna kwota (2 korony za butelkę do 0,5 l, 3 korony za większą; 1 korona = ok. 0,40 zł). W praktyce Norwegowie traktują to jak realne pieniądze i dokładnie tak do tego podchodzą - spostrzegła.
Nie oddaje się tu jednej czy dwóch butelek. W domach zbiera się całe worki. Jeden, dwa, czasem trzy, zależnie od tego, jak często kupuje się napoje. Dopiero wtedy idzie się do sklepu. I wtedy zaczyna się proces, który jest szybki, zautomatyzowany i… bardzo normalny - kontynuowała nasza rozmówczyni.
"Pralka" gamechangerem
W Norwegii funkcjonują dwa typy automatów. Do tych klasycznych butelki wkłada się pojedynczo (podobnie jak w przypadku maszyn funkcjonujących w Polsce). Następnie maszyna skanuje kod i przypisuje odpowiednią kwotę.
Ale coraz częściej pojawiają się też nowoczesne urządzenia, do których wrzuca się cały worek naraz. System sam sortuje zawartość, rozpoznaje butelki i liczy pieniądze. Bez wysiłku, bez czekania - dodała Polka.
Właśnie to rozwiązanie można uznać za gamechanger. Konstrukcja maszyny przypomina... pralkę i działa na podobnej zasadzie. Do bębna można wrzucić cały worek puszek czy butelek plastikowych, niczym brudne rzeczy do pralki. Następnie maszyna identyfikuje opakowania i zlicza kaucję (zobacz na nagraniu). To rozwiązanie funkcjonuje w Norwegii od około 3-4 lat.
Pani Joanna tłumaczy nam, że te nowsze automaty spotyka się w droższych sklepach. - Ale nawet te klasyczne działają sprawnie. Wymagają jedynie odrobiny cierpliwości - dodała.
Jeśli maszyna się zatnie, a zdarza się to przy dużym ruchu, nikt nie robi problemu. Klienci spokojnie czekają, aż pracownik opróżni urządzenie - podkreśliła nasza rozmówczyni. - Jeśli jest kolejka, również się czeka. To nie jest punkt zapalny. To część codzienności - kontynuowała.
Jednocześnie zwróciła uwagę na to, że "przy każdej maszynie znajduje się zlew, mydło i często płyn dezynfekujący".
Powód jest prosty: butelki bywają lepkie, zabrudzone, czasem nieprzyjemne w dotyku - zauważyła.
Nawet 1000 koron z "odpadów"
Pani Joanna nie ukrywa, że kwoty "wyciągane" z butelkomatów niekiedy robią naprawdę ogromne wrażenie.
Z jednego dużego zwrotu można odzyskać kilkadziesiąt, kilkaset, a w skrajnych przypadkach nawet około tysiąca koron (ok. 380 zł). W skali roku to już konkretna suma. I właśnie dlatego nikt nie zostawia butelek na piknikach, w parkach czy przy drodze. To byłoby jak wyrzucenie pieniędzy - oceniła w rozmowie z o2.pl.
Polka ujawniła również, że ten system mocno wpisał się w norweską kulturę. - Dzieci uczą się tego od najmłodszych lat. W szkołach organizowane są akcje zbierania pantów, często przed świętami Bożego Narodzenia. Klasy rywalizują, kto uzbiera więcej. Są też kampanie społeczne przypominające: nie zgniataj, nie wyrzucaj, zabierz ze sobą - zrelacjonowała.
Co ciekawe, po oddaniu butelek klient ma dwie opcje. Albo otrzymuje bon na zakupy, albo może przeznaczyć środki na wsparcie Czerwonego Krzyża.
I tu pojawia się coś, co dobrze obrazuje norweski sposób myślenia. Wiele osób działa według własnego, niepisanego schematu: oddaje większość butelek, odbiera paragon, a na koniec wrzuca jeszcze kilka sztuk: dwie, trzy, cztery, tylko po to, żeby te ostatnie kilka lub kilkanaście koron przekazać na cel charytatywny. To drobny gest, ale powtarzany codziennie, przez tysiące ludzi. I właśnie na takich gestach buduje się system, który naprawdę działa - podsumowała Joanna Machna-Czajka.
Mateusz Domański i Małgorzata Badur, dziennikarze o2.pl